niedziela, 23 stycznia 2011

Buddyjskie Groty - Wyspa Elefanta, Mumbaj, Maharashtra

Buddyjskie groty na Wyspie Elefanta były takim słonecznym (dosłownie a nie w przenośni) przerywnikiem naszej wyprawy do Mumbaju. Pomimo, że sezon monsunów powinien już dawno odejść w niepamięć, gdy w niedzielę 21 listopada o świcie wjeżdżaliśmy na przedmieścia Mumbaju, zaczęło nieoczekiwanie padać. Normalny kapuśniak, który absolutnie nie zamierzał przestać padać.

Koło południa, mokrzy i zachlapani błotem do pasa, znależliśmy się na placu pomiędzy bajecznym hotelem Taj Mahal a monumentalnymi Wrotami Indii. Nieoczekiwanie przestało mżyć i pojawiło się słońce.

Wszyscy: ja, Alena oraz dwie kontrolerki finansowe, wizytujące naszą Firmę: Brenda i Viki, pomyśleliśmy o jednym – jak tu wyschnąć?
Odpowiedź nasuwała się sama: podróż statkiem na Wyspę Elefanta.
Zazwyczaj, by „załapać” się na statek, a na dodatek w niedzielę, trzeba stać w długiej, ponad godzinnej kolejce turystów i amatorów fotografii. Bowiem statek to nie tylko jedyny sposób na dotarcie do odległej wyspy, ale również wyborne miejsce do zrobienia wspaniałych zdjęć z morza na wizytówkę Indii i Mumbaju: Wrota Indii, Taj Mahal Hotel i wieżowiec Mumbajskiej Giełdy.
Ponieważ jednak deszcz zniechęcił potencjalnych turystów i amatorów zdjęć, już po 10 minutach, mościliśmy się wygodnie na odkrytym, górnym pokładzie stateczku turystycznego, płynącego na Wyspę.

Gdy już zdjęliśmy mokre plecaczki, rozłożyliśmy na oparciach siedzeń przemoczone swetry (które wzięliśmy na wypadek chłodu), odkleiliśmy przemoczone spodnie od ud i wystawiliśmy „do słońca” przemoczone adidasy, mogliśmy rozpocząć sesję zdjęciową.

Mieli rację amatorzy zdjęć. Górny pokład to rzeczywiście wyborne miejsce, by jeszcze stojąc w porcie, zapisać w pamięc własnej i kamery: niewidoczne z lądu szczegóły Wrót Indii, fragmenty Taj Mahal widziane w „świetle” Wrót, czy ukradkiem rzucane spojrzenia islamskich dziewczyn, siedzących rzędem, w czarnych burkach na tarasie od strony portu.
Potem, już w drodze na Wyspę, cieszyły oko kołyszące się na falach, armady stateczków turystycznych, wyglądające jak z innej epoki.

Amatorom weekendowego relaksu Wyspa Elefanta oferuje ponad kilometrową trasę nadmorskim pasażem wzdłuż którego znajduje się szereg grot, nieoznaczone trasy wzdłuż dzikiego klifu morskiego, parę restauracyjek, no i jak wszędzie dłuuugie szeregi budek z pamiątkami.
Naszym celem, a właściwie moim, bo Panie optowały za zakupami, było „zaliczenie” jeszcze jednych grot. I tak się stało.

Po ponad godzinie, zbliżamy się do wyspy i nasz stateczek cumuje do samej główki długiego, wychodzącego w stronę zatoki falochronu. Stąd na turystów czeka kolorowa kolejka wąskotorowa, dowożąca ich do podnóża wysokiego brzegu i 125 schodów, po których trzeba się wdrapać, aby dotrzeć do głównej atrakcji wyspy – Świątyni Siwy.

Już samo założenie architektoniczne Świątyni robi wrażenie. To ogromny kwadratowy hall, o boku około 40 metrów, którego strop wspiera się na 2 tuzinach kolumn. Cała przestrzeń otwarta jest na trzy strony: północną, wschodnią i zachodnią. Te niekończące się schody, o których wspomniałem wcześniej, prowadzą bezpośrednio do wejścia północnego.


Groty Wyspy Elefanta, których powstanie szacuje się na VI wiek, są w opinii ekspertów najznakomitszym przykładem kunsztu rzeźbiarskiego, a Świątynia Siwy ma być tego najlepszym przykładem. I rzeczywiście jest.

Na jedynej, niezagospodarowanej wejściami ścianie południowej, znajduje się rozbudowany zespół rzeźb, z ogromną postacią Boga Siwy w centrum. Turyści wchodzą do świątyni, przyzwyczajają przez chwilę wzrok do panującego w środku półmroku, a następnie zmierzają prosto w kierunku posągu Siwy. Stoją i patrzą. Cieszą wzrok kunsztem nieznanego twórcy który pokusił się na ukazanie wszystkich osobowości Boga Siwy: Władcy, Stwórcy i Niszczyciela, tworząc Trzygłowego Siwę.

Na wprost, patrzy na nas Siwa Władca, we wspaniałej koronie, z dostojnością i spokojem na twarzy. Na zachód patrzy Siwa Stwórca, z ciepłą, niemal kobiecą twarzą matki, gdy patrzy na swoje dzieci. Na wschód zwrócona jest głowa Siwy Niszczyciela: zacięte w nienawiści usta, ostry krogulczy nos i kłębiące się węże w miejsce korony. Przyznacie że genialny pomysł, a ja dodam że również i wykonanie.

W świątyni znajduje się także wiele innych zespołów rzeźb, przedstawiających opisane w Ramajanie dokonania Boga Siwy i jego małzonki Parwati.

Podobnie jest w wielu ciągnących się wzdłuż nadbrzeżnego bulwaru grotach, które kryją mniejsze lub większe zespoły rzeźb. I wszystkie cechuje jedno - niezwykły jak na ten okres rozwoju cywilizacji ludzkiej dynamizm. Przypomnę raz jeszcze - VI wiek po narodzeniu Chrystusa. Może dlatego świątynie i klasztory z Wyspy Elefanta cieszą się estymą ekspertów i popularnością turystów.

Tak zakończyła się „moja” część wycieczki. Z wyspy, zgodnie, po dopłynięciu do mumbajskiego portu, ruszyliśmy na shopping. „Fifty – fifty” być musi.


