czwartek, 21 lipca 2011

Ilu Indusów w Indii

1 kwietnia, na rządowych stronach http://www.censusindia.gov.in/ opublikowano wyniki, przeprowadzanego raz na dziesięć lat spisu powszechnego ludności Indii. „Jest nas 1 210 milionów, to tyle co USA, Brazylia, Pakistan, Bangladesh i Japonia razem wzięte” widniało na każdej okładce indyjskich dzienników następnego dnia.
Przeprowadzony w tym roku spis potwierdził, oczekiwane przez rząd, spowolnienie dynamiki wzrostu populacji Indusów. Za dekadę 2001 – 2011 wyniósł on 17,6%, podczas gdy w czasie poprzedniej dekady, 1991 – 2001, ten wzrost wyniósł 21,5%. Zmniejszyła się dysproporcja płci Indusów – obecnie na 1000 mężczyzn przypada aż 940 kobiet. Spis potwierdził ponadto dalsze zmniejszanie się liczby analfabetów – dzisiaj stanowią oni już tylko 26% populacji powyżej siódmego roku życia. Z lotu ptaka wszystko wygląda „na cacy”. Jednak po bardziej dokładnym zapoznaniu się z wynikami, w prasie zagotowało się od komentarzy.
*    *    *

Po pierwsze poopulacja, czyli jak to w prasie triumfalnie pisano „India Team”. Za ostatnie dziesięciolecie wzrosła o 181 milionów. Co prawda przyrost jest, po raz pierwszy od 9 dekad, malejący , niemniej i tak składa się to na 1 210 milionów, co stanowi 17,5% światowej populacji. Nieco mniej niż Chińczyków, którzy z populacją ponad 1 400 milionów stanowią 19,4 % mieszkańców naszej planety.

Z tego, że nie udało się dogonić Chińczyków, Indusi są zdecydowanie niezadowoleni. Pojawiły się głosy, ze w spisie nie uwzględniono części społeczeństwa, bo nie ma żadnej możliwości zarejestrowania wszystkich bezdomnych i żyjących gdzieś na odludziu nomadów, pustelników czy włóczęgów. Przy malejącej dynamice wzrostu, może nawet nie udać się prognozowane przez ONZ, zrównanie mieszkańców Indii i Chin za 30 lat. Szczególnie że również Chińczycy poddawali w wątpliwość dane ich spisu narodowego z 2005 roku, opiewające ich populację na 1,4 miliarda. Twierdzili, że z uwagi na restrykcyjną politykę władz „jedno dziecko w rodzinie”, wiele rodzin żyjących na prowincji i tych nowobogackich, posiada więcej dzieci, ale oficjalnie ich nie zgłasza. Wiąże się to bowiem z bolesnymi sankcjami zawodowymi – są po prostu wyrzucani z pracy na państwowych posadach. Chyba że zapłacą karę w wysokości 70 tys, Yuanów, co odpowiada około 10 tys USD, a mimo to takie „nielegalne” dziecko nie może być objęte żadnymi państwowymi ulgami z tytułu nauczania czy leczenia. Jasne, że  chińskiego wieśniaka na to nie stać. Chińczycy szacują zatem, że ich „China Team” liczy ponad 1,7 miliarda.
Spotkałem również takich malkontentów, którzy twierdzili , że gdyby nie nastąpiło oddzielenie Pakistanu od Indii to „oczywiście byliby największą nacją świata”. Zapytałem wtedy czy nie uważają, że gdyby te dwie skłócone nacje nie postanowiły iść własną drogą to czy Team India przetrwał by półwiecze. Czy nie zanużył by się w niekończących walkach , zakończonych wojną domową. Wtedy pewnie nikt nie miałby czasu i głowy do przeprowadzania spisu. I byłoby po problemie, jak dogonić Chiny.
.*    *    *
Kolejnym powodem do dumy, jest stale kurcząca się liczba analfabetów.  Dzisiaj jest ich tylko 26%, podczas gdy jeszcze dziesięć lat temu, nieumiejących czytać było 35%. Co trzeci nie potrafiący czytać. Czy potrafimy sobie to wyobrazić? Ale jest lepiej – dzisiaj nie umie czytać tylko jeden na czterech. Cieszy również to, że po raz pierwszy w dziejach spisów, przyrost umiejących czytać kobiet był wyższy od przyrostu czytających mężczyzn. Jest lepiej, ale różnica analfabetyzmu między płciami jest ciągle duża – 34,5% w przypadku kobiet zaś jedynie 18% w przypadku mężczyzn. Najniższym wskaźnikiem analfabetyzmu wśród kobiet – 8,0% może pochwalić się Kerala, podczas gdy najgorszym – Bihar, gdzie 46,7% czyli połowa kobiet nie potrafi czytać.
Jak to możliwe, że takie dysproporcje istnieją. Ano możliwe.
Po pierwsze niesie je religia. Spis potwierdził generalnie znacznie niższy poziom czytających wśród muzułmanów. Zatem zapewne Kerala ma muzułmanów mniej niż taki Bihar. Po wtóre uwarunkowania historyczne – Kerala na przestrzeni ostatnich 500 lat podlegała dość intensywnym oddziaływaniom ze strony  Portugalczyków, Francuzów i Anglików. Bardzo wcześnie, bo już w pierwszym wieku po Chrystusie, podlegała chrystianizacji. Po trzecie aktywna działalnośc władz stanowych, wymuszających na firmach i organizacjach państwowych zatrudnianie kobiet, a w szczególności mężatek. Wreszcie obecność wielu lewicujących organizacji, które w ramach „latających uniwersytetów” kształcą i aktywizują  kobiety, mieszkające we wsiach i osadach, pozbawionych placówek oświatowych.

