niedziela, 7 sierpnia 2011

Nasz Radżasthan (7) - Okolice Dżajpur

Miał rację Marcin, twierdząc, że po obejrzeniu zaprojektowanego Starego Miasta Dżajpur i zespołu pałacowo-obronnego Amber, trzeba jeszcze znaleźć trochę czasu na bliskie okolice Różowego Miasta. Właśnie tam jedziemy. Najpierw jego dwa słynne forty Dżajgarh i Nahargarh, a potem Dolina Królów i na końcu dźinijska Galta.
Opuszczamy hotel jak zwykle rano, aby jak najwcześniej, jeszcze przed skwarem,  rozpocząć zwiedzanie położonego, na wysokim grzbiecie górskim, niezdobytego  Fortu Dżajgarh. Ale przyjechaliśmy za wcześnie. Na parkingu stoją co prawda dwa tubylcze samochody i brama otwarta, ale gdy próbujemy ją przekroczyć, wartownik stanowczym ruchem ręki wskazuje maleńkie okienko do kasy. Fort jest otwarty dla zwiedzających od 9.00, ale kasa jest jeszcze zamknięta, bo mamy dopiero 8.45. Stanęliśmy w kolejce.
- Porządek musi być, mówi widząc moje zniecierpliwienie na twarzy, jeden ze stojących w kolejce tubylców. I trzeba powiedzieć, że gość ma racje, widać, że jest z Dżajpur. Bowiem w Indiach, wszedzie tam, gdzie wciąż jeszcze panują (chociaż nieformalnie) królowie, tak jak w Karnatace, Dżajpurze czy Udajpurze, porzadek jest. Przede wszystkim nikt nie wydaje tu wizytującemu biletów Ministerstwa Kultury i Sztuki. Biletów, które każde nawet nie umiejące czytać dziecko w Indiach wie, są wielokrotnego użytku. Przewodnik, wyręczając oczywiście nie lubiących stać w kolejce białasów,  podchodzi do kasy i za wręczone mu przez nas pieniądze kupuje nam bilety. Potem wraz z nami podchodzi do bramki i machając biletami wpuszcza nas przodem. My zadowoleni przechodzimy, a przewodnik wręcza wartownikowi nasze bilety. Ale ten nie oddziera z nich „kuponu” i nie zwraca przewodnikowi tej pozostałej części z ładnym widoczkiem i napisem: Incredible India – World Heritage Sites of India.
Wartownik zatrzymuje nasze bilety i spokojnie, nawet bez rozglądania się na boki, czy nikt nie widzi, zwraca Przewodnikowi 50% kwoty wpłaconej do kasy. Gdy potem białas upomina się o bilet, aby mieć go na pamiątkę, przewodnik wyciąga bez problemu z kieszeni jakiś stary bilet i nam go wręcza.
Takie są reguły, które jak powiedziałem, znają wszyscy. Jakoś nie wiedzą o tym tylko pracownicy fiskusa i Ministerstwa Kultury i Sztuki Indii.

Porządek musi być. Zatem równo o dziewiątej, okienko się otwiera, a tam bileter, komputer i drukarka. Król wie o biletach wielokrotnego użytku, zatem każdy zwiedzający, po podejściu do okienka i zgłoszeniu ilosci osób chętnych do zwiedzania, jest informowany o wysokości opłaty i po wręczeniu bileterowi pieniędzy, jest zapisany w komputerze, na długiej liście zwiedzających.
O mądrości królów i ich szacunku do wiedzy, świadczy również fakt, że po raz pierwszy, od przyjazdu do Indii, moja córka, wizytując muzea i zabytki Dżajpuru i Udajpuru, mogła skorzystać z dobrodziejstwa zniżki dla studentów. Co prawda zajęło to dużo czasu, bo po pierwsze Askę na długą chwilę zamurowało, że są gdzieś w Indiach zniżki dla studentów, potem musiała „tylko” wygrzebać z zakamarów damskiej torby Miedzynarodową kartę Studencką. A to nie lada sztuka, o czym wie każdy żonaty mężczyzna. Wreszcie, aby był porządek, bileter zapisał Aśki nazwisko, kraj pochodzenia i numer legitymacji.
- cóż, porządek musi być, odpowiedziałem mojemu znajomemu Indusowi, widząc zniecierpliwienie na jego twarzy. Miał niefart, bo stał za nami.
Zniżki dla studentów. Czyni to cały świat, ale urzędnicy Ministerstwa Kultury i Sztuki Indii jakoś o tym nie chcą wiedzieć. Oni wiedzą jedno – każdy białas odwiedzający Indie pieniądze ma. My mamy pieniądze, zatem wchodzimy do środka Fortu.
*    *    *
Mury trudno widocznego z zewnątrz, bardzo rozległego Fortu Dżajgarh, obejmują praktycznie wszystko, co było potrzebne władcy, jego rodzinie, dworowi z rodzinami i licznej grupie żołnierzy. Lecz w Forcie do zwiedzenia jest przede wszystkim zachowana do dziś Odlewnia i wytwórnia dział oraz jej najwybitniejsze dzieło Jaivana - największe w świecie działo na lawecie. Dla amatorów militariów cenna jest Zbrojownia. Jest jeszcze oczywiście Pałac Królewski, światynie i dobrze zachowane zbiorniki na wodę. Ale te ostatnie można zobaczyc w każdym forcie.