Nomad,

23 stycznia, 2011 roku , Pune , Maharashtra.

piątek, 21 stycznia 2011

Buddyjskie Groty - Ellora, Maharashtra

Wbrew naszym wcześniejszym dyskusjom i sądom, groty Ellory są zupełnie inne niż te w Ajanta. Przede wszystkim  Ellora nie prezentuje się tak wspaniale jak zawieszone nad łukiem rzeki groty Ajanty. Z parkingu, płaską ścieżką podchodzi się bezpośrednio do wysokiego klifu skalnego, w którym znajdują się groty.
„Zawartość” klifu również prezentuje się inaczej, bo inne były uwarunkowania ich powstania. Podczas gdy groty Ajanty to efekt ekspansji buddyzmu oraz potrzeb religijnych, kulturowych i artystycznych stabilnych i bogacących się społeczności „złotych czasów” Dekanu. To groty Ellory są wynikiem  niepokojów  politycznych i zaniku Buddyzmu, związanego z odradzaniem się tradycyjnego Hinduizmu i Dżinizmu.

Rozpoczynamy zwiedzanie grot od tych wysuniętych najbardziej na prawo, najstarszych klasztorów buddyjskich.  Są najprostsze i najbardziej zaniedbane. Są świadectwem ucieczki z Ajanty, a potem gdy z wolna zapełniały się mnichami, rzemieślnikami i artystami, stawały się magazynami i zapleczem technicznym dla budowanych nowych świątyń buddyjskich i doprawdy monstrualnych, wielopiętrowych klasztorów.

Nie są tak też bogato wykończone jak w Ajancie, bowiem następuje rozłam w buddyjskim monolicie. Buddyjska kontemplacja i asceza nie jest atrakcyjna dla tych którzy mają władzę i pieniądze. Z potrzeby sięgnięcia do przebogatego świata mitologii hinduskiej, z potrzeby radości życia w tym niespokojnym świecie, gdzieś około VII wieku odradza się Hinduizm. I groty Ellory są jego najwspanialszą emanacją. 
Znajdujące się na lewo od tych buddyjskich, klasztory i świątynie Hinduizmu są jeszcze do dziś wypełnione: rzeźbami, zespołami płaskorzeźb i malowidełami przedstawiającymi niezwykle bogaty świat mitologii hinduskiej. To bogactwo treści idzie w parze z bardziej kunsztowną formą wyrazu artystycznego. Rzeźby są bardziej misterne, m.in również dlatego, że skalny klif Ellory to nie czarna i twarda skała bazaltowa, ale znacznie latwiejszy w obróbce piaskowiec.

Również malowidła naścienne uległy ewolucji. Podkład, zmieszane z gliną łajno krowie wykończone glinką, jest taki sam, ale dla nadania obrazom większej siły wyrazu, twarze czy dłonie bohaterów są nie tylko odrysowane ale dodatkowo uwypuklane. Takie ówczesne 3D.

Ale tym, co ZDECYDOWANIE odróżnia Ellorę od wszystkich innych rozsianych po świecie hinduistycznych obiektów sakralnych jest Świątynia Kailasanatha, poświęcona bogu Siwa.To nie jordańska Petra z jej kościołami i klasztorami ukrytymi w rozpadlinach skalnych, to CAŁA GÓRA wyrzeźbiona i zamieniona w wielką Biblię Hinduizmu. To m.in. dzięki temu obiektowi, Ellora została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO.

Prace nad tym imponującym obiektem zainicjowano w VIII w., za panowania króla Krishny I z dynastii Rashtrakuta, i prowadzono bez mała przez 200 lat. Tworzenie tego niezwykłego dzieła ludzkości rozpoczęto od szczytu góry i sukcesywnie posuwano się z jej kształtowaniem aż do osiągnięcia poziomu zero. Jak powiedział przewodnik, żadna rzeźba, płaskorzeźba, malowidło czy ich wzajemne usytuowanie nie są tu przypadkowe. Wszystko zostało podporządkowane wykładni Hinduizmu. Bowiem wszyscy twórcy pracowali pod stałym nadzorem „uczonych w piśmie”.         Całe pokolenia rzemieślników i artystów zaangażowano w to aby, jak opisują stare dokumenty „zadziwić nie tylko ludzi ale również przelatujących nad Ellorą bogów”.

Zwiedzanie obiektu rozpoczynamy od wspinaczki krawędzią masywu skalnego, pozostawionego w stanie nienaruszonym przez twórców. Jak twierdzi przewodnik, i słusznie, tylko w ten sposób można pojąć ogrom i wspaniałość dzieła.

Zacznę od samego szczytu obiektu, zwieńczonego wieżą, symbolizującą pokrytą wiecznym śniegiem górę Kailisa, siedzibę boga Siwy. Bezpośrednio pod nią wyrzeżbiono główną świątynię Siwy, której ogromny wypełnony płaskorzeźbami hall, zamyka kaplica Siwy z symbolizującą go lingą.
Otaczające najniższą kondygnację świątyni, rzeźby słoni, zdają się podtrzymywać cała tą budowlę.

Potęgę królów dynastii Rashtrakuta symbolizować mają dwa monolityczne obeliski, stojące przed wejściem do świątyni, oraz rzeźby dwóch, naturalnej wielkości słoni zamykające dziedziniec. Wreszcie, cały dolny poziom zespołu świątynnego otoczony jest podcieniami z płaskorzeźbami przestawiające sceny z Ramajany.

Było już po 17ej, kiedy ponownie spotkaliśmy się przed bramą prowadzącą do skalnego zespołu Świątyni. Dalej w górę płaskowyżu ciągnie się droga do, usytuowanych ponad kilometr stąd, grot kolejnej religii Hindusów - Dżinizmu. Tworzono je u schyłku rozwoju Ellory, w IX wieku. Ponieważ Dżinizm to religia bardzo, bardzo ubogich, toteż i ich świątynie są skromne.
Wstyd powiedzieć, ale tam już nie poszliśmy. Zrobiło się późno. Byliśmy zmęczeni wielogodzinnym bieganiem po „wydziobanych” w klifie korytarzach i schodach, a upał nie odpuszczał. Przeważyło zatem „przecież wszystkie groty są takie same” i chęć zobaczenia jeszcze czegoś innego - Mauzoleum Bibi ka Makbara w Aurangabadzie, będącego kopią Taj Mahal z Agry.
- Przy zachodzącym słońcu, skrzące się bielą i złotem minarety i kopuły mauzoleum powinny wyglądać niesamowicie, przekonywaliśmy się.

