czwartek, 10 marca 2011

Drogowcy - i znowu kobiety

Gdy wreszcie przestanie padać, woda wsiąknie, a słońce wypali ziemię na skorupę, rozpoczyna się sezon naprawy dróg. W Indiach jest podobnie jak i u nas – drogowcy nie nadążają za gwałtownie mnożącą się liczbą samochodów, rosnącym tonażem ciężarówek i wreszcie za niszczącymi siłami natury.
*   *    *
Mieszkam w Hotelu, zlokalizowanym pomiędzy Parkiem Infotechnicznym im. Rajiv Gandhi  - Etap I, w północnej części Pune, a kolejnym Parkiem Infotechnicznym im. Rajiv Gandhi  - Etap III, około 8 km od naszego Hotelu. W przewidywaniu dobrego biznesu, wzdłuż starej lokalnej drogi, łączącej te dwa ośrodki, zbudowano kilka ekskluzywnych hoteli dla: biznesmenów, ekspertów pracujących w tych IT firmach i osób je wizytujących.
Jak powiedział mi dyrektor naszego Hotelu, planowano, że tędy pobiegnie dwupasmowa nowoczesna arteria, łącząca obydwa parki IT i znajdujące się dalej zakłady produkcyjne, w tym nasz. Ale widocznie ktoś zapłacił lokalnym decydentom więcej i nowoczesną arterię pobudowano parę kilometrów dalej. Hoteli przesunąć się nie udało. Górują zatem dumnie, wśród zielska i zarośli, otoczone przerwanymi wykopkami pod inne inwestycje, gdzieś w środku niczego, przy starej, wąskiej i wyboistej drodze.
Codziennie jeździmy do Firmy tą lokalną drogą, mijając z sześć wiosek i przecinając 3 rzeki. Starą drogą, planowaną dla ludzi, bydła, bullockartów i ewentualnie motoryksz, suną teraz ciężarówki, samochody dostawcze, traktory z płodami rolnymi na przyczepach i wreszcie samochody terenowe. Dla wcześniejszych użytkowników tej drogi nie ma już miejsca. Ciągną zatem wyboistym poboczem, ścieżką poza wypełnionym śmieciami przydrożnym rowem, a wreszcie skrótami przez pole.
W takich warunkach wyprzedzanie czy wymijanie to dosyć karkołomny proces. Biorący w nim udział migają światłami i wciskają klaksony, aby krowy i ludzie zeszli z pobocza, a ci nadjeżdżający z naprzeciwka zechcieli się, z dużym wyprzedzeniem, zatrzymać. I zatrzymują się, bo nie ma innej rady. Ciężarówka przecież nie zjedzie na pobocze, bo załadowana do nieprzytomności  i zdezelowana, złapie na poboczu gumę lub zerwie zawieszenie. Zatem to my samochodami terenowymi musimy zjeżdżać na pobocze lub zatrzymać się by przycupnąć tuż za krowimi zadami.
Tak jest na większości dróg w stanie Maharashtra. Rozwijające się gwałtownie municypalne Pune pochłania znakomitą ilość środków przeznaczonych na budowę dróg, do rozwiązania problemu korków w mieście . Na prowincję środków już nie ma od lat, powiedział Sachin, z którym jadę nad morze.
Zwróciłem na to uwagę, gdy w drodze nad wybrzeże Morza Arabskiego, po póltoragodzinnym pięciu się do przełączy w górach Ghatty, zaraz po wjechaniu do nowego obszaru administracyjnego, droga gwałtownie poszerzyła się, wygładziła i nawet pojawiła się biała linia rozdzielająca dwa kierunki ruchu.
Zatem, gdy któregoś popołudnia, wracając do Hotelu utknęliśmy w korku, bo na drodze stały ciężarówki i wyładowywały tłuczeń, wszyscy krzyknęliśmy: remontują drogę!!!
*    *    *
Tak, najpierw pojawiają się ciężarówki. Suną powoli załadowane po burty tłuczniem, takim o wielkości do 10 centymetrów. Suną z przerwami, gdy muszą wywieźć ten tłuczeń gdzieś na przełęcze Ghattów. Po przejechaniu 200 czy 500 metrów, z kabiny wyskakuje pomocnik kierowcy i wprawnym ruchem podsuwa pokaźny kamień pod tylne koła ciężarówki. Ta może stanąć zaciągnąć hamulce i odsapnąć. Wszyscy podążający za nię muszą zdobić to samo, bo tu w górach najczęściej poboczy nie ma. Po ok 5 minutach znowu ruszamy do przodu.
Gdy już tłuczeń zostanie dowieziony i zrzucony na pryzmy, zajmujące prawie połowę drogi, w pobliżu pojawiają się szałasy niedotykalnych i nomadów.