*    *    *
Ale najwiecej powodów do zmartwień mają Indusi z dysproporcją liczności kobiet i mężczyzn. Co prawda obecnie na 1000 Indusów przypada już 940 kobiet, podczas gdy jeszcze dziesięć lat temu było ich 933, lecz gdy wgryziemy się w detale , to okazuje się, że „idzie na gorsze”. A wszystko przez postępującą  industrializację, migrację do miast i wynikające z tego zmiany kulturowe. Dlaczego.
Po pierwsze trzeba jednoznacznie to stwierdzić, a spis to dowodnie ukazuje, że w stanach czy okręgach autonomicznych o przewadze ludności żyjącej tradycyjnie, słabo wykształconej i ubogiej, żadnych dysproporcji się nie obserwuje. Natura robi swoje – jest nieomal 1000 na 1000.
Problem pojawia się w stanach o wyższym poziomie uprzemysłowienia, gdzie z uwagi na lepsze przychody jej mieszkańców i odradzające się nowobogackie tradycje, wychowanie i ożenek córki to niekończące inwestycje „po nic”. Rodzice nieprzerwanie finansują dodatkowe  kształcenie córki, aby ta mogła być pokazywana bogatszym i dobrze sytuowanym rodzicom potencjalnego kandydata na męża. Oprócz urody i pochodzenia z dobrej kasty braminów czy kszatrjów, dobra partia powinna nie tylko ukończyć studia i mieć dobrą prace, powinna także umieć śpiewać, grać na tradycyjnym instrumencie, znać jedną z domowych robótek, jak na przykład haftowanie i wreszcie, a może przede wszystkim, powinna umieć gotować tak, aby to smakowało przyszłej teściowej.
Gdy już taka partia zostanie przez rodziców chłopaka wstępnie zaakceptowana, rozpoczynają się długie negocjacje dotyczące wnoszonego przez dziewczynę wiana. Obejmują one kupno mieszkania, czy w najgorszym przypadku, kupno samochodu dla przyszłego męża. A gdy te żądania zostaną przez rodziców dziewczyny jakoś „przełknięte”, rodzice pana młodego rozpoczynają rozmowę na temat scenariusza uroczystości ślubnej. Bo w tym miejscu należy dodać dwie uwagi. Pierwsza to taka, że ze względu na ogromne  powiązania rodzinne i towarzyskie, w uroczystości bierze udział grubo ponad tysiąc gości. Jak mi mówili zapytani przeze mnie pracownicy Firmy, najczęściej jest to dwa do trzech tysięcy. Z uwagi na coraz bardziej rozbudowany ceremoniał, uroczystość zaślubin może trwać dłużej niż dwa dni.
Druga uwaga to ta, że całośc kosztów uroczystości, łącznie z garniturami i tradycyjnymi weselnymi strojami młodożeńców również ponosi rodzina panny młodej. Zgodnie bowiem z tradycją hinduską, od pana młodego młoda żona otrzymuje biżuterię: pierścionek, bransoletkę i naszyjnik. Czasem jeszcze kolczyki.
Po ślubie nasza wychuchana i bogato obdarowana córeczka przenosi się do domu teściów, bo przecież te pieniądze przeznaczone na mieszkanie nowożeńców mogą być znacznie lepiej wykorzystane na rozbudowę czy remont domu teściów.  Odwiedza rodziców rzadko, bo skoro w domu teściów pojawia się młoda służąca to teściowej nie wypada już pracować zawodowo czy kszątać się w kuchni. Od tego jest dobrze wykształcona i wyszkolona synowa. Rodzicom dziewczyny pozostają do spłacania raty kredytu, zaciągniętego na wydanie córki za mąż. Otuchy dodaje jedynie świadomość, że mamy tylko jedną córkę, podczas gdy na przykład nasz kolega z pracy ma ich trzy.  Musi brać nadgodziny i przedłużać jak się da termin przejścia na emeryturę. I jak tu kochać córeczki w Indiach?