Kiedy wreszcie po 18-ej, znaleźliśmy się na przedmieściach Aurangabadu i kierowca „zasięgał języka” by jak najszybciej, „na skrót”, korzystając z lokalnych dróg, dojechać do mauzoleum, do akcji wkroczyła Natura. Od strony mauzoleum, którą wskazywał tubylec, nadciągała czarna jak smoła chmura. Teraz zrozumieliśmy dlaczego słońce piekło tak niemiłosiernie. Musieliśmy zweryfikować nasze plany na dzisiaj.
Widząc pytający wzrok kierowcy, powiedziałem: „wracamy do Pune”. W tym miejscu należą się naszemu kierowcy podziękowania. Bowiem do dzisiaj nie pojmuję, jak w ciemnościach, rozświetlanych czasem błyskawicą,  i w strugach deszczu towarzyszących nam całą powrotną drogę, zdołał nas dowieźć zaraz po północy do Hotelu.

Tak zakończyła się nasza 20-o godzinna niedzielna eskapada. Było warto.

Nomad,

21 stycznia 2011, Pune, Maharashtra.

Buddyjskie Groty - Ajanta, Maharashtra

- Ten gościu jest taki niemrawy, że chyba nawet nie wie jak się nazywa. Darek jest wyrażnie sfrustrowany.
- Spytał się, dokąd chcemy jechać. Gdy powiedziałem, że do Ajanty, odparł że musi tylko umyć twarz i że będzie za pięć minut.
- Jak on zawiezie nas do Ajanty? Czy on wogóle wie gdzie to jest?

Stoimy już od 4.45 rano, gotowi do wyjazdu w drzwiach Hotelu. Ten wyjazd zaplanowaliśmy parę dni wcześniej. Początkowo miało być to zwiedzanie dwóch zespołów grot w Ajanta i w Ellora oraz innych pomniejszych ciekawostek , jak np. Mauzoleum Bibi ka Makbara w Aurangabadzie, będącego kopią Taj Mahal z Agry.
Jednak po zaplanowaniu trasy wycieczki, Hindusi powiedzieli, że na to wszystko potrzeba dwu dni, a najlepiej trzech. Bo daleko, prawie 500 km z Pune do pierwszego celu czyli Ajanty, bo drogi złe, a na dodatek - w weekend jest tłoczno, bo organizują przy nich targi i tylko do samej Ajanty podróż zajmie nam minimum 7 godzin.
Nie dysponowaliśmy trzema dniami, a nawet na dwa dni nie znalazło się wielu chętnych. Ostatecznie ustaliliśmy, że jedziemy w trójkę, tzn ja, Alena i Darek. I tylko w niedzielę. Zatem 19 września, w niedzielny przedświt, ciągle przekonywaliśmy się gdzie pojechać, do Ajanty czy do Ellory. Obie odległe od Pune o tyle samo, a miedzy nimi też jest ze 100 km.

Dyskutowaliśmy dokąd jechać, jeszcze w czasie wsiadania do samochodu, który pojawił się ok. 5.30. Wobec braku decyzji, zrezygnowany zwróciłem się do kierowcy o jego opinię.
- Do obydwu, do Ajanty i Ellory, musimy tylko się  śpieszyć i nie stawać zbyt często na postojach. A widząc moją pełną niedowierzania minę, dodał – byłem tam 2 lata temu i wiem że się da.
I tak się stało.  Po zapięciu pasów, włączeniu klimatyzacji i radia, kierowca ruszył ostro przez ciemne i śpiące jeszcze Pune. Kluczył podmiejskimi uliczkami by dotrzeć do jakiejś budki i wręczyć pieniądze wynurzającemu się z ciemności strażnikowi.
- To taka opłata, pojedziemy przez lotnisko, będzie szybciej. I rzeczywiście było. Zatrzymaliśmy się  tylko raz, na tradycyjną szklaneczkę herbaty z mlekiem. I jeszcze raz, już po dotarciu do Aurangabad, aby spytać zaprzyjaźnionego z kierowcą tubylca o szczegóły dojazdu, aby bylo jak najszybciej.

Po 11-ej byliśmy już w Parku Narodowym Ajanta i z biletami w ręku czekaliśmy na wahadłowiec - stary autobus Leyland, który z parkingu, poprzez wąską dolinę  dowoził turystów na przeciwległy brzeg, bezpośrednio do stóp długichi krętych schodów, wiodących na taras z ponad trzydziestoma grotami.

Natura nie mogła wymyśleć chyba niczego więcej, by oczarować najpierw buddyjskich mnichów i artystów, a dzisiaj - przyjeżdżających tutaj licznie turystów. Porośnięte gęstym lasem wzgórza Indhadree, oddzielają dolinę Ajanta od najbliższych osad. Płynąca doliną rzeka Waghora usiłuje się, zapewne przez tysiąclecia, przebić przez górujący nad okolicą bazaltowy masyw. Ale to nie jest piaskowiec czy kreda. To czarny jak węgiel, twardy bazalt. Rzeka zawija zatem szeroką pętlą, aby znaleźć ujście gdzie indziej.


Wysoko nad doliną, wzdłóż bazaltowego masywu ciągnie się na ponad kilometr półka, stanowiąca poziom zero dla odwiedzanych przez nas grot.

Buddyjskie klasztory i świątynie budowano tu już w pierwszym okresie ekspansji buddyzmu, od około II w.pne, gdy cała wyżyna Dekanu znalazła się pod panowaniem króla Ashoki. I aż do VI w., korzystajała z niezwykłej hojności władców dynastii Vakataka. Pokój ład i porządek sprzyjały handlowi z odległymi państwami. Właśnie nieopodal Ajanty przecinały się stare szlaki handlowe, prowadzące przez Dekan. Kwitł handel, rozwijało się rzemiosło. Władcy, potężni urzędnicy oraz bogaci kupcy nie szczędzili środków aby zaskarbić sobie przychylnośc mnichów i ułatwić drogę ku szcześciu i rozumieniu prawdy, jakiej doświadczył i czego nauczał Budda. Zatem kim był człowiek, który pozostawił po sobie jedną z najsilniej rozwijajacych się w I tysiącleciu religię i miliony wyznawców.

Siddhartha, był księciem, synem Gautamy, przywódcy potężnego klanu Shakaya z północy Indii. Jego matkę, jeszcze gdy była brzemieną, nękały sny o białym słoniu. Zaniepokojona, podzieliła się tym ze swoim mężem, a ten – zwołał mędrców i wróżbitów. Ich wyjaśnienie zmartwiły władcę: jego jeszcze nienarodzony syn, szykowany na następcę tronu, zostanie mnichem i człowiekiem świętym. Gorzej być nie mogło. Zatem już od chwili jego urodzenia, ojciec pragnąc oszukać przeznaczenie, otaczał syna przepychem, uczonymi w piśmie i starannie izolował od świata zewnętrzego  Gdy stał się młodzieńcem, ojciec ożenił go z piękną i mądrą kobietą. Gdy księciu urodził się syn, wydawało się, że plan się powiódł.
Ale nic z tego. Któregoś dnia, gdy książę ponownie wymknął się z pałacu, aby poznać otaczające pałac miasto, zobaczył porażającą mizerię życia – „dno dna”.
To całkowicie zmieniło jego psychikę. W wieku 29 lat opuszcza rodzinę, rezygnuje z praw do tronu, przywdziewa strój mnicha i udaje się do samotni, aby pod okiem mistrzów Braminów, poszukiwać drogi do poznania prawdy. W 528 r. pne, po bez mała 7 latach wyczerpujących, ascetycznych praktyk, dostąpił objawienia i stał się Oświeconym czyli Buddą. Przez następne 45 lat, aż do Zaśnięcia, nauczał swoich licznych uczniów, jak dostąpić tego stanu umysłu poprzez „trzecią drogę” ; medytację i ascezę.