Przed robotą „w kamieniu”, Indusi motykami kopią glinę gdzieś w pobliżu i wrzucają ja do stalowych płaskich mis. Te z kolei, załadowane gliną, Induski, na głowach, donoszą na pobocze i zasypują największe wyboje.
Kolejny proces to roznoszenie tłucznia i układanie go starannie na drodze i poboczu. To też robią Induski. Ich dzieci, w tym czasie siedzą na jeszcze nierozebranych pryzmach kamieni i ukladają też swoiste Lego z kamieni.
Droga jest już generalnie ułożona, lecz jadąc nią trzęsie niemożebnie, tak że plomby w zębach wpadają w rezonans. Tak jest dopóki na placu nie pojawi się walec. Wgniata wszystkie poukładane kamienie na równo, aby przygotować następny etap – wyrównanie drogi żwirem. To też, jak się okazuje, najlepiej robią Induski. Roznoszą żwir w miskach, by po dotarciu do miejsca, szerokim łukiem rozsypać żwir na wyrównany przez walec tłuczeń.
Po kolejnym seansie z udziałem walca, na naprawianym odcinku drogi pojawiają się nowi aktorzy: ciężarówka wypełnione beczkami z lepikiem i asfaltem, oraz buchająca ogniem smolarka.
Najpierw idzie lepik. Ze smolarki do dużej konwi, którą Indus polewa żwir. Lepikiem polewa decymetr po decymetrze drogi, aby ten wsiąknął jak najgłebiej, wiążąc żwir z tłuczniem. Potem już cienka warstwa asfaltu, czy raczej smoły, aby związać w całość tak pracowicie układanego przez Induski puzzla z kamieni i żwiru, we w miarę równą lecz chropawą drogę.

Na koniec jeszcze posypanie piachem z drobnym żwirkiem, przewalcowanie i – można posunąć się na następny kawałek drogi do naprawy. Bo na większą, czy raczej dłuższą  całość środów nie ma.

Skąd my to znamy?

Nomad

Pune, 10 marca 2011.

wtorek, 8 marca 2011

Induski los

28 lutego dziennik DNA z Pune zamieścił interesujący artykuł zatytułowany „UNICEF głosi, że 30% Indyjskich dziewcząt wychodzi za mąż przed ukończeniem 19 lat”.

W tegorocznym raporcie dotyczącym zdrowia nastoletniej młodzieży, UNICEF podał, że 30% indyjskich dziewcząt w wieku od 15 do 19 lat jest mężatkami, bądź pozostaje w stałym związku z partnerem. W przypadku chłopców z tej grupy wiekowej, w związku z partnerką pozostaje 5%.
Szczególny niepokój budzą obszary wiejskie, gdzie aż 56% dziewcząt jest wydawanych za mąż przed ukończeniem 19go roku życia. Dla nastolatek z miast, wczesne zamążpójście dotyczy 29% dziewcząt.
Raport stawia Indie w niekorzystnym świetle, stwierdzając, że kraj ten ma największy odsetek  niedożywionych dziewcząt w świecie.
Indie są ojczyzną 20% nastolatków świata, lecz stan ich zdrowia i edukacji jest wyjątkowo zły. Prawie 47% (najwyższy w świecie) dziewcząt w wieku od 11 do 19 lat ma niedowagę. Co więcej, w tej grupie na anemię cierpi 56% dziewcząt i 30% chłopców. Aby to sobie lepiej wyobrazić, grupa wiekowa 11 – 19 lat stanowi 25% mieszkańców Indii, czyli około 250 milionów ludzi.
Odnośnie wykształcenia również sytuacja nie jest dobra. We wspomnianej wcześniej grupie wiekowej, 40% nie uczęszcza do szkoły, a 43% bierze ślub przed ukończeniem 18go roku życia. Z tej 43% populacji, 13% zostaje nastoletnimi matkami.
Procent uczęszczania do szkól w grupach wiekowych 11-13 lat i 14-17 lat to odpowiednio 86% i 64%.
Raport ponadto stwierdza, że równolegle z utrzymującym się wzrostem palenia tytoniu, młodzież coraz częściej sięga po alkohol i narkotyki. Relatywnie wcześnie rozpoczynane jest pożycie seksualne. Podano, że w krajach rozwijających się, z wyłączeniem Chin, średnio 11% dziewcząt i 6% chłopców, ankietowanych w grupie wiekowej 15 – 19 lat, stwierdziło że miało stosunki seksualne przed 15tym rokiem życia