To, co jest widoczne zaraz po przekroczeniu bramy, to przede wszystkim potężne oflankowane fortyfikacje z bastionami, wieżyczkami strzeleckimi i majestatyczną, siedmiokondygnacyjną wieżą. Stąd w jasny dzień, już z bardzo daleka, można było dostrzec zbliżające się niebezpieczeństwo. Szerokimi rampami wchodzimy na jeden z najbardziej okazałych bastionów, robiąc fotki i dziwiąc się, dlaczego te rampy są takie szerokie. Gdy docieramy na samą gorę wszystko staje się jasne.
Ten bastion to stanowisko ogniowe, posadowionego tu i obecnie zadaszonego, największego działa swoich czasów, nazwanego Jaivana. Zostało odlane i zbudowane tu, w Forcie Dżajgarh, w 1720 roku, za czasów Sawai Dżaj Singh II. Działo o długości 20 stóp, wadze 50 ton i kalibrze 11 cali, miało zasięg 22 mil, czyli po naszemu okolo 38 kilometrów. Do oddania jednego wystrzału zużywano około 100 kilogramów prochu.
Dodatkową ciekawostką dla miłośników broni jest to, że dopiero za czasów następnego władcy Ram Singh II, działo spoczęło na równie ogromnej i masywnej lawecie. Dzięki dodatkowym, zwrotnym tylnym kołom lawety, i za pomocą czterech słoni oraz całej armii obsługujących, to 50-o tonowe działo  mogło być dowolnie ustawiane i przekręcane. Już z chwilą jego budowy i po przeprowadzeniu pierwszych próbnych salw, sława o nim była tak wielka, że skutecznie odstraszała wszelkich potencjalnych agresorów. W efekcie, działo nigdy nie zostało sprawdzone w prawdziwych warunkach bojowych.
Rzeczywiście działo wraz z lawetą wygląda niezwykle okazale, tyle że zabezpieczone niewielkim daszkiemi i otoczone siatką, wygląda niestety jak Mercedes wstawiony do kurnika. A szkoda, bo to piękny przykład inżynierskiej roboty.
Wzdłuż murów idziemy w stronę wieży, a stamtąd do Pałacu Królewskiego. Ale to nic specjalnego. Plątanina korytarzy, komnat i pokoi, bo jak nam powiedział jeden z przewodników, taka była koncepcja budowy pałaców hinduskich. Korytarzy miało być wiele, pokręconych i z licznymi przejściami, aby potencjalny agresor, nawet po ewentualnym dotarciu do pałacu, „pogubił się” w jego wnętrzu, dając jego mieszkańcom czas na schronienie się.
N.b. po tych słowach przewodnika, zrozumiałem wreszcie dlaczego dopiero w połowie XX wieku wprowadzono plany przy zabudowie miasta Pune, miasta w którym rezyduję. Najwyraźniej przemyślni Marathowie, rządzący tym regionem przez wieki, uważali, że zagmatwany i poplątany plan miasta sprawi, że miasto to nigdy nie wpadnie w ręce Brytyjczyków. Na szczęście dla Pune, dotarli do miasta, pozostawiając po sobie wspaniałe wiktoriańskie zespoły uniwersyteckie, szpitale, budynki garnizonowe, kościoły i mosty. Ale to już inna opowieść.
Zatem teraz do Odlewni. Bo mnie inżyniera i procesowca szczególnie to interesowało. Wyobraźcie sobie: początek XVIII wieku, gdzieś w środku Azji, na samym szczycie ogromnego masywu skalnego Odlewnia mosiądzu, z piecem hutniczym, rampami do zasypywania surowca i opału. Z jakimiś ogromnymi miechami i dmuchawami, aby uzyskać wyższą temperature ognia. Wreszcie droga i rampy prwadzące z odlewni do znajdującego się nieopodal warsztatu, gdzie w kilkudziesięciotonowym odlewie mosiężnym mozolnie drążono i kalibrowano otwór. Poprzez otwarte drzwi , widzimy leżące ogromne odlewy, przygotowane do wiercenia. W kanałach, pod nimi, do dziś pozostały wały, tryby i przekładnie służące do przenoszenia napędu do narzędzi produkcyjnych. Tablice umieszczone obok, szczegółowo prezentują caly proces. Fascynujace.
Skoro już potrafimy sobie wyobrazić jak to było wytwarzane, dziarsko zmierzamy do Zbrojowni, bo tam zgromadzono niezwykle bogatą kolekcję broni palnej wszelkiego kalibru, od największych wielotonowych dział, przez haubice, po broń długą i kieszonkowe „damskie” pistoleciki. Wszystkie pięknie zdobione i prawie wszystkie pochodzące z fortowej rusznikarni. Królowie Dżajpuru mają być z czego dumni.
*   *    *
Zwiedzanie Fortu Dżajgarh zajęło nam trochę za dużo czasu, zatem szybko jedziemy do kolejnego królewskiego fortu - Nahargarh.
Nie ma on charakteru obronnego, powstał znacznie później i jedynymi znamionami jego obronnego charakteru są stojące przed fortem armaty. Wszystkie pięknie wypolerowane przez turystow, a głównie dzieci, które koniecznie chcą aby im zrobić zdjęcie, gdy wślizgują się lub już leżą na armatniej lufie.
Pałac ma charakter letniej rezydencji, na czas upalnej pory suchej, gdy w niżej położonych pałacach królewskich nie dało się już wytrzymać. Zatem główną zaletą wizytowania tego pałacu, to ładne widoki z góry. Z braku laku, robimy kilka zdjęć dzieciom łażacym po armatach, zjeżdżamy w dół i kierujemy się w stronę Doliny Królów.
*    *    *
Dolina Królów. Powiem szczerze, sam to miejsce tak nazwałem. Z dala od miasta, ale jeszcze w obrębie murów Królestwa, w jednej z dolin wciśniętych pomiędzy dwa masywy górskie znajdują się Grobowce rodu panujacego. Byliśmy bez przewodnika, a na calym tym ogrodzonym i strzeżonym obszarze nie uświadczysz żadnej informacji w jezyku dla mnie zrozumiałym. Nie zobaczysz też drzew, bo zapewne bardzo dawno wygrodzony obszar, jest obecnie szczelnie wypełniony wysokimi na ponad metr platformami, na których umieszczone są pięknej roboty marmurowe pawilony, skrywajace po kilka tumb.
Cicho tu. Dookoła góry i tylko jakaś dwójka młodych ludzi, siedząca w zadumie na tym odludziu. Jacyś dalecy krewni tu spoczywajacych, czy też uciekli tu, by ustrzec się oczu ciekawskich sąsiadek? Nie chcemy im przeszkadzać. Odwracamy się i idziemy do samochodu. Cicho, tak aby nawet nie skrzypnął żwir pod podeszwą.
*    *    *
Potem jeszcze Galta Kund ze świętym Żródłem Krowy. Znajduje się jeszcze dalej od miasta. Skręcamy z głównej drogi w bok. Przejeżdżamy przez wyludnione miasteczko, w którym pełno krów. Jedziemy jeszcze dalej -  jeszcze więcej krów. Wreszcie docieramy do Bramy tego zespołu świątynnego. Przed nią tłoczą się krowy. Wąski kolowrotek w przejściu zainstalowano po to, aby krowy nie mogły dalej przejść.
Ośrodek Galta Kund fundowały kolejne generacje władców Dżajpur, aby pomieścić mnichów i tłumy wiernych, pragnących skorzystać z dobrodziejstw Krowiej Wody. W najwyższej części doliny jest bowiem źródło wody, o właściwościach leczniczych, podobnych jakie ma święta rzeka Ganga i Yamuna. Bijące ze ściany Skalnej Światyni źródło, zasila mały górski staw, zamkniety z jednej strony zaporą, po której można dojść do Skalnej Świątyni.
Ze stawu, upustem w kształcie krowiego pyska, woda wylewa się do niższego zbiornika, a z niego do kolejnych pięciu umieszczonych kaskadowo stawów. Wzdłuż boku tej kaskady wodnej, ciągną się światynie i domy modlitw, fundowane głównie w XVIII wieku.
Wierni przychodzą do Doliny, aby po minięciu bramy, przejść i odwiedzić je wszystkie po kolei. I wszędzie pokłonić się bóstwom, rozsypac płatki kwiatów u ich stóp. Zrobić telefonem komórkowym zdjęcie rodzinne, że tu byli. I tak pnąc się, docierają do znajdującego się najwyżej stawu. Tam w Skalnej Świątyni, po odbyciu krótkich modlitw i obmyciu twarzy źródlaną wodą, przystępują do kąpieli. Ci najodważniejsi skaczą ze skały ponad Świątynią prosto do stawu, robiąc taką małą La Quebradę, tyle że w wydaniu indyjskim. Mniej odważni  kąpią się w zbiorniku znajdującym się poniżej, ale wiekszość, bo to ludzie starsi, woli się wykąpać w znajdujących się jeszcze niżej stawach. Bez ryzyka.
Mnie zainteresowało jeszcze jedno. Ten ośrodek jest opanowany przez dżinistów, wyznających zasadę, że przez życie należy przejść czyniąc jedynie dobro, i tak, aby nie zrobić krzywdy żadnemu żyjącemu jestestwu. Żadnemu robaczkowi czy roślince. Nie bardzo wyobrażam sobie jak to można robić. Oni wiedzą. Widzę ich nawet siedzących w cieniu ogromnego drzewa. Starzy i młodzi, z dlugim, nigdy nie golonym zarostem. Nadzy lub z białymi przepaskami na biodrach. Siedzą, obserwują przechodzących i czasem coś do siebie powiedzą. Muszą pewnie bardzo uważać, bo słowa też potrafią głeboko zranić.
*    *    *
Późno już, i czas wracać, aby podobnie  jak wczoraj i przedwczoraj zakończyć dzień w jeszcze jednej atrakcji Dżajpuru, w dzielnicy targowej.
Teoretycznie dzielnica bazarów powinna się rozciągać na południe od murów City Palace i aż do murów miejskich. Ale gdzie tam. Indusi nie byliby sobą gdyby nie rozpełźli ze swoimi straganami, wózkami, przenośnymi stołami, wreszcie kawałkami plastików czy gazet z towarem, na wszystkie strony starego miasta, i jeszcze na zewnątrz poza jego bramy.
Decyduje funkcjonalność i branża. Tuż wokół bram, gdzie najłatwiej dojechać i sprzedawcom i kupującym handluje się towarem masowym. Wokół jednej bramy handluje się kwiatami, a za nią, już wewnątrz starego miasta, sprzedaje się towar mniej masowy, czyli girlandy kwiatów i tacki płatków, składane jako ofiara w świątyniach.
Przy innej bramie gromadzą się hurtownicy od owoców i warzyw. Tu jest największy ruch i jest najbardziej kolorowo. Lubimy to miejsce, bo niskie popołudniowe słońce, nadaje zdjęciom owoców jeszcze więcej ciepła i soczystości. Oglądając je potem w zimnej Europie, czuje się ich zapach i smak. Dalej już w mieście, za hurtownikami, detaliści sprzedają soki.
Jeszcze przy innej bramie jest targowisko drobiu, a nieopodal handluje się wszystkim, co służy do jego karmienia. Tu jest też nieźle, Ogromne ilości rozsypywanego z worków ziarna, ściąga mrowie gołębi. Też świetna okazja na zrobienie dobrych zdjęć, gdy wszystkie, jednocześnie wyrywają w górę, przestraszone nagłym pojawieniem się autobusu.
Gdy miniemy place przy bramach, docieramy do fontowych sklepów kwartałów dzielnicy bazarów. Tu rezydują najbardziej znane sklepy jubilerskie, oferujące biżuteriię z której Radżasthan jest znany: niezwykle kolorowej, doskonale wykonanej i o oryginalnej formie. Za tym niestety kryje się wysoka cena, znacznie wyższa niż tą jaką prezentują jubilerzy w Pune. Gdy o tym wspominam, usiłując zbić cenę, krzywią się z niesmakiem, mówiąc że tamci na pewno mają srebro niższej próby, wykonane gdzieś w Kaszmirze i oczywiście przez dzieci. Podczas gdy my to Panie dziejku, mamy warsztat od pokoleń. W efekcie w Dżajpurze nie kupiliśmy żadnej biżuterii.
Ale co tam frontowe sklepy. Cały czar dżajpurskich bazarów kryje się poza nimi. Skręcasz w pierwszą uliczkę, nieopodal Meczetu Piątkowego Dżama Masdżid, a tam sklepy z wyrobami z mosiądzu. Stosy całe, rzeczy większych i całkiem drobnych w jakiś pudłach. Obok sklep z wyrobami z blachy. Mosiądz, aluminium i stal. Są w sklepie, ale też są powywieszane nad całą uliczką.
Skręcamy w jakąś kolejną jeszcze węższą. Źle się idzie, bo co chwilę przejeżdża skuter i wtedy trzeba się przykleić do drzwi sklepu. Ale nie ma złego. Co wejście to inny zapach. To znany mi już zapach sklepów z przyprawami korzennymi, ale jakiś nieco inny, bo w głebi sklepu widać całe regały zastawione jakimiś słojami i słoiczkami. Przy innym, gdy przepuszczam skuter, czuję jakiś wygrzebany z zakamarów pamięci zapach starego smaru. Tak przez zakurzoną witrynę, w słabym światełku widać sterty mechanizmów, trybów, łożysk, jakie spotykałem w Polsce za dziecięcych lat. Ale skoro sklep funkcjonuje to ma nabywców.
Wreszcie, widząc, że naszym zaułkiem jedzie cały sznur skuterów, pokazuję Aśce, aby wejść w bramę pomiędzy sklepami. Bo tam jakieś ciasne podwórko, maszyny i chude kobiety coś robią. Widok jak z „Ziemi obiecanej”. Wchodzimy i patrzymy, a one zaskoczone pojawieniem się dwójki białasów, też przerywają robotę i też się gapią na nas. Skłaniamy się po hindusku i wychodzimy. Od razu w stronę głównej ulicy. A potem do hotelu, tuż przy murach starego miasta, bo zrobiło sięcałkiem ciemno.