Groty w Ajanta to znakomite miejsce do obserwacji, jak zwolna ewoluowały: architektura, rzeźba i malarstwo naścienne w tej części świata, od ok. II w. pne. Pierwsze i najstarsze klasztory, zwane Viharas, to wykute, w twardej bazaltowej skale, rozległe prostokątne sale z otaczjącymi je niewielkimi pomieszczeniami dla medytujących mnichów. Niezwykle proste prostopadłościenne, pozbawione jakichkolwiek ozdób kolumny, wspierają delikatie zdobiony malowidłami sufit. Nie ma wizerunków Buddy – święty mąż zabronił bowiem swym uczniom wystawiania pomników, malowania portretów czy określania go świętym. I tak pozostało przez ponad 600 lat. Obecność duchową Mistrza zapewniały symbole: Koło Prawa, Drzewo Bodhi czy ślady Jego stóp. To samo, czysta prostota  form budzi pokorę w wykutej obok świątyni, zwanej Chaitya. Proste ośmiokątne kolumny wspierają łukowe sklepienie nawy głównej. Na jej końcu omieszczano Stupę, obiekt adoracji, którą wierzący obchodzą w koło, poczynając koniecznie od lewej. Brak płaskorzeźb. Pełna asceza formy.

Ale bogacące się społeczeństwo i rosnąca w siłę religia potrzebuje przepychu, aby rzucić nim na kolana tych nielicznych niedowiarków. Zatem im dalej i później wykuwano obiekty sakralne, tym były one większe, doskonalsze w formie i bardziej ozdobne. Konsekwentnie, gdzieś od około II wieku, można było już nawet obrazować Buddę, wraz z jego kolejnymi wcieleniami. Można było stawiać Mu pomniki.


I stawiano. Coraz większe, w otoczeniu rzeźb czy wspaniałych malowideł. Wejścia do onegdaj skromnych klasztorów zdobiono bogatymi portalami. Frontony pysznych świątyń zwieńczanych ozdobnymi prześwietlami w kształcie podkowy, strzegły posągi słoni. To wyglądało, jak gdyby obok skromnej romańskiej rotunty postawić barokowy kościół.
Ale wszystko co dobre ma swój kres. Upada dynastia Vatakata, a wraz z nią, na kilka setek lat Dekan zamienia się we wstrząsaną wojnami i napadami sąsiadów krainę. Giną władcy, znikają możni oficjele, a kupcy muszą szukać nowych spokojniejszych rejonów. I znależli – w oddalonym o około 100 kilometrów starym miejscu kultu,  zwanym wówczas Elapura, a dziś Ellora. Za bogatymi kupcami i potencjalnymi mecenasami zwolna migrowali artyści, a po nich wreszcie, gdzieś w połowie VI w. opuszczają Ajantę mnisi. Ajanta znikła z pamięci ludzi.

Groty Ajanty zostały przypadkowo odkryte w 1819 roku, kiedy to grupa brytyjskich oficerów, dowodzonych przez Johna Smitha, polowała na tygrysa, w lasach otaczających Ajantę. Ich uwagę zwróciło wejście do jednej z grot o nienaturalnie symetrycznym kształcie podkowy, odcinające się wyraźnie na przeciwleglym zboczu skalnym. W kilka lat później powrócili tu znowu, już ze specjalistycznym sprzętem, archeologami i rysownikami, aby zbadać i udokumentować zapomniane centrum kultu Buddy, a następnie dać współczesnemu światu świadectwo wspaniałej kultury społeczności Dekanu.

Kiedy zmęczeni ponad dwugodzinnym chodzeniem od groty do groty, rozważaliśmy co dalej, nasz przewodnik powiedział:
- Jeśli chcecie zwiedzić jeszcze Ellorę to musicie się śpieszyć. Teren grot zamykają o 17.30.
Nie zostaliśmy zatem na dłużej, aby w chłodzie nawisów skalnych napawać się widokiem otaczającego nas piękna i podziwiać cienie wkraczające w dolinę, wraz z zachodzącym słońcem.
Wracaliśmy na parking gnani ciekawością zobaczenia Ellory.


Nomad

20 stycznia, 2011 roku, Pune, Maharashtra

środa, 19 stycznia 2011

Buddyjskie Groty - Dunhuang, Chiny

Jedną z niezwykłych pamiątek po okresie kiedy buddyzm rozprzestrzeniał się, wraz z karawanymi kupieckimi, z  północy Indii na północny wschód, w stronę Chin, są groty buddyjskich mnichów.

Po raz pierwszy, z tym niebywałym dziełem: wiary, sztuki i wreszcie kilkusetletniej wytężonej pracy, zetknąłem się jesienią 2001 roku w Mogao, kiedy to wraz z grupą Chińczyków podążaliśmy północnym traktem Jedwabnego Szlaku, rozpoczynając wyprawę w XiAn z jego Terrakotową Armią, a kończąc w Górach Tien Shan  (Niebiańskich), gdzie towarzyszyliśmy Kazachom przy składaniu jurt, przed opuszczeniem przez nich letnich koczowisk.


Przed ponad tysiącem lat, oaza Mogao była kluczowym punktem postojowym karawan, przemierzających pustynne przestrzenie środkowej Azji, północnym traktem Jedwabnego Szlaku, by poprzez Niezdobytą Twierdzą Pod Chmurami (Dunghuang), dotrzeć do ziem Cesarstwa Chin. Z racji korzystnego położenia, oaza Mogao przez wiele setek lat pełniła rolę centrum wymiany nie tylko handlowej ale również kulturowej a nade wszystko religijnej.

W okresie największego rozkwitu Mogao, religią wykazująca najsilniejszą ekspansję był buddyzm, wspierany nieprzerwanie od ok IV wieku przez wszystkie kolejne dynastie panujące na tym obszarze: Wei, Sung i Tang.
Dzięki funduszom władców, możnych rodów i licznie docierających tu kupców, buddyjskie klasztory i świątynie, w sumie grubo ponad 600, były wykuwane w grotach nieprzerwanie od około IV do XIV wieku.