*    *    *
                                                                    
Nie muszę czytać tego raportu, ponieważ Induski los, szczególnie tej mieszkającej na wsi, obserwuję codziennie w drodze do i z Firmy. To takie codzienne 14 kilometrów prozy zycia.
Induska wstaje rano. Bhaskar, który urodził się na wsi, twierdzi, że kobieta wstaje o 4.30 – 5.00 rano. Wstaje pierwsza, dużo wcześniej niż jej rodzina, bo musi włożyć do komina nowy krowi placek – zwany gouri, który gdy wreszcie zacznie się żarzyć, roztoczy odrobinę ciepła wokół śpiącej jeszcze nieopodal rodziny. Musi ponadto rozpalić stojący na zewnątrz domu piecyk z mosiężnym kotłem, aby nagrzać wody dla całej rodziny. By go rozpalić nie wystarczy przekręcić kurek w butli gazowej, bo gaz jest drogi i tylko parę rodzin we wsi na to stać. Węgiel tez jest drogi. Tutaj na wsi do ogrzania wody wykorzystuje się wszystko co da się znaleźć, zebrać i przytaszczyć, a na dodatek da się rozpalić.
Gdy już ogieniek nieśmiało liże dno mosiężnego kotła, a jest jeszcze ciągle ciemno i mrok skrywa nagość, Induska może przystąpić do porannego mycia. Narzuca na głowę szal, i klęcząc lub w kucki, pochylona nad niewielką miską, naciera całe ciało mokrą i namydloną tkaniną. Indusi dbają o czystość ciała. Wierzą, że szczególnie jest to istotne zaraz po wstaniu, gdy ciało wyrwie się z brudnych objęć mroku.
Namydlają się  nieśpiesznie i w skupieniu, jak gdyby chciały zliczyć ile cali kwadratowych skóry zostało już oczyszczonych a ile jeszcze pozostaje brudne.
Gdy już są przekonane, że każdy fragment skóry jest namydlony, przystępują do następnego etapu – za pomocą kubka polewają się wodą, ale tak aby jak najmniej wylało jej się poza miednicę. Potem już tylko sama przyjemność – wycieraniee i rozcieranie zziębniętego ciała, posmarowanie ciała olejkiem i wreszcie włosy. Włosy, duma każdej Induski, to nie tylko ozdoba ale dowód zdrowia. Myją je i namaszczają olejkiem z migdałów lub hibuskusa, splatają i chronią przed słońcem i kurzem, osłaniając je chustą lub skrawkiem saadi.
Zaczyna świtać i woda w mosiężnym kociołku przestaje być zimna. Czas na poranne mycie Indusa. Można to już robić za dnia, bo nagość męska nie jest czymś nieobyczajnym. W tym czasie Induska przystępuje do mieszania ciasta na placki, przyprawiania warzonego przez noc ryżu z kawałkami warzyw czy mięsa. Wreszcie pieczenie placków i śniadanie dla męża jest już gotowe.
Ona zje później bo najpierw dojenie krów. Potem czas na dzieci – musi je pobudzić, umyć, ubrać, uczesać i nakarmić. Kiedy juz czyściutkie i zadbane, z ogromnymi tornistrami na plecach, idą do szkoły, może usiąśc i zjeść śniadanie, zwane tu naashta.
Gdy poranne słońce przyjemnie łechce twarz, można przed domem pozmywać metalowe lub plastikowe naczynia, tace i miseczki.
W tym czasie Indus załaduje bańki z mlekiem na motocykl i zawiezie je do wioskowej zlewni. Czyni to z ochotą, bo przy zlewni jest pierwsze poranne posiedzenie i wymiana „co tam Panie w polityce”.

Indus wraca, zatem czas na pierwsze wyjście Induski z domu. Dumnie wyprostowana, z kilkoma pojemnikami na wodę, ubrana w kolorowe saadi i starannie uplecionymi włosami, sunie pomiędzy domkami sąsiadów, w stronę najbliższego ujęcia wody. Bowiem woda jest tu najważniejszym elementem życia.
Jest już dobrze po 8ej i w słońcu robi się naprawdę ciepło. Woda przyniesiona do domu i Indus podąża za krowami w stronę pastwiska. Teraz można oddać się prawdziwej uczcie towarzyskiej – Induska zbiera wszystkie brudne ubrania do miski i trzymając ją na głowie rusza w stronę wody.
Najlepiej gdy przez wieś przepływa strumień czy rzeka, wtedy zbiera się ich kilkanaście. Są blisko siebie, pomagają sobie przenieść miski z praniem z brzegu na najbliższy kamień na rzece. Tam jest najlepiej. Nurt jest szybki i wystarszy położyć kurtę na wodzie i szorować ją szczotką, aby przywrócic tkaninie nieskazitelną biel. Gdy nie ma rzeki a wieś jest bogatsza, ujęcie wody przypomina targowisko, z niskimi betonowymi stołami, na których Induski rozkładają praną odzież i polewając je wodą z najbliższego kranu szorują szczotką. W niewielkich osadach, ujęcie wody to zwykła rura z kranem, wystająca na metr ponad ziemię. A wokół rury, na płaskich kamieniach, kobiety rozkładają odzież do prania.
Opowieściom, ploteczkom i żartom nie ma końca. A w zasadzie jest – zbliża się dziesiąta - czeka przecież otoczenie domu, które trzeba pozamiatać, przydomowy ogródek, który należy podlać czy wreszcie krowie placki gouri do uformowania i poukładania aby wyschły w pełnym słońcu. Trzeba zdążyć z tym wszystkim zanim słońce swoim żarem przywali wszystko do ziemi. Bo wtedy najlepiej jest schronić się w chłód domu.
Tak, tu w Indiach słońce jeszcze dobitniej niż w Eurolandzie, wyznacza cykl prac. Gdy nastaje leniwe południe w chłodzie domu można rozpocząć przygotowanie posiłków dla tych co wkrótce wrócą z pola czy ze szkoły.
Gdy słońce zelżeje, Induska po raz drugi może wyjść z domu – do pracy. Czuje się wybranką losu, gdy rodzice wydadzą ją zamąż za rolnika. Niby niewiele, miastowi ironicznie nazywają ich bullocart managerami, ale w końcu są właścicielami: domu i szopy na bydło, postawionego na prywatnym gruncie, mniejszego lub większego kawałka pola i przynajmniej tego wyszydzanego bullocarta, zwanego bail gaadi – dwukółki, do której zaprzęgnięta jest para wołów. Tym wozem można pojechać w pole. Można podjechać do najbliższego miasteczka i przywieźć co trzeba.