Nomad,
Dżajpur, 15 czerwca, 2011

Nasz Radżasthan (6) - Dżajpur, Różowe Miasto

Nasz Radżasthan (6) -  Dżajpur, Różowe Miasto


Zwiedzane wczoraj Fetehpur Sikri zamyka rozdział naszej wycieczki zatytułowany „Świat muzułmańskich władców Indii”. Świat, który przypomnę, trwał ponad 700 lat. Prześledziliśmy go od kumana, Kutb ud-Din Ajbaka, z jego Kutub Minar, aż po Wielkich Mogołów z ich pełną przepychu i majestatu Agrą.
Teraz czas na kolejny rozdział – „Baśniowy świat Radżputów”. Władców którzy, niezależnie od światowych wojen i innych zmian jakie dotknęły całą kulę ziemską, żyli i żyją w świecie stworzonym przez swych przodków, w przepychu, dostojeństwie i majestacie, ciesząc się szacunkiem swoich poddanych.
Ich świat obejrzymy na przykładzie dwóch królestw : Dżajpuru i Udajpuru.  Ciekawe jest to, że władający tymi dwoma królestwami, przyjęli dwie strategie wobec muzułmańskiej nawały, która zalała północ Indii. Królowie Dżajpuru zdecydowali się na dalece idącą współpracę, często przypieczętowywaną dynastycznymi małżeństwami. Królowie Udajpuru, wręcz przeciwnie. Ślubując czystość krwi, odrzucali wszelkie oferty ze strony mogolskich władców, stawiając na szali śmierć tysięcy swoich podwładnych, pożogę miast i w końcu konieczność migracji, tam gdzie ręka Mogołów nie mogła ich już dosięgnąć.
Pochodzenie Radźputów jest dość tajemnicze. Podobno przyszli ze stepów Azji Środkowej, gdzieś w dobie ekspansji Hunów. Nazywali siebie Radżaputra, czyli synowie królów, a kilka ich klanów mieniło się nawet potomkami Słońca.  Stąd symbol słońca jest często widoczny w ornamentyce Dżajpuru i Udajpuru.

*    *    *

Zaczynamy od Dżajpuru.
Bez dwóch zdań, było to miejsce, które najbardziej zapamiętałem, gdy 4 lata temu oglądaliśmy wspólnie fotki z ponad czterotygodniowej wyprawy mojego syna po Indiach. To całe spójne architektonicznie miasto, z bramami, rożowymi domami, rozległą dzielnicą bazarów. To było jak przeniesienie w inny czas. I jeszcze te zdjęcia miasta, z góry, na której widniał fort. Niezapomniane.
Zatem gdy tuż przed wyjazdem przedstawiłem Marcinowi plany mojej z Aśką podróży i powiedziałem, że w „Jego” Dżajpurze będziemy z półtora dnia, odparł bez namysłu – „zostańcie dzień dłużej”.  Ufam jego opiniom, bo tak jak ja wiele lat temu, bierze plecak i bez względu na okoliczności realizuje swój plan. Tak bylo, gdy w 2007 roku, zamiast planowanej szóstki, w dwójke zwiedzali Indie. Podobnie było gdy, zwiedzając 5 lat temu Liban, musiał ewakuować się Doliną Bekaa do Syrii, bo w Libanie ponownie wybuchła wojna z Izraelem. Wrócił z Syrii zaraz po zakonczeniu konfliktu i był, jak mu powiedział wartownik muzeum, „pierwszym zwiedząjącym Muzeum w Trypolisie, po zakończeniu wojny.”
Zatem na Dżajpur mamy trzy noce i pełne dwa dni. Nasz plan to zwiedzić pierwszego dnia Pałac Amber i stare miasto z Pałacem Miejskim, Pałacem Wiatrów, bramami i rozleglym bazarem. A drugi  dzień poświęcić na słynne dżajpurskie forty i równie interesujące najbliższe  okolice.

*    *    *

Kierowca radzi, aby zacząć wcześnie rano, bo potem może być tłoczno i gorąco. Zatem rano, przejeżdżamy przez stare miasto, mijamy oflankowane bramy miejskie i Dża Mahal - Pałac na Wodzie, pniemy się stromą drogą w stronę pałacu. W pewnym momencie każę się kierowcy zatrzymać, bo przed nami widok jak z bajki. Ponad rozległą doliną, na rozświetlonym porannym słońcem przeciwległym masywie górskim, rozciąga się wielki różowy Amber Palace. A za nim jeszcze drugi, pomalowany na biało Palac Królewski. Wreszcie, na samym szczycie, prawie niewidoczny Dżajgarh, Twierdza Zwycięstwa. Podjeżdżamy jeszcze bliżej, a tu następna bajka. Z góry, brukowanym królewskim traktem, majestatycznie schodzi szereg słoni. Kolorowo ubrane, z błyszczącymi czaprakami na łbach. Tak, to trzeba koniecznie zobaczyć.
Pałac Amber zbudował Man Singh I pod koniec XV wieku. Do chwili obecnej, jedna z części tego rozległego kompleksu pałacowo-obronnego jest zamieszkała przez rodzinę królewską i jest jedynie częściowo dostępna dla zwiedzających.

Zbudował ten pałac, poza murami potężnej twierdzy Dżajgarch, gdyż wydając swoją córę za Akbara zapoczątkował tradycję mogolsko-radżpudzkich sojuszy, służących rozwojowi zarówno Imperium Mogołów jak i jego królestwu.


Schodami i przez bramę wchodzimy na rozległy dziedziniec, z jego nierozłącznym Pałacem Audiencji Publicznych. Jak wszędzie gęsta siatka kolumn z pięknymi kapitelami i sklepieniami karze się zatrzymać, by zrobić parę fotek. Potem znowu na roziskrzony porannym słońcem plac, by stanąc i podziwiać trzykondygnacyjny Budynek Bramny, prowadzący do części prywatnej pałacu, Bogactwo formy architektonicznej istotnie niespotykane jak dotąd. Okazała, dwukondygnacyjna wnęka bramna, z niezwykle bogatą ornamentyką, przechodzi płynnie w ostatnią kondygnację, pełną krużganków, wykuszy i ażurowych ekranów. To wszystko zwieńczone typową dla Dżajpuru złoconą formą
Przechodzimy dalej, do oficjalnej części pałacu: dekorowanej pięknymi płaskorzeźbami Sali Audiencji Prywatnych, a z niej do Sali Luster. Sali niezwykłej, bowiem zarówno całe jej piękne sklepienie jak i niezwykle bogata ornamentyka ścian zrobiona jest z kawałków luster i kolorowego szkła sprowadzonego z Belgii. Pomysł tyle niezwykły co i praktyczny. W upalne dni, szkło daje wrażenie chłodu, zaś w nocy, światła świec odbijające się w niezliczonych lusterkach sklepienia, sprawiają wrażenie, że nie jesteśmy w zamkniętym pomieszczeniu, ale gdzieś w górach, pod roziskrzonym gwiazdami niebem.
Kluczymy jeszcze mocno zagmatwanymi korytarzami prowadzacymi do komnat królowych, by poprzez ażury okien poprzyglądać się pięknym widokom: rozległych dolin i sztucznego jeziora, gromadzacego wodę dla miasta Dżajpur.
Potem jeszcze kilka fotek na schodach pałacowej bramy z roześmianymi Hiszpankami i w drogę. Wracamy do miasta
*    *    *
Stare Miasto Dżajpur jest projektem niezwykłym, tak jak i jego twórca. Budowę miasta zlecił w 1727 jeden z największych ludzi Indii ery Wielkich Mogołów, Sawai Dżaj Singh II.
W dzieciństwie przyjął niezwykle staranne i wszechstronne wykształcenie. Interesował się naukami ścisłymi w tym astronomią, co w jego czasach graniczyło z magią. Był pasjonatem nowych technologii i czynił wiele aby ściągnąć do swojego królestwa najlepszych fachowców swoich czasów. Był wreszcie miłośnikiem i mecenasem  sztuki i rzemiosł. A gdyby tego było jeszcze mało, był również wyśmienitym dyplomatą, co zapewniło mu poczesną pozycje na dworze Mogołów.
Dżajpur, czyli Miasto Zwyciestwa, zostało zbudowane według planu, w rozległej dolinie, poniżej Pałacu Amber. Otoczone pięknymi flankowanymi murami, prowadzi do niego sześć bram. Poprzez miasto wytyczono dwupasmową aleję, będącą kręgosłopem geometrycznej siatki placów, ulic i uliczek. W centrum znajduje się Pałac Miejski, Dżantar Mantar i Pałac Wiatrów.
To są wymieniane we wszystkich przewodnikach „must see” zatem i my tam jedziemy. Postanawiamy najpierw zaliczyć Muzeum w Pałacu Miejskim i Dżantar Mantar, aby już później, na spokojnie, pokluczyć korytarzami i schodami Pałacu Wiatrów.