Ponieważ procesy industrializacji, migracji do miast i bogacenie stają się udziałem coraz większej populacji Indusów, powszechniejsza staje się niechęć do posiadania dziewczynek. Dla grupy wiekowej do lat sześciu, tegoroczny spis pokazał, że średnio w całych Indiach  tylko 914 dziewczynek przypada na 1000 chłopców, podczas gdy dziesięć lat temu było ich jeszcze 927. A zatem w tym gwałtownie urbanizującym i bogacącym się społeczeństwie prognozy na następne dziesiątki lat są naprawdę złe.

Drastycznym tego przykładem jest „mój” stan Maharashtra, lokujący się w pierwszej trójce najliczniejszych i najbogatszych stanów Indii. Wyniki opublikowane dla tego stanu są zatrważajace – w grupie wiekowej do lat sześciu, na 1000 chłopców przypada tylko 883 dziewczynek. Zapytacie pewnie jak to możliwe, że może dojść aż do takiej dysproporcji.
Odpowiedź możemy znaleźć w dzienniku DNA wydawanym w Pune. W artykule z dnia 20 lipca zamieszczono wywiad z Varsha Deshpante, założycielką społecznego ruchu na rzecz monitorowania zróznicowań liczności płci. Oprócz monitorowania ruch skupia się przede wszystkim na walce z nielegalnym wykorzystaniem monitorowania płodów w celu eliminacji płodów żeńskich. Pani Deshpante stwierdza, że w czasie tego jednego pokolenia, czyli w okresie ostatnich 30 lat, właśnie w społeczności klasy średniej i wyższej, zabijanie dziewczynek jest spotykane najczęściej. Obecnie, dla stanu Maharashtra liczącego 121 milionów mieszkańców, każdego miesiąca odnotowuje się śmierć 50 tysięcy dziewczynek, a w całych Indiach blisko 500 tysięcy. Pół miliona w miesiąc!!!.
Organizacja, składa petycje, organizuje fora dyskusyjne i  udziela wywiadów by alarmować zarówno stanowych decydentów jak i społeczeństwo o bardzo niskim wskaźniku relacji dziewcząt do chłopców. Wskazują przy tym szczególnie patologiczne okręgi czy dzielnice stanu. W  2001 takich patologicznych obszarów było 8, w 2005  - 14. W aktualnym spisie – jest ich już 20.
W Pune, gdzie pracuję, nie jest tak źle, a tylko dlatego, że najgorzej jest w Mumbaju. W tym mieście powstała bowiem dobrze zorganizowana i równie dobrze wyposażona sieć: klient – dostawca usługi. W środowisku bogatych Mumbajczyków, dla których liczą się głównie pieniądze, dzieci to duża inwestycja  - więc lepiej mieć tylko jedno dziecko. A skoro jedno – to oczywiście musi być chłopiec. Na taką potrzebę bogatego społeczeństwa, atrakcyjną ofertą odpowiadają zarówno państwowe szpitale jak i bogate prywatne kliniki, takie jak Dhirubai Ambani Hospital czy Malpani Infertility Clinic, przeciwko którym toczą sie „pokazowe” niestety procesy.
Co się w tej sprawie robi, aby takie patologiczne zachowania ograniczyć. Po pierwsze, już wiele lat temu rząd wydał zakaz wykorzystywania sprzętu do badań prenatalnych, w celu określania płci. Rodzice oficjalnie zatem nie mogą dowiedzieć się jaka jest płć płodu. Kliniki zobowiazane są do prowadzenia skrupulatnej dokumentacji dotyczącej tych badań i stwierdzonej płci. Potem, w przypadkach poronień, są powołane komisje, aby określić czy nie ma korelacji między zbadaną płcią płodu a poronieniem. Bardzo to wszystko skomplikowane i mało wiarygodne. Niemniej, w dziennikach podawane są raporty o masowych kontrolach szpitali i klinik odnośnie: legalności sprzętu, poprawności prowadzenia raportów i wreszcie wyników prac komisji, badających przypadki poronień.
Aktywistki ruchu na rzecz monitorowania zróżnicowań liczności płci biją na alarm, twierdząc że rząd nie robi nic, aby przeznaczyć środki na zakup bardziej nowoczesnego sprzętu, pozwalającego monitorować stan płodu, bez możliwości określenia płci. Podobno takie urządzenia są już dostępne.