Gorzej jest z tymi, którzy pola nie mają. Wtedy trzeba rozglądać się za pracą najemną. A jest jej dużo: w polu u tych, którzy zarządzają większym areałem, w najbliższej cegielni, która kręci się pełną parą w czasie suchego sezonu, czy wreszcie jako pod- podnajemca prac wykonywanych na zlecenie gminy.
Wygląda to mniej więcej tak: w ramach zleceń władz terytorialnych buduje się np. wodociąg do najbliższych kilku wsi w gminie. Przedstawiciel władz „wybiera” w ustawianym konkursie kwalifikowanego wykonawcę tych prac. Ten wykonawca, po odpaleniu działki przestawicielowi władz, przystępuje do „lokalizacji” mniej kwalifikowanego wykonawcy z gminy, w której mają być prowadzone prace. Tak będzie taniej, a i swoi zarobią. Gdy już ci swoi zostaną wybrani i przeliczą ile na tym można zarobić, zgłaszają temat w wiejskiej gospodzie, aby ci znależli niedotykalnych lub nomadów mieszkających w szałasach pod wsią, do wykonania prac związanych z kładzeniem wodociągu.
*    *    *
Siedzę w zakurzonej przydrożnej restauracji i oganiając się od much usiłuję zjeść masala papad czy jakiś inny placek butter roti, bo w końcu jeść coś trzeba.
Wstaję i sięgam po aparat, bo widzę, że po sąsiedzku, jakiś Indus, narzuca motyką żwir do miski. I gdy  jest do połowy pełna zakłada ją na głowę stojącej obok Indusce. Ta niesie tą miskę ze trzydzieści metrów dalej, aby wrzucić jej zawartość do betoniarki. Nieopodal, kilku Indusów betonuje właz do kanału z zaworami.
Gdy robię zdjęcia i kręcę z niedowierzaniem głową, podchodzi właściciel restauracji i wskazując ruchem głowy kobietę z miską mówi:
- ciężka praca;
- no tak, i jeszcze w taki upał. Jest ponad 30 stopni;
- dają im za to 200 Rupii za 8 godzin takiej pracy (60 Rupii to około 1 Euro);
- kto im daje
- ci obok. I pokazuje mi kilku Indusów, ubranych w białe gandhi pijama, rozpartych wygodnie na zacienionej werandzie restauracji.
- siedzą tak cały dzień, dodał.
To właśnie ci „swoi” lokalni podwykonawcy, zadowoleni, że znaleźli pod-podwykonawców do prac przy wodociągu.
*    *    *
Gdy zbliża się szósta, siódma wieczór i upał z wolna odpuszcza, Induska po powrocie z pracy może udać się wreszcie na spacer. Oczywiście nie tak zupełnie bez celu.
Kobieta jest strażniczką domowego ogniska, i aby był ogień to musi się coś palić. Stąd  Induska cały dzień rozgląda sie po okolicy w poszukiwaniu tego co już prawie uschło, da się wyłamać i przytaszczyć do domu. Zatem gdy robi się chłodniej, Induski zbierają się we dwie lub trzy, aby wspólnie wyprawić się po upatrzone wcześniej drewno. Nie wiem jak, ubranym w saadi kobietom, udaje się przedrzeć przez rowy i chaszcze, ciągnąć za gałęzie by pochylić pień drzewka, tak aby pod ciężarem ciał wyłamać je z ziemi. Często bez lin, siekier, czy nawet powszechnie tu wykorzystywanych motyk.
Każdego dnia, wracając wieczorem z Firmy, mijamy je idące dumnie z okazałymi wiązkami gałęzi lub pniem drzewa, na głowie oczywiście.
Gdy już dotaszczą zdobycz do domu, aby Indus, siedząc na ziemi mógł to porąbać za pomocą małej siekierki, Induska może ponownie wyjśc z domu na kolejne spotkanie towarzyskie  - czyli do najbliższego ujęcia wody.  Znowu bańki z wodą, znowu przyjemna pogaduszka z sąsiadkami, znowu można zanużyć zmęczone stopy w kałuży wody, nieodmiennie sąsadującej ze studnią. W drodze do domu, wychlapująca się z bańki woda zalewa włosy i wsiąka w saadi, przyjemnie chłodząc plecy.
 
Jeżeli po powrocie z pola Induska nie ma w planie zbierania opału, a wyprawą po wodę może obarczyć powracające ze szkoły dziecko, to Induska w ramach relaksu może jeszce wyskoczyć na shopping. Wyskoczyć to znaczy kluczyć wyboistym poboczem drogi, uchylając się od pędzących ciężarówek i nieprzerwanie trąbiących jeepów, omijając wracające z pastwisk krowy. I tak do najbliższego skrzyżowania dróg, gdzie najczęściej lokują się sprzedający ze swoimi towarami.
Można tu zobaczyc nawet dziesiątkę uczniów pobliskiej szkoły, którzy po kupieniu na targu smakołyków, zdołają zmieścić się do jednej motorykszy by podjechać do bardziej odległej wsi.
Można zobaczyć stojące grupkami pozawijane w burki Induski wyznające islam, wreszcie można spotkać niewidziane od tygodnia przyjaciółki czy znajome.
Wędrując tak od straganu do straganu, zbierają to wszystko do obszernego tobołu, zwanego chhumhaal, który z czasem moze przyjąć rozmiary kuli prawie metrowej średnicy.
Po tym wszystkim, siedzą w kucki przy wylocie z targowiska, rozglądając sią za jakąś podwózką do domu. Jeśli nie będą miały szczęścia, czekać je będzie długi powrót do domu, ale za to z zakupami na głowie.
Jest ósma wieczór. Koniec z wyskokami na ploteczki nad rzekę, towarzyskimi spotkaniami i shoppingiem. Wreszcie można pobyć w domu i rozkoszować się ciepłem domowej atmosfery, przy oporządzeniu bydła, przygotowaniu kolacji, zawanej sandhyaakalche jewan,  i wysłuchaniu od dzieci co wydarzyło się w szkole i na boisku. Wreszcie w trakcie zmywania naczyń po kolacji, jest chwila by pomyśleć czego jeszcze nie udało się zrobić, zanim pójdzie się spać gdzieś po 10ej lub 11ej w nocy.
*    *    *
W styczniowy niedzielny poranek, gdy przemykałem się pomiędzy budzącymi się do życia domostwami wioski, przed jednym z domów zauwazyłem młodą kobietę zmywającą naczynia po śniadaniu. Ubrana był w pomarańczowe i jasnozielone saadi.
Skąd ona wie, pomyślałem, że w  wiosennym sezonie roku 2011, te kolory - pomarańcz i jasna zieleń są najmodniejsze. Zapewne nie jest czytelniczką Vogue czy Twojego Stylu.