Architektura stojącego w centrum miasta City Palace jest odzwierciedleniem dżajpursko –mogolskiego aliansu trwajacego od czasow Man Singh I. Są tu zatem otwarte na wszystkie strony mogolskie pawilony, jak również bogate w formie i detalach architektonicznych budowle typowo hinduskie.
Gdy po przekroczeniu bramy znajdziemy się na rozleglym dziedzińcu, widzimy, że cały jego środek zdominowany jest przez otwarty na wszystkie strony, wsparty na pięknej siatce kolumn, Pałac Audiencji Publicznych. Dzisiaj, gdy zapewne król nie udziela tu publicznych audiencji, wizytujący słuchali muzykujacej grupy młodych ludzi.
Gorąco. Rozkoszujemy się cieniem Pałacu Audiencji Prywatnych i rozglądamy dookoła, bo na nielicznych ścianach pałacu eksponowana jest bogato ornamentowana broń. Jedna z części pałacu zdomiowana jest przez przez ogromną, ponad dwumetrową kadź. Jest cała osłonięta szkłem, gdyż kadż jest zrobiona ze srebra. Jest ich w tym pałacu kilka. Zbudowano i wykorzystywano je, aby podróżujący do Londynu władcy Dżajpuru, w tym  Madho Singh II mogli się cieszyć stałą dostawą wody ze świętej rzeki Ganges.
Historia zna takie przypadki. Umiłowany przez swój lud, koreański przywódca Kim Ir Sen, podróżujący po świecie wyłącznie pociągiem, bo panicznie bał się latać samolotem, również w każdą swoją podróż zabierał swój ulubiony złoty nocnik.

W części pałacu, dostępnej dla turystów, zorganizowane jest Muzeum, w którym zgromadzono wszystko, z czego Radżastan pod panowaniem władców, mecenasów sztuki i rzemiosła artystycznego, może być dumny: wspaniałe instrumenty  muzyczne, kobierce, szlachetnie zdobiona broń i wreszcie iście królewskie stroje.
Wychodzimy, aby zrobić sobie zdjęcie z wartownikami stojącymi przy bramie, ubranymi na biało i z czerwonymi turbanami na głowach.

Niemal po drugiej stronie ulicy, znajduje obiekt unikatowy w skali świata -  obserwatorium astronomiczne z początku XVIII wieku, zwane Dżantar Mantar.
Zbudowal je ten sam Sawai Dżaj Singh II, z zamiłowania astronom. Zbudował je także w czterech innych miejscach: w Delhi, Udżadżajnie, Mathurze i Waranasi, ale to w Dżajpurze, mając zapewnioną stałą opiekę królewskiej rodziny, zachowało się najlepiej.
Kilkanaście, ogromnych i o niezwykłej konstrukcji przyrządów, służyło, i jak twierdził przewodnik, nadal służy do prognozowania szczytu upałów w sezonie suchym , oraz do szacowania daty nadejścia i natężenia opadów w sezonie monsunów.
Jest tu majestatyczny Samrat Dżantra – ponad 20-o metrowej wysokości precyzyjny zegar słoneczny, jest również zespół urządzeń służących astrologom do sporządzania horoskopów. Zatem przy nich, pod przyrządem z Rybami, zrobiłem zdjęcie mojej Aśki.
Przewodnik, przy każdej niezwykłej konstrukcji, sumiennie tłumaczy nam jak wyznaczano położenie najważniejszych planet i gwiazd, i jak precyzyjnie wyznaczano dzień i godzinę. Patrzę na zegarek, aby sprawdzić i widzę, że się istotnie zgadza.
Ale przyznam, że z mojej strony najczęstszą reakcją było kiwanie głową. Bardziej zainteresowany byłem niesamowitymi formami, jakie tu w kamieniu, marmurze i stali stworzono: jakieś ogromne czasze, z inkrustowanego marmuru, mające odtwarzać nieboskłon, promieniście rozchodzące się marmurowe bloki, z precyzyjnie naniesionymi podziałkami, do obliczania wysokości słońca, zamkniete taką XVIII wieczną Stonehenge. Wreszcie sam wspomniany wcześniej Wielki Zegar Słoneczny – prawdziwe schody do nieba. Tyle, że wejście jest zamknięte łańcuchem z tabliczką  „Wstęp wzbroniony”.
*    *    *
Wreszcie obiad i część oficjalna, z przewodnikiem zakończona. Można się zatem na spokojnie i bez pośpiechu udać główną ulicą starego miasta, w stronę Pałacu Wiatrów. A miasto jest niezwykłe. Niby współczesne, z nowocześnie ubranymi młodymi ludźmi, z jadącymi na skuterach kobietami w kaskach na głowie, oraz sklepami Armaniego i Gucci.
A z drugiej strony, miasto po uszy zatopione w przeszłości, gdyż na ulicach ciągle można spotkać wysokie wielbłądy, ciągnące wózki dwukółki na bardzo szerokich kołach, rykszarzy i autobusy pamiętajace początek XX wieku. A nad tą całą mieszaniną różnych epok i stylów, przyciągają wzrok górne kondygnacje domów, z podobnymi wykuszami i ażurami, z identyczna ornamentyką zwieńcząjacą dach i wreszcie -  w tym samym różowym kolorze.
To zatem, jeden kolor i w miarę spojna architektura sprawiają, że Dżajpur jest inne, niż wszystkie jakie do tej pory spotkalem.

Nie wiedzieć kiedy, docieramy do Pałacu Wiatrów. Stoimu i gapimy się, bo wrażenie sprawia powalające, a tu ciagle ktoś podjeżdża autokarem, lub innym wysokim pojazdem i nie można objąć całego frontu Pałacu w jednym kadrze. Wreszcie chwila spokoju i jest, udało się.
Pałac zbudował król Singh II aby, jego znudzone życiem dworskim: żony, ich damy, służki i pomocnice, mogły „wyjść do miasta”.  Ponieważ małżonki „królewskich synów, wywodzących się od Słońca” nie mogły tak po prostu wymknąć się z pałacu i w podręcznej lektyce być obnoszone po kilku ulubionych sklepach jubilerskich, pracowniach krawieckich i cukierniach, Sawai Dżaj Singh II zbudował dla nich, w samym środku tętniącego życiem miasta, ogromną platformę widokową. Tak, aby jego wszystkie ukochane kobiety mogły całymi dniami obserwować: jakie są trendy mody, które kobiety do jakiego sklepu jubilerskiego najczęściej zaglądaja, i wreszcie - w co dzisiaj był ubrany ten młody przystojny właściciel sklepu z naprzeciwka, ten który sprzedaje sari.
By zapewnić swoim kobietom komfortowe warunki siedzenia w środku dnia, przy oknie, powstała niezwykła konstrukcja. Pałac ma niezliczoną ilość wykuszy, aby każda z nich miała widok na dowolną stronę miasta. Jego wielokondygnacyjna bryła uformowana na kształt żagla, ustawiona jest tak, aby nawet w najbardziej gorący i bezwietrzny dzień, wychwycić najsłabszy powiew wiatru. I by potem, z duża siłą, jak przez dziurkę w żaglu, przecisnąć go przez niewielkie otwory ażurów zamykajacych każde okno. Sądzę, że teraz i wy uwierzycie w mądrość króla Singha II.
Chcemy zobaczyć jak się czuły w Pałacu Wiatrów jego mieszkanki. Obchodzimy kawałek kwartału miasta, aby dojść do bramy wejściowej, znajdującej się z tyłu pałacu. Wchodzimy na dziedziniec i znowu szok. Pałac jest tak samo piękny z licznymi oknami zamkniętymi starannie ażurami. Tyle, że bez wykuszy. Od tej strony królewskie żony nie miały już czego oglądać, bo to widok na City Palace. Ten znają dobrze.
Pniemy się zatem wąskimi schodami i korytarzami, przechodząc z komnaty do komnaty, z pomieszczenia - na taras, a z niego na balkon. A zewsząd fantastyczne widoki i co najważniejsze jest wiatr.
Tak, jest popołudnie upalnego dnia. Już nie ma 45 stopni w cieniu, ale 38 stopni jest na bank. Zero chmurek na białym od słońca niebie, a tu zbliżając twarz do otworów ażuru czujemy na policzkach powiew wiatru. Genialna konstrukcja.
Wspinamy się zatem jeszcze wyżej, i gdy wreszcie sądziliśmy, że weszliśmy na sam szczyt piramidy, Aśka pokazuje, że to nie koniec. Tu, z boku najwyższego tarasu, wąski gzyms, bez poręczy, prowadzi wprost do małej wieżyczki strażniczej. No tak, pomyslałem, w końcu ktoś musiał ten babiniec pilnować. Patrzę w dół. Daleko. Patrzę na Aśke i pytam: idziemy?  Kiwa głową. Moja krew, myślę i cieszę się jak każdy ojciec w takich momentach.
Warto było zaryzykować. Bo rzeczywiscie ten wartownik to miał życie. Nie tylko z widokiem na te wszystkie biegąjace po schodach, korytarzach i tarasach piękne kobiety, ale rownież na całe Różowe Miasto.
Czas schodzić. Najpierw ostrożnie po gzymsie, potem chyba nie mającymi końca schodami w dół i wreszcie docieramy na dziedziniec.
Uff sapie Aśka i trzyma się za mięśnie ud. Czuję się jak bym była w fitnesie, mówi. I wtedy przemknęła mi myśl, że to był jeszcze jeden przejaw geniuszu Singha II. On w Pałacu Wiatrów, zbudował, swoim siedzącym głównie kobietom, największy stepping jaki kiedykolwiek widziałem w fitness klubie.

Nomad,

Dżajpur, 14 czerwca, 2011 roku.

sobota, 6 sierpnia 2011

Wracam

A więc to już pewne. Wracam do mojej kochanej Europy. Opuszczam Indie z niezłą masą doświadczeń, obserwacji i wiedzy. Opuszczam Indie bez żalu. Bo z tą Indią mi na razie nie po drodze.