Centrum to gwałtownie opustoszało i uległo całkowitemu zapomnieniu, gdy Cesarze Chin z dynastii Manchu zrozumieli, że zasady głoszone przez buddyzm, stawiające na samodoskonalenie, rezygnację z „realu” i oczekiwanie na przyszłe lepsze wcielenie, stoi w sprzeczności z racjonalizmem i państwowotwórczymi naukami głoszonymi przez Kong Fu (Konfucjusza). Zakazali zatem krzewienia tej religi, wtrzymali wszelki mecenat i przetrzebili liczne rzesze mnichów. Nielicznie ocalałym udało się zgromadzić przedmioty kultu i niezliczone zbiory manuskryptów i zamurować w kilkunastu grotach. Pracowicie wykuwane w skałach klasztory i świątynie, zapomniane przez tubylców niszczały przez ponad 500 lat.


Świat, a właściwie angielsko-indyjska ekspedycja odkryła je dla nas w 1900 roku i nagłośniła w ówczesnych mediach na tyle, że groty Mogao, ze wspomnianymi wcześniej tysiącami starannie kopiowanych przez mnichów manuskryptów, nienaruszonym wyposażeniem, bogatymi rzeźbami, sztukaterią i malowidłami naściennymi, na wiele lat stały się Mekką dla: archeologów amatorów, miłośników sztuki, kolekcjonerów i handalarzy wszelkiej maści, a przede wszystkim szabrowników. Zanim cesarski edykt nakazał ochronę obiektów, większość ich „wnętrza” została rozgrabiona.

Jak opowiadał przewodnik, przybyły na miejsce namiestnik cesarski załadował jeszcze to co pozostało na ponad sto wozów, aby przewieźć bezcenne zabytki do Zakazanego Miasta, ale jak się okazało – prawie nic nie dotarło do Pekinu.


Obecne władze Chin są zatem niezmiernie wyczulone na wszelkie próby zdobycia i przekazania światu informacji na temat tego co znajduje się w grotach.
Wydrążone w skalnym klifie klasztory i świątynie, od płaskowyża na który docieramy, są oddzielone szeroką rozpadliną z płynącą w dole rzeką. Ale nie tylko. Aby nie można było grot fotografować, brzeg rzeki, od strony płaskowyża, został obsadzony gęsto rosnącymi drzewami, oraz ogrodzony drutem kolczastym. Przy jedynej  bramie wejściowej strażnicy odbierają wszelki sprzęt do fotografowania. Można tylko patrzeć, a po zwiedzeniu grot – kupić album z wyselekcjowanymi starannie zdjeciami. Nie mam zatem żadnych zdjęć tych wspaniałych grot.


Przypomniałem sobie tą historię, gdy w sierpniu ubiegłego roku czekałem w konsulacie Indii w Bratysławie na rozmowę z konsulem, aby w trybie przyśpieszonym uzyskać wizę. Pani z konsulatu, prosząc abym chwilę zaczekał, położyła przede mną redagowany w angielskim magazyn Incredible India. Na okładce przedstawiającej indyjskie groty w Ajanta z lotu ptaka, było napisane: „Kiedy już zwiedziłeś buddyjskie pamiątki w Chinach i Japonii, przyjedź do Indii – zobaczysz oryginały”.

Pomyślałem wtedy że to istotnie świetny pomysł.


Nomad,
Pune, Maharashtra, 19 stycznia, 2011

wtorek, 18 stycznia 2011

Wczoraj miałem urodziny

Urodziny z dala od domu i rodziny to żadna przyjemność. Nie można cieszyć się z przyjmowania życzeń od najbliższych, wspominać tego czego się dokonało i snuć wspólnie z familją, siedzącą przy stole, planów na najbliższe lata.
Są też rzadko przez najbliższych pamiętane, zwłaszcza jeśli nie są to szczególne urodziny: pierwsze - gdy wszyscy oczekują, że zaczniesz już samodzielnie chodzić, osiemnaste - gdy z niecierpliwością przebierasz nogami aby odebrać jak najbardziej osobisty Dowód Osobisty czy wreczcie takie jubileuszowe, co dziesięć lat, jak trzydzieste , czterdzieste czy pięćdziesiąte.
16 stycznia skończyłem 59 lat, lecz pomimo że to żadna -dziesiąta rocznica i pomimo że z dala od domu, postanowiłem, że muszę ten dzień spędzić w jakiś inny sposób.
Ten dzień w stanie Maharashtra, chociaż wypadał w niedzielę, miał w moim przypadku istotną wadę. W tym dniu w Maharashtra obchodzono hinduskie Święto Kobiet. Zatem niezależnie od celebrowanych tradycyjnie uroczystości, cechą soboty i niedzieli było to, że wszyscy mieszkańcy Pune i okolic, a będzie tego grubo ponad 5 milionów, wylegli aby uprzyjemnić czas swym pięknym połowom. Uroczysty tłok był wszędzie: w parkach, na ulicach a przede wszystkim we wszystkich sklepach, ponieważ po hinduskich Divali i zachodnich Xmas rozpoczął się sezon  wyprzedaży. I to jakich!!. Nie tam 20% albo max  „30% ale pod warunkiem  że kupisz 3 rzeczy”, lecz całkiem istotnych – 40 %  czy 50%.
Dla kobiet na całym świecie to prawdziwy raj, ale dla mężczyzn również. Nie musisz nic robić tylko patrzeć na swoje ukochane kobiety, jak z pasją i błyszczącymi oczyma biegają od stoiska do stoiska a nastepnie do przymierzalni, aby wreszcie co 2 godziny przybiec do Ciebie szczęśliwe z prośbą „byś potrzymał te torby, albo najlepiej odniósł do samochodu”. Zwolna to szczęście zaczyna się udzielać także Tobie, bowiem jak często masz możliwośc obserwowania Twoich ukochanych kobiet w takim stanie ducha? Szczególnie gdy jesteś poza domem, a na dodatek od ślubu minęło ponad 30 lat?
Zatem z uwagi na zatłoczone Pune, co życzliwsi znajomi odradzili mi wypadów do interesujących miejsc, shoppingów czy wyjść z przyjaciółmi do którejś z restauracji w Pune.
– Zostań w hotelu, nie warto wychodzić. Zatem postanowiłem zostać w Hotelu.
Ponieważ w Indiach większość firm, w tym nasza, pracuje 6 dni w tygodniu, postanowiłem, że po pierwsze muszę być w ten dzień wyspany. Zatem w piątek zakończyłem seans z internetem zaraz po 22-ej i poszedłem spać.
Zbudziłem się rano o siódmej, bo nie sposób spać dłużej, gdy codziennie wstajesz mniej więcej o tej porze a na dodatek, gdy hotelowy serwis tłucze się wózkami po korytarzu, abu oznajmić wszystkim gościom, że już dotarł na miejsce pracy.
Skoro już się zbudziłem tak wcześnie to postanowiłem, że przerobię całą listę z „Zestawu ćwiczeń na uelastycznienie odcinka lędźwiowego kręgosłupa”,  jaką dostałem wiele lat temu od uroczej pani od gimnastyki, a który wydaje się mi przydatny w przygotowaniach do wyjazdu za miesiąc na narty.
Te ćwiczenia, w połączeniu z nasłuchiwaniem w BBC tego, co sfrustrowani Tunezyjczycy robią na ulicach, zajęły mi ponad godzinę.
Zatem już o 9-ej, wyprysznicowany, ogolony i wypachniony mogłem zejść na śniadanie. To w samą porę, ponieważ na 10-tą zaplanowaliśmy z Aleną i Peterem mini party na hotelowym basenie.
Jeszcze do piątku nie było to całkiem pewne, bowiem pomimo, że basen jest usytuowany na wystawionym na południe tarasie i nieco osłonięty szklanym dachem, to rzadko kto z niego korzysta. Po pierwsze, w czasie słonecznego dnia większość z gości pracuje. Po drugie w ciągu lata również nikogo tu nie ma bowiem Hindus z basenu nie korzysta a dla Westernersa, wszędzie poza strefą klimatyzowaną jest za gorąco. Wydawało by się zatem , że teraz jest właściwy czas. Ale nie. Każdy Westerners przecież wie, że w zimie nikt o zdrowych zmysłach się nie kąpie. Tak więc basen świeci pustkami, a w konsekwencji jest zaniedbany.
Trzeba przyznać, że kierownictwo Hotelu stanęło na wysokości zadania. Gdy poinformowałem ich o planowanym spotkaniu na basenie, w niedzielę do 10-ej dno basenu było starannie „odkurzone”, sztuczna trawa wokól basenu wyczyszczona, zeschnięte kwiaty, z balustrady otaczającej taras, starannie wyzbierane, a stylowe drewniane leżaki poustawiane równiutko do słońca i przykryte ręcznikami. W biało-niebieskie pasy oczywiście. Słowem jak na reklamie SPA.