*    *    *

Z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet, chcę życzyć Induskom, szczególnie tym mieszkającym na wsi, żeby miały trochę mniej na głowie. Dosłownie.


Nomad

Pirangut, 7 marca, 2011

poniedziałek, 31 stycznia 2011

Fifty-fifty, czyli Mumbaj w jeden dzień

Piątek, 7 wieczorem, tłuczemy się jadąc po wyboistej drodze z Firmy do Hotelu.
Koniec listopada, za szybą ciemno i widać tylko na biało ubranych w ghandi pijama Hindusów. No i jasno oświetlone werandy przydrożnych barów, do których wyżej wspomniani zmierzają na kubek herbaty z mlekiem.
Ciszę przerywa Brenta;
- co robicie w niedzielę?
- może bym coś zobaczył ciekawego w okolicy, odpowiedziałem;
- my chcemy zrobić jakieś zakupy. Moja znajoma powiedziała, że w Mumbaju jest taniej niż w Bangalore, włączyła się do niemrawej nieco rozmowy Viki.
- świetnie, co o tym myślisz Alena, nigdy tam nie byliśmy?

Zanim nasz samochód zatrzymał się do kontroli przed Hotelem, mieliśmy już ustalone, że niedzielę spędzamy w Mumbaju. Ja miałem tylko zebrać informację, co warto zobaczyć w jeden dzień, ale tak aby jeszcze został czas na zakupy.

Gdy w pracującą sobotę rano zapytałem w biurze Hindusów co warto zobaczyć w Mumbaju w jeden (niecały) dzień, odparli abym skontaktował się z Sachinem.
- On tam mieszka i zrobi Ci listę „must see”.
Po godzinie Sachin przyszedł i położył mi na biurku  taki oto wykaz rzeczy koniecznych i możliwych do zobaczenia:
1.         Wrota Indii i Hotel Taj Mahal;
2.         Groty Elefanty;
3.         Nadmorską Promenadę - Marine Drive;
4.         Wiszące Ogrody;
5.         Stację Victoria Terminal;
6.         Restaurację Leopold Cafe and Bar;
7.         Nehru Planetarium;
8.         Meczet Haji Ali i usytuowaną w pobliżu Laxmi Temple;
9.         Mumbaj Sion – najstarszą portugalską dzielnicę miasta;
10.      Dzielnicę handlową Chaupati.

Gdy zobaczyłem tę listę, powiedziałem, że w południowej porze, chętnie bym zobaczył prawdziwy port rybacki i został tam na obiad, na lokalne frutti di mare.
Pokiwał tak po indyjsku głową i odparł:
- to możliwe, musicie tylko rozpocząć zwiedzanie jak najwcześniej, czyli o 9 rano.