Jest osobliwa.
Z jednej strony, dynamicznie rozwijajacy się kraj, który z sukcesem przetrwał 65 lat, od czasu przejęcia pałeczki od Brytyjczyków. Kraj który jest dumny, ze swoich rozsianych po całym świecie ziomków, naukowców wyróżnianych nagrodami Nobla, menadżerów wchodzących w skład zarządów uznanych globalnych marek, wreszcie od niedawna również mogący się poszczycić osiągnięciami sportowymi. Pomimo wielu skandali, Indie gościły uczestników Igrzysk Państw Commonwealth’u i zdobyły Puchar Mistrzów Światowego Związku Krykieta. Po raz drugi od 30 lat!

Z innej jednak strony, jak na drugą po Chinach nację świata, czeka ją wiele cieżkiej i konsekwentnej pracy.
Przede wszystkim musi niezwłocznie przystąpić do wyplenienie korupcji z życia publicznego. Po wtóre, pozostając z szacunkiem dla tradycji, musi zacząc propagować model nowoczesnego społeczenstwa, w którym będą mogli uczestniczyć wszyscy obywatele, a nie tylko wąska grupa braminów, kszatriów i ewentualnie wajśjów.
Po trzecie – musi zadbać o poszanowanie kobiet i zagwarantowanie im równych z mężczyznami praw.
I wreszcie, jak najszybciej powinna przystąpić do Narodowego Planu Oczyszczenia Indii Ze Śmieci.

Tą listę Prac Herkulesa, w wersji indyjskiej, można wykonać przy założeniu, że Indusi zrozumieją skąd wyszli i skąd wzięła się siła twórcza kultury doliny Indusu. Bo wzięła się ona z praworządności i moralności. Współcześni Indusi bowiem, wyglądają na ludzi religijnych, a przynajmniej religijne uroczystości celebrujacych, ale jak mi powiedział jeden białas, który spędził tu wiele lat, Indusom daleko do moralności w życiu osobistym, tak na codzień. A co dopiero w życiu społecznym.

To co piszę dotyczy takich ogłlnych spostrzeżen, ale mam jeszcze też i takie moje prywatne.
Mój roczny wyjaz do Indii był wspaniałą okazją, by poznać rzeczywiście jej niezwykłą kulturę i bogactwo religii wraz z ceremonialem. A przy tym spotkać bajecznie kolorowo ubranych i życzliwych ludzi. Na zewnątrz sprawiają wrażenie spokojnych i uśmiechniętych. Starają się pomóc, a przynajmiej mówią, że pomogą. A jak jest naprawdę?
To wszystko zależy od nastawienia i czasu pobytu w Indiach.


*    *    *

Najlepszą prasę robią Indiom, rozsiani na całym świecie indiofile. Rozkochani, od czasu przeczytania „Księgi Dżungli”, w rzeczywiście przebogatej jej kulturze, we wszystkim co orientalne i co pachnie kadzidełkiem.

Ogromne rzesze zwolenników, mają również Indie wśród tych, którzy nasłuchawszy się przy stole opowieści snutych przez zaprzyjaźnionych indiofilów, decydują się, aby „ten raz w życiu” być w Indiach. Idą zaraz do najbliższego biura podróży, aby móc spędzić dwa lub trzy tygodnie w najpiękniejszych i najliczniej odwiedzanych miejscach jak: Delhi, Agra, Dżajpur, Mumbaj, Goa czy wreszcie piaszczysta Kerala.  Latają samolotami lub są przewożeni klimatyzowanymi autokarami, a czas pomiędzy zwiedzaniem spędzają w pięciogwiazdkowych hotelach. Każdego dnia przewodnik prowadzi ich do lokalnego sklepu dla westernersów, typu Mumbaj Store, czy Haritage of India, by uniknąć wyprawy na prawdziwie hardcorowy indyjski targ.

Ci wracając do domu, wyciągając egzotycznie wyglądajace prezenty i pokazując zdjęcia, rozbudzają zainteresowanie Indiami wśród swoich dzieci i ich przyjaciół.  Zatem te, gdy już podrastają i wpadają w „złoty studencki” przedział życia, przyoszczędzają na jedzeniu, dorabiają w weekendy, aby za uzyskany pieniądze zorganizować wyprawę do Indii. Mają świadomość, że najważniejsze jest aby tam dojechać, bo bilet to największy wydatek, a potem... Potem jakoś tam będzie, bo Indie są tanie, a przynajmniej tak im się wydaje, gdy są jeszcze w domu.  
Potem z wolna przychodzi rozczarowanie, bo Indie są tanie dla Indusów, a nie dla dzieciaków wychowanych na Zachodzie. Tanie bazy hotelowe, bez pryszniców i bez papieru toaletowego, ale za to z toaletami „na Malysza”, insektami pod materacem i hałaśliwą klimatyzacją, są takim pierwszym „podmuchem realu”. Potem dochodzą przejazdy nocnymi pociągami, z miejscami leżącymi  „na sardynkę” i z otwartymi sekcjami toalet.
Wreszcie, gdy pomimo to dotrą do swojego wymarzonego miejsca, czeka na nich następna niespodzianka. Są biali, a dla białasa, niezależnie od jego wieku i statusu majątkowego Indie mają być drogie. O to już zadbało Indyjskie Ministerstwo Kultury i Sztuki. Podczas gdy dla Indusa bilety wstępu kosztują standardowo 10 Rupii, czyli niecałe 20 Eurocentów, dla białasa, w zależnosci od atrakcyjności odwiedzanego miejsca, bilet wstępu kosztuje: 100, 250 lub jak do Tadż Mahal – 750 Rupii. Zatem: półtora, cztery lub 12 Euro.
A bilet to tylko początek. Bo oganiać się muszą od „opiekunów butów” przed świątyniami, przewodnikami i sprzedawcami różnej maści.
Wreszcie jedzenie, którego nie kupią na ulicznym straganie, od roznosiciela czy w tanim barze, przy drodze. Aby nie spędzić reszty wakacji w indyjskim szalecie, w pozycji kucznej, są skazani na znacznie droższe restauracje, czy restauracje przy średniej klasy hotelach.
Tą rolę, w którą wchodzą wszyscy wizytujący Indie, mój syn określił najlepiej: „Tato, czułem się jak jeden wielki portfel, do którego wszyscy, za byle co, wyciągali rękę”. I tak to jest, bo ja również wszędzie tego doświadczyłem.

Nic zatem dziwnego, że młodzi, w poszukiwaniu Indii swoich wyobrażeń, ruszają na szlaki gdzie turystów nie ma, gdzie mogą spotkać: pracujących, uśmiechniętych Indusów, zagubione klasztory z kilkoma zadumanymi mnichami, niezapomniane krajobrazy – czyli na daleką północ Indii, do: Ladakh, Kaszmiru czy Dżammu. Pijąc pyszną herbatę na drewnianej werandzie gdzieś w Dardżyling, wysyłają najbliższym sms: „tu jest pięknie”. Bo tam zapewne tak jest. Ale tam nie byłem.

*    *    *

Ja nie załapuję się do żadnej z powyższych kategorii, choć przyznam, że najchętniej znalazłbym się w tej ostatniej. Ale niestety w mojej rzeczywistości czas biegnie liniowo, a nie w kółko, jak w Indiach.
Ja nie planowałem przyjazdu do Indii, choć jako milośnika starych cywilizacji Indie mnie nęciły. Zatem, gdy zaproponowano mi wyjazd „na trzy góra cztery miesiące” zgodziłem się po dłuższym zastanowieniu.
Zostałem na rok, a to robi różnicę. To nic, że bylem w „kokonie ochronnym” zachodniego turysty, gdy myślę o hotelu, Firmie, jedzeniu i transporcie. Byłem tu długo, zatem miałem okazję poznać prozę indyjskiego życia.

Fakt, że robiłem wiele, aby tą prozę poznać i  udokumentować. Zamiast dużej i ciężkiej lustrzanki, zabrałem do Indii mały aparacik Canon Ixus 960 IS, po który zawsze mogłem sięgnąć, by zatrzymać czas w szczególnych momentach.
Codziennie, dwukrotnie odbywałem podróż przez indyjski real. Rano, gdy jechałem z hotelu do Firmy, posadowionej gdześ w środku niczego, i wieczorem w odwrotną stronę. Mogłem zatem zawsze poprosić kierowcę o zatrzymanie, bym mógł pomyszkować po wiejskim targu, przejść się przez wieś, w porze spędzania krów z pól, czy zrobić zdjęcia kobietom, robiącym rano zbiorowe pranie w pobliskiej rzece.

Z wyprzedzeniem namawiałem znajomych Indusów, aby w weekend nie szli na zakupy, ale aby wykorzystując sprzyjającą pogodę, dołączyli do mnie, by razem pojechać w jakieś upatrzone miejsce. Nic bowiem nie zwiększa postrzegania, jak obecność znanych ci Indusów. Wytłumaczą o co chodzi, zwrócą uwagę na coś, co byśmy najspokojniej ominęli, wreszcie, zapytani opowiedzą ci związane z oglądanym miejscem opowieści, legendy czy zwyczaje.

Jestem może nietypowy, ze swoim osądem Indii, również dlatego, że wielokrotnie próbowałem coś sam załatwić, bez zlecania tego asystentce w Firmie, czy powoływania na znajomą osobę. Bo to jest właśnie ta niewidzialna ściana, o którą bezpowrotnie rozbijają się Twoje wyobrażenia o tajemniczych i pięknych Indiach.