Alena i Peter, jedyni pracownicy firmy przebywający aktualnie w Pune, nie zawiedli. Były życzenia, prezenty, uściski, drinki i słodkośći. Były dowcipne opowieści i zbyt długie wylegiwanie się na słońcu. A wszystko to nieco przedłużane aby nie dopuścić do tego najgorszego - pytania „kto pierwszy wchodzi do wody”, bo w końcu po to między innymi się w tym miejscu spotkaliśmy.
Westernersi mają trochę racji. W mijających już na szczęście zimowych miesiącach, w stanie Maharashtra temperatura w nocy spadała do 5 stopni, a w dzień na słońcu z trudem osiągała 20 stopni. I nawet w tych dniach gdy słońce zaczyna grzać nieco śmielej, poza godzinami słonecznymi, temperatura spada do około 15 stopni.

Skoro jednak gości zaprosiłem na basen to należało dać przykład. Spróbowałem. Woda była zimna, taka mniej więcej jak na Bałtyku, przy sztormowej pogodzie we wrześniu i wschodnim wietrze, kiedy to Kaszubi mówią: ”gdy wieje ze wschodu, ryby dają chodu”. Po dłuższym moczeniu nóg ostatecznie udało mi się wejść. Można było pływać byle tylko się nie zatrzymywać bo wtedy dopadał Cię chłód.
Moje wysiłki aby wykazać zaproszonym że w wodzie jest OK, przyniosły połowiczne wyniki. Dał się namówić jeszcze tylko Peter. Alena zachowała zdrowy rozsądek i pozostała przy kąpieli słonecznej.
Po seansie pływackim i gorącym prysznicu, gdzieś po 2-ej, poszliśmy na obiad do hotelowej Restauracji Admirał. Po tym wcześniejszym pływaniu, nazwa Admirał jak najbardziej nam pasowała, ale ponieważ w naszym towarzystwie nie było Rosjan czy Finów zatem nie odpłynęliśmy „Łódką Bols” lecz pozostaliśmy na kei przy jednej butelce wina.

Po tak emocjonująco wyczerpującym początku dnia nie pozostało mi nic innego jak poleniuchować. Dobrze się składało, bo o 4-ej miałem umówionego masażystę.
Gdy pierwszy raz zobaczyłem go parę miesięcy temu w hotelowym SPA, musiałem poprosić o referencje, gdyż jak na masażystę wydał się mi zbyt młody i zbyt szczupły, żeby nie powiedzieć chudy.
Pokazał papiery, a potem już w trakcie pierwszego masażu wyjaśnił, że jest z południa Indii, z Karnataki. Ukończył studium medyczne ze specjalizacją masażysty i aktualnie kontynuuje zaocznie studia metyczne  Jego mama pracuje w Klinice i jest asystentem jakiegoś hinduskiego profersora, a dziadek, jak stwierdził, jest uznanym masażystą w swojej okolicy. Szanuję rodzinną tradycją, a ponadto ujął mnie ciepłem gdy mówił o swojej mamie. Zatem po otrzymaniu tej paczki informacji, mówionej bardzo łamanym angielskim, poddałem się torturom.
Tak też było i wczoraj. Przyjemnie usypiający masaż a potem sauna parowa. Po całej tej operacji, gdy w pokoju pod prysznicem udało mi się zmyć resztki tych wszystkich olejków, byłem tak padnięty że postanowiłem się zdrzemnąć.
Około 7-ej zbudził mnie pierwszy telefon z kraju z życzeniami. To zdopingowało mnie do wstania i włączenia internetu. No i się zaczęło. Maile i skypy od rodziny i przyjaciół, a najradośniejszy od mojej siostry Elżbiety, której wreszcie zainstalowano Skypa na jej nowo zakupionym laptopie.

Była już chyba jedenasta wieczorem gdy po odpowiedzeniu na maile i przeczytaniu kolejnego serialu o chocholim tańcu nad smoleńskimi trumnami w kraju, postanowiłem, że zapiszę sobie ku pamięci co robiłem w moje 59 urodziny w Pune.
- No i jak było?
- Było dobrze ale w domu najlepiej.