Słowo ciałem się stało, i w niedzielę 21 listopada, o godzinie 6.15 siedzieliśmy w samochodzie i ustalaliśmy z kierowcą kolejność odwiedzanych miejsc.
- Będzie najlepiej, gdy z autostrady zjedziemy wcześniej do wschodnich przedmieść Mumbaju, a stamtąd, autostradą nadmorską i nowo otwartym, wiszącym nad całą  zatoką, mostem Mumbai Sae Link, dotrzemy bezpośrednio pod meczet Haji Ali.
Potem już gdy mijaliśmy nowoczesne centrale międzynarodowych firm, usytuowane wzdłuż morza, kierowca dodał:
- musimy zacząć od meczetu, ponieważ od 10-ej ściągają tam na modły Muzułmanie i cały długi przesmyk łączący z lądem zbudowany na skalistej wysepce meczet, jest kompletnie wypełniony wiernymi.
Zbudowany całkowicie z białego marmuru i bogato ornamentowany, Meczet Haji Ali mieści mauzoleum bogatego kupca Haji Ali Saha Buchariego z Bombaju, który po odbyciu pielgrzymki do Mekki, uświadomił sobie, że pieniądze nie dadzą mu szczęścia dopóki nie podzieli się nimi z ubogimi. Zainicjował zatem działalnośc charytatywną, przeznaczając na to m.in. cały swój majątek. Założona przez niego misja funkcjonuje do dziś, wspierając ubogą społeczność muzułmańską Mumbaju.
Przestępując progi mauzoleum, by pomodlić się i dotknąć czołem płyty nagrobnej Haji Ali, wierni muszą obmyć twarz i ręce w źródełku przy wejściu do świątyni. Ja też to robię. Nasze dziewczyny nie muszą, bo mogą co najwyżej stanąć za ażurową ścianą dżali, oddzielającą sień od mauzoleum.
Nieopodal meczetu , ale już na lądzie znajduje się Laxmi Temple. Pochodząca z XVIII wieku, niewielka świątynka, zagubiona wśród znacznie większych, bo młodszych budynków, ma ogromne rzesze wiernych. Bo Laxmi to bogini bogactwa i dostatku. Zatem wąskie zaułki prowadzące do świątyni wypełnione są kolorowymi straganami, w których można kupić orzechy kokosowe, kwiaty, tacki ofiarne i.t.p dewocjonalja, by złożyć je przed wizerunkiem bogini. Bo wiadomo – każdy chce być bogaty i żyć w dostatku.
Stamtąd, wystarczy parę minut aby przejechać się senną jeszcze o tej porze Marine Drive. Zwiedzanie jej o tej porze to czyste „zaliczenie punktu wycieczki”. To tak jak zwiedzanie Las Vegas w godzinach przedpołudniowych.
Bowiem cały jej urok można dostrzec nocą. Marine Drive to arteria łącząca przedmieścia z centrum miasta, oraz biegnąca równolegle do niej nadmorska promenada. Znajdują się  tu wszystkie najbardziej okazałe hotele Mumbaju. Jasno oświetlone i migocące instalowanymi właśnie światłami świątecznymi odbijają się w wiecznie spokojnej powierzchni wody w zatoce. To dlatego, miejscowi rybacy, nazywają promenadę Naszyjnikiem Mumby – bogini rybaków.
O tej porze, można co najwyżej przejść się wzdłuż nabrzeża  i towarzyszyć hinduskim familiom w ich porannych spacerach.
- Zbliża się południe, powiedziałem do kierowcy, czas na port rybacki i frutti di mare.
- To nieopodal, odparł.
Rzeczywiście nieopodal, ale różnica dzieląca te dwa światy jest gigantyczna. Bowiem rybacki port wraz ze znajdującym się obok słynnym mumbajskim slumsem to „proza życia” większości mieszkańców Mumbaju. Mówię świadomie „większości” bowiem aktulnie, jak stwierdził kierowca, mieszka w nim ponad 60% mieszkańców, tej 15-o milionowej metropolii.
Myślę, że ten stale rozwijający się i kipiący życiem kawałek miasta to efekt globalizacji i optymalizacji procesu: klient – dostawca. Do największego w tej części świata portu, jakim jest Mumbaj, docierają surowce z całego świata, aby potem, po przetworzeniu, poprzez już symboliczne Wrota Indii dotrzeć do gwałtownie rozwijających się ośrodków hinduskiego przemysłu, nauki i kultury.
Do Mumbaju przywożone są słynne, delikatnie wyprawione skóry ze Sri Lanki, aby w tych nieopodal portu mumbajskich slumsach, pod okiem konsultantów Bolywoodu, przerobić je w ciągu jednej nocy na stylizowaną kreację gwiazdorską, którą ten musi mieć dostarczoną na poranną sesję zdjęciową. Prawda, że to genialny w swej prostocie pomysł.
Pewnie stąd wzięła się modna dziś koncepcja małych dostawczych firemek typu „cluster”, którymi są oblepione wielkie montownie samochodów.

Gdy dotarliśmy do rybackiego portu, w chwilę po otwarciu drzwi, dziewczyny zgodnie wykrzyknęły – ty idź i zobacz, a my zaczekamy w samochodzie. Fetor syfu zmieszanego ze smrodem ryb, tych śniętych i tych rozkładających się na brzegu, „oblepiał” skutecznie wszystko i wszystkich znajdujących się w tej okolicy. Jednak chęć zobaczenia i tej strony miasta wzięła górę. Przełażąc pomiędzy siatami wypełnionymi kawałkami styropianu, ponad szczerbatymi resztkami łodzi, kłębami drutu i betonowymi bloczkami, ślizgając się na szczątkach ryb, znalazłem wreszcie miejsce aby pewnie stanąć na obu nogach, co jest konieczne, aby zrobić w miare dobre zdjęcie takim aparacikiem jak mój Canon IXUS 960 IS.
O tej porze, kolorowe łodzie stały już pocumowane przy bojkach, rybacy kończyli wyciągać resztki ryb z sieci, a kobiety zbierały się właśnie, aby te sieci poreperować i poskładać.
Tylko mali chłopcy nie brali udziału w tym rybackim procesie. Wspinali się po załomkach betonu, wystających i zardzewiałych drutach, aby ze szczytu starego zapomnianego piersu skakać zbiorowo do wody. Była niedziela, pomyślałem, w końcu muszą mieć kiedyś czas na radosne dzieciństwo.
Gdy już zakończyłem krótką sesję zdjęciową i zapytałem jednego z rybaków niosących puste skrzynki na brzeg, czy jest tu gdzieć jakaś restauracja, w której można by zjeść rybę, spojrzał na mnie jak na „zielonego” z Marsa i odparł:
- Nie sir, tu nie ma żadnych restauracji.
Tak, to nie jest moja kochana Europa, gdzie na południu, turyści i miejscowi czekają na powrót łodzi, aby wspólnie wybrać z sieci ryby czy mule, poczekać aż je szybko przyprawią w znajdującej się gdzieś nieopodal knajpce, a potem wraz z rybakami siedzieć w porcie przy długich stołach i delektować się morskimi smakołykami, popijając miejscowym białym winem. Tak to nie ta bajka.