Tu od nikogo nie dowiesz się jakie są przepisy, co wolno a co nie. Trzeba każdą sprawę zlecić komuś, kto wie. Ten się dowie i odpowie, ale nie wszystko. Bo wszystko wie ktoś inny. Ale „no problem, sir” zapyta tego kogoś.
Zatem takie normalne w naszym świecie pytania: jakie dokumenty wypełnić, gdzie je złożyć, w jakim terminie można oczekiwać realizacji i wreszcie to najważniejsze, ile to będzie (oficjalnie) kosztowało, zawsze spotka się z milym uśmiechem i tym charakterystycznym bujaniem głową.
Bo Indus wie, że trzeba najpierw przyjąć zlecenie, trzeba cię złapać za rękę, żebyś już nie mógł się wycofać. Powiedzieć: „Przepraszam, to ja już nie chcę. Rezygnuję”.

Indus na początek wprowadza cię w błogie przekonanie „no problem, sir”, aby potem co kilka dni dzwonić do ciebie z wiadomością, że tego nie da się zrobić, no ale on już coś wymyśli. Potrzeba mu tylko jeszcze jeden dzień.
Potem, gdy już wreszcie po tygodniu usłyszysz wiadomość, że jednak się da, co krok jesteś zaskakiwany, że niestety ustalenia były nieco inne i to bedzie dodatkowo kosztować.
I wtedy, gdy widzą, że masz już tego dość i w oczach masz wypisane jak na tablicy „po co do cholery ja to robilem”, zaczynają z tobą normalnie rozmawiać. Widzą, że już jesteś po ich stronie. Można już wtedy spokojnie z tobą rozmawiać: ile, komu i za co trzeba zapłacić, tak „między nami złodziejami”.

*    *    *

Co zatem mógłbym poradzić tym indiofilom, przyszłym turystom i studentom marzącym o Indiach.
Przede wszystkim – jechać, bo życie nie wybacza tym, którzy rezygnują z marzeń. Po drugie, na początek pojechać na krótko, a nie na cały rok, aby dać naszym zmysłom „przywyknąć, proszę Pana”. Po trzecie, jechać tam gdzie jest mniej lub nie ma wcale turystów, by móc się cieszyć z własnych odkryć: prawdziwych, życzliwych ci ludzi,  perełek architektury czy krajobrazu, o jakich nie pisze się w przewodnikach.
A po czawarte, i to chyba najważniejsze, trzeba jechać do Indii, by rozmawiać z młodymi Indusami i przekonywać ich, że muszą ten swój real, w którym żyją, świat podziałów kastowych, korupcji i obecnego wszędzie brudu, po prostu zmienić.

Mam również prośbę do moich Przyjaciół Indusów, aby równolegle z wkraczaniem w XXI wiek jako Globalny Gracz, jako jeden z partnerów BRIC, jako Supermocarstwo Azji, przystąpili do ciężkiej i solidnej pracy „u podstaw”, u siebie.
Staną się dla wszystkich bardziej wiarygodni. Wtedy świat będzie mógł dostrzec tą propagowaną w biurach turystycznych Incredible India.

*    *    *
Zatem wracam. I mam jeszcze jeden powód do zadowolenia - koniec z powrotami przez Paryż, gdzie nigdy nie wiadomo jaki powód się znajdzie, by nie odprawiać samolotów, szczególnie w kierunku wschodnim. Być może to jakiś uraz od czasów Napoleona. Niemniej coraz bliżej liniom Air France do włoskich linii Alitalia, której skrót tłumaczono jako: Always Late In Takeoff And Late In Arrival, czyli Zawsze Spóźnieni Zarówno Przy Odlotach jak i Przylotach.

Zatem wracam,

Nomad

Pune, 7 sierpnia 2011.

Anna Hazare – c.d.n.

Minął 1 sierpnia i w Delhi rozpoczęła się „monsunowa” sesja Parlamentu. Jednym z tematów, ale przecież dla parlamentarzystów nie najważniejszym, jest ustawa antykorupcyjna LokPal Bill. Gazety żywo się tym interesują, wyrzucając na swoje szpalty, wszystkie największe afery ostatnich sześciu lat, z okresu, które w opinii wielu, są wyjatkowo korupcjogenne. Te ogromne, ogólnoindyjskie afery okrasza się niezliczoną ilością tych lokalnych, bo one są często bardziej odczywalne dla czytelników ich prasy.
Za tym wszystkim kryje się chęć, aby raz jeszcze, w czasie trwania „monsunowej” sesji, porwać zniechęcone brakiem jakiegokolwiek postępu, społeczeńastwo do wyrażenia masowego sprzeciwu wobec korupcji.
*    *    *
Korupcyjne Mistrzostwo Indii należy bezdyskusyjnie do ludzi z Ministerstwa Telekomunikacji, którzy kilka lat temu przyznali 122 licencje na 2G, 85 firmon, w tym kilkunastu kompletnie w branży nieznanym. Przyznali te licencje tylko „swoim” firmom, głównie dlatego, że przy sprzedaży zastosowano stawki obowiazujace w 2001. Skarb Państwa poniósł niewyobrażalną stratę w wysokości 30 miliardów euro. Kiedy o sprawie stało się głośno, Centralny Urząd Śledczy zajął się tematem dopiero 2 lata temu. W tym czasie korupcyjne pieniądze posłużyły do uruchomienia kilku stacji telewizyjnych, studio nagrań i Bóg wie czego tam jeszcze. Wiadomo, w rozrywce i mediach nieźle się zarabia. Pierwsze aresztowania miały miejsce dopiero w tym roku.

W ścisłej czołówce jest także przygotowanie stadionów i obiektów towarzyszących Igrzyskom Krajów Wspólnoty Brytyjskiej, organizowanym w ubiegłym roku w Delhi. Pracami kierował Komitet Organizacyjny, którego Przewodniczacym był znany parlamentarzysta.
Na wiele miesięcy przed imprezą, kanały TV i prasa podkreślali ogromne opóźnienia. Na kilka miesiecy przed - niektóre komitety narodowe odmówiły udziału w imprezie, pokazując że miasteczko nie jest gotowe na przyjęcie sportowców, a na przyklad, woda w basenach jest niewlaściwie filtrowana i stanowi zagrożenie dla zdrowia pływaków. Na domiar złego, na tydzień przed imprezą zawaliła się kładka prowadząca z miasteczka olimpijskiego na stadion główny.
Na miesiąc przed rozpoczęciem Igrzysk, rząd, wobec braku szans na realizację prac przez wykonawców, zrobił to co i my jeszcze parę dekad temu – na plac budowy rzucono wojsko. Szeregowcy i poborowi malowali sciany, instalowali wyposażenie, czyścili teren po wykonawcach, wreszcie betonowali, tuż przed imprezą, nową kładkę.
Powiecie – skąd my to znamy. Przetargi i niski budżet. Nie, tu w indiach było zupełnie inaczej. Po pierwsze, uzgodniony ze stronami budżet przekroczono 17 razy. Nie, nie pomyliłem się. Nie o 70% procent, czy 170%. On został przekroczony o 1700%. Indusi po prostu kochają duże liczby.
Ale już od początku, szło w złą strone. Nie było żadnych przetargów, zlecenia dostali ci co mieli dostać. Często nie znający się na sprawie. A ponieważ się nie znali, to podzlecali swoim znajomym, którzy się znali trochę lepiej. W tym łańcuszku do zleceń stanęło wielu urzedników, którzy nie mając żadnych możliwości wykonawczych, wykorzystywali materiały, urządzenia i sprzęt publiczny.
Wkrótce po rozdzieleniu zlecen i zaklepania wszystkiego na czym można było zarobić, ta ogromna rzesza cwaniaków, znalazła kolejną metodę na wymuszenie dodatkowych środów. Opóźniali świadomie cykle budowy, dostawy krytycznych materiałów i niezbędnych urządzeń, aby Komitet Organizacyjny pozyskiwał od rządu kolejne subwencje. I wszyscy się na to zgadzali, bo wszyscy mieli w tym swoje interesy.
Ci, którzy te przekręty robili tak jawnie, że nie dało się tego zakamuflować, zaraz po Igrzyskach, znaleźli się w więzieniu. O pociągnięcie do odpowiedzialności wielu „nietykalnych” pisze się w prasie nieprzerwanie.

Wojsko, zazwyczaj zdyscyplinowane, patrząc co się dzieje, również stanęło do boju. Na przykład, budując ogromne osiedle w apartamentowej dzielnicy Mumbaju  - Colaba. Mieszkania finansowane ze środków państwowych, były przeznaczone dla bohaterów wojennych i wdów po nich, wreszcie dla wyróżniający się żołnierzy. Po zasiedleniu apartamentowców, okazało się, że wszystkie mieszkania wojsko sprzedało ludziom nie mającym nic wspólnego z wojskiem, za to wiele wspólnego z dużymi pieniędzmi.

Sprzedaż przez urzędy stanowe czy miejskie terenów przeznaczonych na: rezerwaty, zespoły szkól czy szpitali, prywatnym deweloperom to normalka. Kupowanie głosów w wyborach za państwowe pieniądze to - też nikogo nie rusza. Organizowanie państwowych wizyt, mających na celu odwiedzenie modnych ośrodków SPA w Nowej Zelandii czy Australii, zaczyna już być umieszczane w rubryce rozrywka.
Bo rzeczywiście, można się tylko śmiać. Czytelnicy gazet i telewidzowie z otwartymi ustami obserwują, kto zrobi jeszcze większy przekręt. Kto wysunie się na czoło w tych Igrzyskach. Bo przecież zawodnikom tych Igrzysk nic się nie dzieje.  
*    *    *
Co robi Anna Hazare i jego zespół. Wobec zarzutów o nielegalne zorganizowanie głodówki w centrum rzadowo-administracyjnym  Delhi, zwanym Jantar Mantar, Anna tym razem zwrócił się oficjalnie do władz Delhi i Sądu Najwyższego o formalne wyrażenie zgody, aby w przypadku nie zatwierdzenia jego, a nie rządowej wersji Ustawy, pozwolono mu głodowac od 16 sierpnia, aż do końca (czytaj: śmierci). Jak się należało spodziewać, obie instancje nie wyraziły zgody na taką demonstrację, a szef Policji dodał, że usunie głodujących siłą.