Pune, 17 stycznia 2011

niedziela, 16 stycznia 2011

Dasara Festiwal

Dzisiaj jakoś pochmurno choć to połowa października. Tłuczemy się autem po wyboistej drodze przez wieś. Hindusi zwolna ciągną do codziennej „prozy życia”. Kobiety niosą na głowach: tobołki na targ, bańki po mleku do umycia w przydrożnym stawie, czy miski z „praniem” do pobliskiej rzeki. Starannie ubrane dzieciaki taszczą tornistry, chyba większe niż mają Marines. Mężczyźni, siedząc pzry drodze w pozycj kucznej, obserwują przejezdnych, bo przecież jeszcze za wcześnie na poranny kubek herbaty z mlekiem serwowany za 5 Rupii w lokalnym barze.
Nagle tuż na przydrożnym targowisku mój wzrok wyłowił z tej ospałej wiejskiej codzienności coś niezwykłego: TRZY KOBIETY W SARI Z MIOTŁAMI W RĘKU !!!. No no bez pośpiechu – nie mówię że trzy kobiety w sari sprzątają śmieci, ale trzy kobiety z miotłami. To coś tak niezwykłego jak sprzątająca teściowa, na widok której wyrywa się z ust słynne „Mama sprząta czy Mama odlatuje?”


- Alena, patrz to jakieś święto. Kobiety z miotłami - mówię i proszę kierowcę aby się zatrzymał, bym mógł zrobić zdjęcie.
Nie pomyliłem się!. Gdy po dotarciu do biura podzieliłem się moją obserwacją wszyscy wykrzyknęli – no jasne przecież zbliża się Dasara Festival.

Gdy kończy  się monsun i przemija lato, w Indiach nastają chłodniejsze dni. Doskwierają one szczególnie w północnych częściach Indii, niosąc ze sobą również groźbę licznych infekcji. Stąd  praktyczna potrzeba oczyszczenie całego otoczenia z wszystkiego co brudne i złe. Wszystkiego, co może narazić na szwank zdrowie Hindusa i jego rodziny.
Równocześnie, wraz z końcem lata rozpoczynają się żniwa, a to najwyższy czas oddania hołdu Bogini Matce za obfite zbiory i pomyślny nowy sezon. To również niesie potrzebę oczyszczenia całego wszechświata Hindusów ze wszystkiego zła. Stąd Święto Dasara.

Święto Dasara, którego nazwa wywodzi się z sanskrytu (Dasha-hara), i oznacza „usunięcie nieszczęścia”, jest jednym z najważniejszych świąt celebrowanych we wszystkich prowincjach Indii. Dasara jest właściwie kulminacją – ostatnim, dziesiątym dniem  obrzędu, poświęconego kultowi bóstw, który ten wszechświat oczyścili ze wszystkiego co złe.

Tym najważniejszym bóstwem jest Bogini Durga.
Gdy potężny przywódca demonów Mahishasur, począł gnębić najwyższe bóstwa a nawet śmiał zagrozić samemu Panu Niebios, Brahma, Vishnu i Shiva stworzyli dziecięcioręką dziewicę Durgę, obdarzając ją jednocześnie swoimi najpotężniejszymi brońmi.
Tak uzbrojona, siedząc na ogromnym lwie, Durga stoczyła dziesięciodniowy bój z demonami, odnosząc zwycięstwo w ostatnim dniu, zabijając samego Mahishasura.

W kolejnych wcieleniach – Durga, już jako małżonka Sivy, wyposaża w te niszczące bronie, głównego bohatera Ramajany – Pana Ramę, by ten mógł stoczyć zwycięski pojedynek z innym przywódcą demonów - Ravaną i odzyskać porwaną, przez samego Ravanę, swoją żonę – piękną i mądrą Sitę.
Nie pierwszy to przypadek w naszym wszechświecie, kiedy to potężne żony (Durga), starzejących się władców (Siva), nie wiedzieć czemu wspierają: młodych, pięknych i dobrze urodzonych (Rama).

Święto Dasara, wieńczące dziesięciodnowe obchody ku czci Bogini Durgi, mają właśnie upamiętniać odwieczną, zakończoną zwycięstwem, walkę dobra ze złem. Z uwagi na różne kalendarze obowiązujące w poszczególnych prowincjach Indii czy państwach zamieszkałych przez Hindusów, święto celebrowane jest w nieco różniących się terminach. W moim stanie Maharashtra, w tym roku wypadło ono 17 października.

W ciągu tych dni, procesje ciągną przez wsie z kukłami złych demonów, aby spalić je u bram świątyń, a następnie cieszyć się zwycięstwem nad wszystkim co złe, wśród wybuchów sztucznych ogni. Sypią płatki kwiatów u stóp posągu bogini i dzielą się wzajemnie różnymi słodkościami. W co bogatszych kulturowo miejscowościach odbywają się przedstawienia teatralne, zwane Ramlila, obrazujęce zmagania Pana Ramy z Ravaną.


Ale Dasara ma także bardziej praktyczny wymiar. W całkiem nieodległej historii, władcy wykorzystywali Święto Dasara by, podobnie jak Rama, uzyskać błogsławieństwo potężnej Bogini Durgi, a następnie wraz z wojskiem przekroczyć granice i uderzyć na „złego” - czyli najbliższego sąsiada. Stąd Dasara oznacza również „przekraczanie granicy”, a „po naszemu” -  początek sezonu wojny. Na szczęście we współczesnych Indiach „przekraczanie granicy”  ma wymiar pokojowy - to okres w którym dokonuje się np. zmiany wiary. Szczególnie na południu, gdzie wyznawcy nieudolnie prowadzonej chrystianizacji ponownie przechodzą na hinduizm. Oddaje się również cześć takim wielkim postaciom Indii jak dr Ambedkar, który jako Nietykalny, wbrew prawu kast, nauczył się czytać, ukończył studia prawnicze i stał się autorem Konstytucji Indii. „Przekroczył granicę” stając się wzorem dla setek milionów Nietykalnych, zwanych teraz Deitami, dla Nomadów i innych kast pozostających poza rozwijającym się społeczeństwem Indii.

Dla zwykłego zjadacza chleba, czy raczej hinduskiego placka, Dasara to najlepszy czas na otwieranie nowych przedsięwzięć, zakupów dóbr wszelkich i narzędzi pracy.
A zatem jak kupować: nowe mieszkanie, samochód czy komputer to tylko w tym okresie. W tych dniach wszystko co stare i nowe, co służy odmianie na  lepsze i poprawie poziomu życia, jest czyszczone, odmalowywane i ozdabiane girlandami kwiatów. Stąd te trzy Hinduski w sari z miotłami.