Gdy wsiadałem do samochodu, najwyraźniej moja mina mówiła wszystko, bowiem dziewczyny nie odezwały się ani słowem, a kierowca krótko stwierdził – to teraz Taj Mahal i Wrota Indii.
Ten kawałek Mumbaju to nie tylko wizytówka Mumbaju ale ikona całych Indii, taka paryska wieża Eiffel’a, londyński Big Ben i nowojorska Statua Wolności.
Po pierwsze - Wrota Indii.
Będę tu szczery, jeśli chodzi o formę, to jest to nieco większy łuk trimfalny, jakich wiele we Włoszech, a i w Paryżu znajdzie się kilka. Zaintrygowały mnie natomiast dwie rzeczy: osobliwa lokalizacja – ponieważ nie prowadzi do nich żadna centralna arteria, a z  Wrót „wpada” się wprost do wody, oraz materiał z jakiego Wrota zostały zbudowane. Przeczytałem bowiem, że większość obiektu została wykonana z MIODOWEGO bazaltu.
Do tej pory sądziłem, że bazalt jest ciemno-szary czy czarny ale nigdy żółty. Zatem grzebiąc w Googlach, czy to nie pomyłka, przeczytałem, że to rzeczywiście miodowy bazalt, ale nie z Indii!!! Słuchajcie, ten bazalt został przywieziony z Anglii.
I teraz dopiero pojąłem maestrię ówczesnych handlowców i projektantów. Podobnie jak połowa gdańskiej starówki zbudowana została z flamandzkiej cegły, którą obciążano płynące do Gdańska puste galeony, tak samo zapewne było z tym żółtym bazaltem – wyładowane po górne pokłady angielskie klippry i inne konstrukcje pływające, po wyładowaniu w Anglii musiały być ponownie czymś obciążane, aby uzyskać właściwe zdolności zeglowne w drodze do Indii. Ciężkie bloki bazaltowe znakomicie się do tego nadawały. Ponadto, aby obniżyć monstrualne podobno koszty budowy łuku, postawiono go bezpośrednio w porcie, w miejscu wyładunku.
I jak tu nie szanować geniuszu ludzkiego umysłu.
 Hotel Taj Mahal to nie tylko perełka architektury - to przykład dzieła stworzonego dzięki pasji. Pasji genialnego człowieka, którego dumę urażono.
Wieść głosi, że Hotel Taj Mahal został zbudowany w 1903 roku, na zlecenie i za pieniądze założyciela dynastii Tata, przemysłowca Dźamsedżi Tata. Podobno odmówiono mu gościny w przeznaczonym „tylko dla białych” Hotelu Watson.
Powstało zatem prawdziwie koronkowe dzieło w stylu mauretańskim, stanowiące skuteczną przeciwwagę do ogromnej w końcu bryłu obiektu. Całość wieńczy pięknie wyważona czerwona kopuła.
Planowałem, że zwiedzimy Hotel z jego wspaniałymi klatkami schodowymi i galeriami. Myślałem, że wylądujemy na kawie, by cieszyć wzrok bogatym  wykończeniami wnętrz. Ale nic z tego nie wyszło, bo po deszczowem poranku byliśmy tak umorusani błotem i cali mokrzy, że w tym stanie nie potrafiłbym delektować się tym wszystkim. Mam zatem powód aby wpaść tu raz jeszcze.
Zatem na drugi początek dnia, aby wyschnąć i nieco odpocząć, wybraliśmy się na Wyspę Elefanta, co opisałem już wcześniej.

Po powrocie z Wyspy, wszystkie dziewwczyny dawały mi wyraźnie do zrozumienia, że czas zwiedzania minął, i teraz czas na shopping. Przystały jedynie na to, aby w iście japońskim stylu przejechać przez Fort – kolonialną część miasta , zatrzymując się tylko na chwilę, by pstryknąć parę zdjęć, w Leopold Cafe and Bar i przy Stacji Victoria Terminal.

Sunęliśmy zatem wolno, w senne niedzielne popołudnie, najpierw przez rondo z Fontanną Wellingtona i stojącym przy nim Muzeum Księcia Walii, przez dostojny lecz nieco mroczny i zanurzony wśród starych drzew kompleks Uniwersytetu Mumbajskiego i rondo z Fontanną Flory. Potem kierowca zawinął ponownie na południe by zatrzymać się na chwilę przy Leopold Cafe and Bar.