Igrzyska Korupcji, których gosporzarzem są Indie, trwają nadal w najlepsze.

Nomad,

Pune, 5 sierpnia 2011.

Przewodnicy

Trzeba tu uczciwie powiedzieć, że nie mają ze mną łatwo. Przede wszystkim, wybierając się na zwiedzanie, już na wstępie dokonuję wyboru dlaczego tam właśnie chcę jechać i coś zobaczyć. Jest mi to do czegoś potrzebne, chcę zrozumieć, czy mieć swój pogląd dlaczego pewne rzeczy działy się tak, a nie inaczej.

A żeby mieć swój pogląd, trzeba już na dany temat trochę wiedzieć. Zatem gdy docieram już na miejsce i witam się z przewodnikiem, to nie zależy mi na tym, aby mówił co on chce i prowadził mnie swoim „wytartym” szlakiem, ale aby znalazł też czas na rozwinięcie tematów, które mnie szczególnie interesują i zaprowadził mnie w takie zakamary, gdzie to co mnie interesuje było widoczne jak na dłoni.

*    *    *

Zatem  jak reagują na mnie przewodnicy tu w Indii.

Najbardziej cenię tych, którzy zaraz po powitaniu kontynuują wymianę zdań, aby dowiedzieć się co mnie interesuje i po co tu przyjechałem. Mając już taką informację, w drodze z parkingu do miejsca wizytowanego dokonują pewnej modyfikacji swoich rutynowych tekstów i trasy zwiedzania. To zazwyczaj przejawia się stwierdzeniem: „OK, w takim razie na początek proponuję zobaczyć to i to, a potem pójdziemy jeszcze zobaczyć te rzeczy, o których Pan wspominał”.
I to jest w porządku, to świadczy o profesjonaliźmie przewodnika. On dopasowuje sprzedawaną mi wiedzę, do moich potrzeb. Dla mnie to też jest sygnał, że ten gość wie wiele więcej, niż może powiedzieć w godzinę czy dwie, tak długo jak trwa zwiedzanie.
W ten sposób wytwarza się nić porozumienia i zaufania z kimś, kogo jeszcze niedawno zupełnie nie znalem i kogo nigdy więcej już nie spotkam.

Są przewodnicy typu belfer. To ludzie przekonani o swojej misji nauczania wszystkich. Wysiadających z samochodu witają krótkim: „dzień dobry i proszę za mną”. Bo przecież ci co wysiadają to nic nie wiedzą. Mają zatem słuchać co się do nich mówi, i podążać krok w krok za przewodnikiem. O pytaniu „a co Państwa interesuje” nie przyjdzie im nawet do głowy.

Znają swoją wartość i wiedzą, że dużo wiedzą. Ja to rozumiem i to akceptuję. Ale gdy przewodnik belfer zaczna intonować zdania i zadawać „podchwytliwe” pytania w stylu. „no i jak Państwo (w domyśle moje dzieci) sądzą, dlaczego tak się stało?” cisza i to ich „no właśnie, a bo dlatego że...”.  To po paru takich numerach zaczynam się zachowywać jak złośliwa małpa. Przerywam mu w pół zdania, aby nawiązać z czymś do tego, co powiedział wcześniej. Albo ostentacyjnie odwracam się w drugą stronę i z okrzykiem: „Aśka patrz, jaki ładny element architektoniczny!” ide zrobić zdjęcie.

Robię to i obserwuję, czy do przewodnika dociera, że numer z klasą, czyli „a teraz wszystkie moje dzieci proszę za mna”, nie przejdzie. Jedni się reflektują, że trochę przegięli i zapytają wreszcie, czy coś nas szczególnie interesuje. Takie zwyczajne: „to proszę pytać, a w trakcie odpowiem i pokażę”.
Inni nie mają tej umiejetności i obrażeni usiłują ustawić nas w szeregu, mówiąc „ to jeśli Państwo nie jesteście tym zainteresowani to...”. Oczywiście wracam na „swoje miejsce”, ale wiem, że wielu rzeczy się w trakcie tego zwiedzania nie dowiem. A przynajmniej tego co mnie interesuje. Bo przecież nie interesują mnie daty – te znajdę w Wikipedii. Nie interesuje mnie zbytnio jaki to styl – bo to widzę. Mnie interesuje, aby człowiek który spędził tu połowę życia, powiedział mi więcej o warunkach i przesłankach podejmowania pewnych decyzji, a potem o skutkach tych decyzji. Bo to jest uczące, to jest to, dlaczego kocham historię.





Inna grupa przewodników, tu w Indii, to rozpaczliwcy. Wysiadasz z samochodu i na dzień dobry mówisz dopadającym cię przewodnikom i sprzedawcom, że niczego nie potrzebujesz. Prawda, na wiekszość to nie działa, idą za tobą, w dalszym ciągu oferując uslugi. Zatem ty idziesz dalej nie zwracając na nich uwagi, rozmawiasz z innymi zwiedzającymi, robisz zdjecia. I gdy już myślisz, że sobie poszli, oddychasz z ulga i rozglądasz się dookoła. I co widzisz? Krok w krok za tobą posuwa się przewodnik, i mówi półgłosem tekst na temat mijanych obiektów. Ręce opadają. Pytasz czy zna angielski. „Yes sir” - pada odpowiedż. „OK, w takim razie chodź pan” - odpowiadam.

Przewodnik mówi dużo. Każe się spojrzeć to na lewo, a to tam na prawo. Mówi tak szybko, że nie sposób mu przerwać by zadać pytanie. Uśmiecha się i miłym  gestem zaprasza abyśmy szli dalej. „O tu, proszę wejść na mur i tam spojrzeć w dół”. Zatem wchodzimy i patrzymy.
W połowie wycieczki wreszcie przewodnik zatrzymał się by złapać oddech, zatem ty masz czas, aby o coś zapytać. Ten słucha, kiwa głową i mówi „kam, kam Ser, aj szol ju”.
I znowu idziemy. Ale w naszej głowie zaczyna świtać podejrzenie.
Zatem, zadajemy kolejne już pytanie, aby to sprawdzić na 100%, w stylu „ładną pogodę dzisiaj mamy”. A on na to „kam, kam Ser, aj szol ju”.
Teraz juz wiemy na pewno. Ten czlowiek nie zna angielskiego. Aby cokolwiek zarobić, on wkuł na pamięć ogromne ilości tekstu, dotyczącego zwiedzanej przez nas trasy. On zatem nie może niczego zmodyfikowac. On po prostu idzie i mówi.

Można się załamać, ale trudno nie zrozumieć sytuacji miejscowych, którzy oprócz tych ruin, chętnie odwiedzanych przez turystów, niczego nie mają. Zatem gdy już docieramy do końca naszej wycieczki, i przewodnik z widoczna ulgą relaksuje się i wyciąga rekę po zapłatę, ja też sięgam po portfel, odliczam i daję mu więcej mówiac. „wszystko było dobrze, tylko ucz się Pan angielskiego”. „Yes Sir” odpowiada i się uśmiecha. Nie wiem czy zrozumiał.

Czego nie lubię, to gdy przewodnicy, w chwilę po tym gdy cię zobaczą, chcą natychmiast być twoim „bratem łatą”, lekarstwem na wszystkie dolegliwości, i przy okazji wszystko o Tobie wiedzieć.
W przerwach między opowiadaniem o oglądanych obiektach, dają mi swój telefon komórkowy, z prośbą, abym im koniecznie zrobił zdjęcie pod tą uroczą arkadą. I też koniecznie z Aśką. I to jestem jeszcze w stanie zrozumieć. Gdzieś w swoim biurze mają całą scianę zawieszoną zdjęciami z młodymi turystkami i do tego jeszcze z białaskami.
Ale gdy widząc, jak sięgam po telefon, natychmiast zadają pytanie „a, HTC Desire, ile Pan za niego zapłacił?”
To już nie, tego jest już za dużo. Zatem znowu muszę się zachowywać jak złośliwa małpa. Zadaję bardzo szczegółowe pytania i obserwuję jak się gościu skręca, aby na nie coś sensownego odpowiedzieć. Czasem, gdy jest rzeczywiście dobry, odpowiada zgodnie z prawdą. Gdy jest bardzo dobry podaje nawet kilka wersji: te oficjalne, do przeczytania wszędzie, albo wyniki ostatnich badań, albo wreszcie „co ludzie mówią”. I jeśli przewodnik reprezentuje te dwa przypadki, to go rozgrzeszam. Jest po prostu ciekawy wszystkiego, ten typ tak ma.
Ale gdy na zadane pytanie przewodnik opowiada mi grechuty, to już po nim. Bo zadaję mu kolejne, również szczegółowe, i śmieję się w duszy, widząc jak się skręca, by mi na nie coś wyglądającego na prawdę odpowiedzieć. Są na tyle inteligentni, aby na poczekaniu takie niestworzone historie wymyśleć.