Ale te trzy Hinduski to mały pikuś w porównaniu z tym co widziałem rano w przeddzień Dasara na handlowej MG Road w Pune. Nie uwierzycie - przecierałem oczy ze zdumienia widząc jednego (dosłownie) Hindusa myjącego witrynę swojego sklepu. Co to znaczy potęga wiary.
Widomym znakiem tego dnia to obwieszona girlandami kwiatów miejsca kultu w tym Świątynia Ganesha w centrum Pune, girlandy na przejeżdżających samochodach i motocyklach. Wreszcie nieprzytomnie wprost wypucowane wszystkie maszyny, urządzenia i komputery w firmach i miejscach pracy.

Jaka szkoda, że to święto jest tylko raz w roku.

Pune, Maharashtra

czwartek, 13 stycznia 2011

Cebulolandia

- to będzie trudny rok – prorokował Prashant, gdy pod koniec października wracaliśmy przez rozmoczone deszczem rolnicze tereny Maharashtra do Pune. Teraz rozpoczynają się zbiory praktycznie wszystkiego, mówił,  i powinno być sucho a tu zamiast tego mamy codziennie prawdziwe ulewy. Będzie nieszczęście.

No i się nie pomylił. Jeśli masz na imię Prashant co w hindu oznacza Pacyfik to jesteś wręcz skazany na szerokie spojrzenie i wyrażanie głębokiej myśli – jak ocean.

Padało co pare dni w czasie gdy wyjechałem na tydzień do Warszawy, a w przeddzień mojego powrotu,  11 listopada na Pune spadła prawdziwa powódź. Ulice zostały zalany a cały transport kilkumilionowego miasta nie funkcjonował. Całe dzielnice trwały bez prądu.
W kilka dni później lokalna prasa oskarżyła władze administracyjne miasta, że powodem zalania ulic jest to iż wszystkie kanały burzowe zostały przez cały sezon monsunowy kompletnie wypełnione śmieciami, których administracja nie usunęła. To zainicjowało twającą tygodniami dyskusję dlaczego Hindusi śmiecą. Równocześnie władze administracyjne dostały termin do końca roku na oczyszczenie i odblokowanie kanałów. Nb we wczorajszej prasie przeczytałem, że władze nie uporały się z tym jeszcze.

Ta trwająca do końca listopada  „czkawka monsunowa”, doświadczająca południe Indii aż do naszego stanu Maharashtra, poczyniła rzeczywiście duże straty szczególnie na terenach rolniczych. Wyciągano z ziemi zupełnie mokre orzeszki fistaszki, a na targu nie można było doświadczyć winogron gdyż z powodu nadmiernej wilgoci w większości winnic pojawiła się szara pleśń.
- to koniec, powiedział Bhaskar, który jeszcze miesiąc temu zapraszał mnie na święto winobrania do winnic swoich rodziców.

Ale mokre fistaszki czy słabe zbiory winogron to nic w porównaniu z największym przegranym – mokrą i gnijącą cebulą.. Od połowy grudnia nie ma dziennika czy lokalnej stacji TV w której nie poruszano by tego tematu. Ba, co drugi dzień nawet w CNN czy BBC napotykam informację o gwałtownie rosnącej cenie cebuli w Indiach i jej wpływie na inflację.

To fakt. Normalnie można było kupić kilogram cebuli za około 10 Rupii (60 Rupii to ok 1 Euro). Już w listopadzie, co bardziej obrotni handlarze, widząc co się dzieje z pogodą, profilaktycznie zaczęli żądać 20 Rupii za 1 kilogram. Gdy podsumowano tragiczne wyniki zbiorów cebuli na południu Indii, na straganach pojawiły się cyfry powyżej 30 Rupii.
Na fali niepokojów społecznych, rząd zablokował jej eksport  i oczekiwał, że to powstrzyma wzrost cen. Ale stało się inaczej - dzisiaj, w połowie stycznia ceny oscylują w granicach od 70 do 90 Rupii, ponieważ okazało się, że zbiory cebuli w środkowych i północnych stanach Indii są również słabe.

W tej sytuacji rząd Indii zwrócił się do swojego największego wroga Pakistanu, z propozycją eksportu pakistańskiej cebuli do Indii. Nie są znane szczegóły tego potencjalnego kontraktu, ale już dzisiaj wszystkie gazety „trąbią”, że być może właśnie cebula (a może jej brak) będzie głównym sprawcą prób nawiązania współpracy z najbliższyn sąsiadem, po ponad 60 latach waśni.

A zatem „cebulą Indie stoją” chce się powiedzieć. I tak właśnie jest.
Gdy spytałem w biurze skąd te niepokoje społeczne wywołane wzrostem cen cebuli, najbliżej stojąca Hinduska odpowiedziała, że cebula, czosnek i imbir to podstawa wszystkich absolutnie potraw w Indiach.
Nie wierzyłem. Zadałem to samo pytanie szefowi kuchni w hotelu i on to potwierdził. W indyjskim menu występuje wiele przeróżnych nazw na określenie stylu potraw, ale przy bliższej analizie sprowadza się to do dwóch gatunków mięs:z kurczaka i z jagnięcia oraz sosu, którego 95 procent stanowi rozgotowana cebula, czosnek i imbir. Czasem dochodzi do tego jeszcze groch czy fasola. I wreszcie po a może w trakcie gotowania dodaje się różne przyprawy, charakterystyczne dla regionu.

Dla koszernych to raj, nie muszą przy zamawianiu potraw parę razy pytać „czy aby na pewno nie będzie w tym wieprzowiny”. Ale co ma powiedzieć moja żona czy mój przyjaciel Rastysław, którzy  proces zamawianie zwykli są kończyć „tylko bez cebuli proszę”?

Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło. Dzisiaj BBC przeprowadziło krótki wywiad z przedstawicielami jednego dużego bloku mieszkalnego w Dehli. Reporterowi BBC powiedzieli, że nie wierzą w efektywne rozwiązanie problemu gwałtownego wzrostu cen cebuli i dlatego wszystkie rodziny w całym bloku przystąpiły do „obywatelskiego nieposłuszeństwa”  wykreślając całkowicie cebulę z menu.
- dla mojej siedmio osobowej rodziny zużywam około jednego kilograma cebuli dziennie, powiedziała jedna z kobiet. Na wydatek 70 Rupii tygodniowo było nas stać, ale na ponad 500 już nie. Jedzenie nie jest tak smaczne ale żyć trzeba.
Być może właśnie na naszych oczach powstaje kuchnia dehlijska, czyli bez cebuli. Rastysław będzie mógł odwiedzić Indie bez obawy o zdrowie.




Nomad,

Pune, Maharashtra, 13 stycznia 2011