Gdyby kierowca nie stanął i nie pokazał palcem, to bym tego miejsca nie znalazł. Cały szereg kamienic, w tym ta z Leopold Cafe, był szczelnie osłonięty rusztowaniami, siatkami i foliami za którymi prowadzono renowację. I słusznie – bo cały ten kawałek miasta to taka mała Europa – z kawiarnią w środku której siedziały same „białasy” i brakowało wolnych stolików, oraz znajdujące się w najbliższym sąsiedztwie antykwariaty i sklepy z antykami. Ale jakimi!!!. Błyszczały w półmroku stare i zrobione „na stare”: brzuchate barometry, zegary, kompasy i busole, sekstanse w pootwieranych drewnianych pudłach, lunety na stojakach i wreszcie gongi pokładowe. Wszystko tak piękne, że tylko brać w dłonie i patrzyć na mosiężne obudowy polerowane filcem na półmat, białe, szlachetnie spękane „ceramiki” cyferblatów urządzeń pomiarowych i wreszcie statywy lunet, z drzewa różanego, wykończone również na półmat.
I pomyśleć, że te wszystkie cacka, stworzone dzięki wiedzy i pietyzmowi wielu pokoleń rzemieślników, moja żona krótko podsumowuje – „kurzołapki”.
Wrócę tu jeszcze następnym razem. Na bank!!!
Potem kierówca zawrócił raz jeszcze przez Fort, na północ, aby wylądować przy Stacji Victoria Terminal.
W pierwszym momencie pomyślałem, że zatrzymaliśmy się przed jakimś pałacem. Odgrodzony wysokim, kutym, czarnym parkanem ze złoceniami, pyszni się wspaniałą neogotycką, fasadą – głęboką czerwienią cegły i bielą kamienia. I jak na ten styl przystało mnogością wszystkiego: wieżyczek, szczytów, pinakli oraz  piękną kamieniarską robotą nadświetli okien i drzwi, medalionów i rzeźb wreszcie. Ale wszystko z wielkim smakiem, który buduje wrażenie dostojności i przepychu.
Zajęło nam trochę czasu, aby z tej ogromnej i rozczłonkowanej bryły dworca, wyłuskać te najbardziej interesujące szczegóły architektury.
Okazało się, że Victoria Terminal oczarował nie tylko mnie. Dziewczyny, bez znaczącego spoglądania na zegarek i bez wahania, po zrobieniu zdjęć ruszyły do środka, bo to, jak im powiedziano w Bangalore, jest również niezwykle interesująco. To co dla Hindusa jest „interesujące” to dla nas nazywa się fin de siecle.
Fantastyczne projekty witraży hali głownej, w połączeniu z delikatną konstrukcją z metalu i szkła przestrzeni peronów dworca, rzeczywiście jest niezwykła. Podobno witraże i cała metaloplastyka zostały wykonane przez artystów i rzemieślników tu w Indiach, a nie w Paryżu czy Londynie. I wcale to mnie nie dziwi, obserwując tu wiele wspaniałych projektów architektonicznych czy artystycznych, tworzonych współcześnie.
Szkoda tylko, że władze Mumbaju nie zdobyły się na to, aby w 120 lecie powstania dworca, po wpisaniu go na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego, przenieść podróżujących koleją gdzieś dalej, a w pysznych przestrzeniach Victoria Terminal utworzyć Centrum Kongresowe czy Narodową Galerię Sztuki. Bo jeszcze raz podkreślę - Hindusi mają się czym w tej sferze działalności pochwalić.

Spod dworca, aby dotrzeć do celu naszej podróży czyli shoppingu, mijając jeszcze Wiszące Ogrody na Wzgórzach Malabar i plaże Juhu, osłonięte od lądu najdroższymi apartamentowcami – sypialnią Bolywoodu, jak powiedzia nasz kierowca, skorzystaliśmy raz jeszcze z największego bohatera naszej wyprawy.
Bo to nie wstanie w środku nocy, ani nie rezygnacja z kawy w Taj Mahal, czy obiadu w porcie pozwoliły na zwiedzenie tak wielu rzeczy. Tym bohaterem jest Mumbai Sea Link Bridge.
Wszyscy Hindusi zgodnie stwierdzają, że chociaż budowano go ponad 10 lat, a nie pięć, jak obiecywały władze, to otwarty w ubiegłym roku most jest ich prawdziwą dumą.
Wspaniała ośmiopasmowa autostrada podwieszona na linach do monumentalnych, wystających z wód zatoki pylonów, spina zachodnie przedmieścia Mumbaju i jej nadmorską dzielnicę Bandra, z Centrum historycznym, kulturalnym, handlowym i administracyjnym miasta, znajdującym się na jednej z południowych wysp. Prawie 6 km autostrady, przerzucone nad zatoką, sprawia, że to na co mieszkaniec metropolii tracił 40 minut do ponad 2 godzin w czasie szczytu, dzisiaj zajmuje nieco ponad 5 minut. Prawda, że jest z czego być dumnym.
Gdy tak po 17-ej,  mknęliśmy pomiędzy oświetlonymi zachodnim słońcem, strunami lin mostu, na północ miasta, zastanawiałem się z niejaką goryczą, kiedy to taką arterią przejadę się w kraju nad Wisłą.
O shoppingu, powiem niewiele, bo dla mnie sprowadzał się do pilnowania, abyśmy się wszyscy nie pogubili w tym tłumie, szczelnie wypełniającym: hale, sklepiki i kramy dzielnicy handlowej. Chwała Bogu, Viki, z uwagi na jej wzrost, była łatwo zauważalna, niska Brenda „trzymała sie” Viki, a blond włosów Aleny, był również stosunkowo łatwo „wyławialny” w tłumie, za wyjątkiem tych dłuższych momentów kiedy przymierzała buty.

Było już koło 20-ej kiedy zmęczeni i „zdeptani”, stwierdziliśmy, że zaczynamy zwolna „migrować” w stronę zaparkowanego gdzieś dalej samochodu.
- No i jak zakupy, spytałem nie widząc foliówek, toreb czy kartonów chowanych do bagażnika;
- wiesz, tu jest to samo co u nas w Bangalore, ale droższe, a nie tańsze, jak mówiły nam przyjaciółki;
- mnie to nie dziwi;
- dlaczego, spytała Viki;
- mam żonę i córkę. Zawsze gdy wracają rozradowane z zakupami, mówią mi, że „to była naprawdę wyjątkowa okazja i że było taniej niż gdzie indziej”.

Nomad,

Pune, 31 stycznia, 2011 roku