*    *    *

W czasie tej dziesięciodniowej wyprawy z Delhi, przez Agrę do Radżastanu, spotkaliśmy wielu przewodników, bo byli nierozłączną częścią odwiedzanych: mauzoleów, fortów, czy pałaców.
Byli profesjonaliści, jak ten wyglądający na Sycylijczyka przewodnik w  Fetehpur Sikri. Byli belfrzy, jak na przykład ten z którym zwiedzaliśmy Delhi. Rozczulił nas straceniec, który w forcie Chittodgarh, przez ponad dwie godziny, z pamięci recytował ogromny tekst, bez znajomości angielskiego.
Byli wreszcie strasznie inteligentni cwaniacy, robiący przekręty na biletach dla białasów, jak nasz przewodnik w Agrze.

Wszystkich ich zapamiętaliśmy, bo cała ta wyprawa jest niezapomniana.


Nomad,

Pune, 5 sierpnia, 2011.

“Sami Swoi” w wersji indyjskiej

Rządy wielu państw federacyjnych, będących zlepkiem iluś tam, różniących się kulturowo, grup czy nacji, miast stanowić mądre prawa, sytuujące wszystkich jej uczestników “przy okrągłym stole” i konsekwentnie scalać swego narodowego puzzla, wybieraja drogę „zagrożenia zewnętrznego”.  W przypadku Indii, takim „czarnym ludem” jest Pakistan czyli swój.

A wszystko zaczęło się w 1947 roku, kiedy to przebierający nogami admiral floty brytyjskiej i wicekrol Indii, lord Luis Mountbatten, nie mogąc doprowadzić do rozsądnego porozumienia pomiędzy Kongresem Narodowym a Ligą Muzułmańską, zgodził się na wykreślenie w pośpiechu, linii rozdzielającej tereny z przeważającą ludnością muzułmńską od Total India, czyli z przewagą ludności hinduskiej. Już 14 sierpnia Dżinnah, Lider Ligii Muzułmańskiej ogłosił powstanie Pakistanu, nieco zaskoczony tempem zdarzeń, Nehru ogłosił Rozdział Total India 15 sierpnia, a prace nad uszczegółowieniem linii granicznej trwały jeszcze parę dni.

Pośpiech, na który zgodzili się przywódcy wszystkich zainteresowanych stron, spowodował największy w dziejach świata eksodus ludności cywilnej. Z dnia na dzień, okolo 10 milionów ludzi podjeło decyzję, o przeniesieniu się na drugą stronę granicy. Oczywiście, jak to zwykle bywa przy wytyczaniu nowych granic, nie obyło się bez ofiar. Muzułmanie nagłaśniali przypadki agresji, jakiej doświadczyli od swoich dotychczasowych sąsiadów Indusów. I w ramach retorsji, jak twierdzili najbardziej zradykalizowani Muzułmanie, dokonywali rzezi Indusów zmierzających zatłoczonymi pociągami z terenów przyszłego Pakistanu do Indii. W tym krotkim czasie zginal 1 milion ludzi. I tak powstał Pakistan.

„Indiom odcięto skrzydła” -  pisały gazety, bo gdy spojrzeć na mapę subkontynentu Indyjskiego, to ci co nie chcieli być w Total India, utworzyli wyraźne dwa regiony. Jeden w północno- wschodniej części Indii, nazwany Bengalem Wschodnim, i drugi w części północno-zachodniej Indii, nazwany Pakistanem Zachodnim.

Jeszcze w tym samym 1947 roku, muzułmańskie grupy zaatakowały i zajęły, wtedy jeszcze niezależny Kaszmir. Władca Kaszmiru zwrócił się do Indii o pomoc, proponując jednocześnie przyłączenie się do One India. Armia Indyjska pośpieszyła z pomocą i rozpoczęła sie pierwsza wojna indyjsko – pakistańska. Dopiero w 1949 ONZ wypracowało warunki zawieszenia broni, które z przerwami trwa do dzisiaj. Niemniej, Indie nigdy nie uznały podziału Kaszmiru, nazywając pakistańską część POK, czyli Kaszmir pod okupacją Pakistanu.

*    *    *

Czas płynął i nadszedł czas na drugi odcinek filmu „Sami Swoi”.
W marcu 1971 roku, wobec pogarszającej się sytuacji ekonomicznej, mieszkańcy Bengalu Wschodniego rozpoczęli zamieszki, głownie w kilkunastomilionowej Kalkucie. Zamieszki wkrótce przerodziły się w wystąpienia przeciwko rządowi. Na co Rząd Pakistanu oświadczył że wojsko wkroczy do akcji. Tyle, że we Wschodnim Bengalu wojsko było podobnie jak i mieszkańcy zrewoltowani, zaś dla armii stacjonującej w Pakistanie Zachodnim, ponad 1800 kilometrwa droga przez północny szlak, przełęczami Karakorum, nie była łatwa. Korzystając z tej sytuacji społeczeństwo Bengalu Wschodniego zwróciło się do Indii z prośbą o udzielenie sąsiedzkiej pomocy. Indie zareagowały natychmiast, wkraczajac w grudniu tego samego roku z wojskiem, które łatwo się rozprawiła z nieliczną pakistańską armią.
Wkrótce, Rada Bezpieczeństwa ONZ wsparła dążenia ludu Bengalu Wschodniego do niepodległości. I tak powstał Bangladesh.

Indie triumfowały. Po raz pierwszy bowiem w swojej krótkiej, bo zaledwie 25-o letniej historii, dzięki własnej armii i zręcznej polityce, odebrano Pakistanowi to jedno, wschodnie „skrzydło”.

Wydawało się, że przy tym stanie meczu 1 : 1, sytuacja się unormuje, szczególnie, że premierzy Indii i Pakistanu, co kilka lat spotykają się, aby prolongować porozumienie z 1972 roku, w którym Indira Gandhi i Zulfikhar Ali Bhutto zobowiązali się do pokojowego, wspólnego rozwiązywania problemów, głównie granicznych.

Ale nic z tego, gdyż ciągle dochodziło do starć zbrojnych pomiędzy pogranicznikami obu stron.

W tej sytuacji Indie wyciągnęły asa z rękawa, i w 1998 roku przeprowadziły z powodzeniem szereg testow z bronią nuklearna. Świat wstrzymał oddech, szczególnie że jeszcze w tym samym roku, Pakistan również przeprowadził testy z bronią atomową. I znowu był remis.

Zatem ponownie trzeba było usiąść do stołu rokowań, i lata 2002 – 2005 były okresem, mało konstruktywnych, ale jednak rozmów, w efekcie których prezydent Pakistanu Pervez Musharraf, zobowiązał się, że żaden terrorystyczny atak nie wyjdzie z ziemi pakistańskiej. I świat w to uwierzył.

Ale muzułmanie mają problem ze swoimi ekstremistami. 26 listipada 2008 roku, grupa uzbrojonych po zęby, i jak się później okazało, naszprycowanych narkotykami terrorystów, przeprowadziła kilka zsynchronizowanych w czasie ataków w centrum Mumbaju, barykadując sie ostatecznie, wraz z zakładnikami w Hotelu Tadż Mahal. Zginęło 166 niewinnych ludzi. Indie oskarżyły Pakistan, a ten przez ostatnie 2 lata bił się w piersi, że to nie Pakistańczycy, i że ich służby specjalne nic o tym nie wiedzą.

Aby być bardziej wiarygodnym w oczach świata, bo w oczach Indusów nigdy nie był, w 2009 i 2010 roku Pakistan podpisał z Indiami porozumienie o wspólnym zwalczaniu terroryzmu w regionie, oraz o przystąpieniu do rozmów pokojowych.

*    *    *
Czas na trzeci odcinek „Sami Swoi”.
! maja amerykańskie Seals, przepowadziły akcje niemal pod nosem pakistańskiego Pentagonu, porywając i zabijając Osama bin Ladena, który jak się okazało, przez ostatnie lata ukrywał się tam wraz z rodziną, przyjmując swoich najbardziej zaufanych łączników i planując wraz z nimi kolejne próby podpalenia świata.
Świat, a przede wszyscy Amerykanie zwątpili w dobre chęci Pakistanu, i jego ISI – służby wywiadowcze.

W tej sytuacji Amerykanom nie zostało nic innego jak rozpocząć taniec wokół Indii. Na wiosnę wizytowal je Barak Obama wraz z First Lady, a całkiem niedawno - Hillary Clinton. Nawołują Indie, aby te byly mniej asertywne i zaczęły prowadzić bardziej aktywną rolę w regionie.

Na wyniki nie trzeba było długo czekać – 13 lipca, wybuchły znowu ładunki wybuchowe w Mumbaju, w jego najbardziej zatłoczonych miejscach, na targu i centrum handlowym.
Gdy nieświadomy niczego lądowalem 14 lipca na lotnisku w Mumbaju, ze zdziwieniem zauważyłem, że na lotnisku jest więcej wojska z długą bronia, gotową do strzału, niż podróżujących.
Opinia publiczna oskarżyła rząd , że procedury bezpieczeństwa, jakie wypracowano po 26/11 w większości nie zostały wdrożone.

Pomimo braku dowodów, że terroryści wyszli z ziemi pakistańskiej, Pakistanowi nie pozostało nic innego jak natychmiast wysłać do Indii swojego nowego ministra spraw zagranicznych, aby oświadczyć, że Pakistan będzie w sposób jawny współpracował z Indiami w tej ostatniej i innych wcześniejszych sprawach.
Tym razem to Pakistan wyciagnął królika z rękawa, bowiem nowym ministrem spraw zagranicznych jest kobieta i to jeszcze jaka.

Widocznie też znają „gdzie diabeł nie może tam babę pośle”

Nomad,

Pune, 4 sierpnia, 2011