Nie wiem jak można przekonać te niewątpliwie mądre i zaangażowane w słuszną sprawę kobiety, że proponowane przez nie rozwiązania to niestety walka z wiatrakami. Jak długo bowiem istnieje niezdrowa tradycja finansowania dziewczynek i przyszlych panien młodych wyłącznie przez rodziców jednej strony, będzie istniało społeczne, milczące przyzwolenie na taką patologię, jaką jest niszczenie żeńskich płodow i zabijanie dziewczynek, szczegolnie w sytuacji bogadzącego się społeczeństwa indyjskiego.

W ramach szerzenia oświaty, proponuję już teraz emitować w indyjskiej TV reportaże z Chin, pokazujace rzesze matek chińskich jedynaków, próbujacych wszystkiego, aby znaleźć kandydatkę na żonę dla ich synów.  Podstawowe pytanie kierowane tym razem przez rodziców dziewczynek do matek synów jest czy syn ma niezależne mieszkanie, tak aby mieszkąjac oddzielnie, córka nie była traktowana jak slużąca swojej teściowej. Taką chorą sytuację zafundował swojemu społeczeństwu rząd Chin Ludowych, ogłaszając w 1982 roku dyrektywę „jedno dziecko w rodzinie”. Potrzeba było jednego pokolenia, aby do Chińczyków dotarło, że praktykowane przez ponad 30 lat, zabijanie dziewczynek lub porzucanie ich na ulicach, by dokonały żywota w zatłoczonych do nieprzytomności sierocińcach, bylo chore.

Wierzę w mądrość Indusów, że nie będą czekać przez kolejne pokolenie, aby zmienić nie pasująca do cywilizowanego społeczeństwa zachowania.

Nomad

Pune, 21 lipca, 2011 roku

wtorek, 19 lipca 2011

Tipu Sultan - Tygrys z Majsur

W dziejach niektórych narodów są tacy przywódcy, którzy wyrastają nie wiedzieć skąd. Niezwykłą siłą i entuzjazmem zarażają swoich ziomków by, wbrew logice czasu i niesprzyjajacym okolicznościom, dokonać gruntownego przeobrażenia wszystkiego co stare i niedostosowane do nowych wyzwań. Tworzą podstawy i wytyczają kierunki rozwoju społeczeństwa na całe następne pokolenia. I zanim współcześni mu, ochłoną i przetrą oczy z letargu, w jakim toczy się normalne życie, ci herosi transformacji, równie nieoczekiwanie jak przyszli – odchodzą lub umierają. Ale na zawsze pozostają w zbiorowej świadomości narodu.

Zapytani o to Chińczycy, ci wykształceni, wskazali by pewnie na Żółtego Cesarza. W naszej części świata, takim przykładem pewnie mogła by być Rosja cara Piotra I. Indyjska Karnataka może być dumna, że miała taką chwilę świetności w drugiej połowie XVIII wieku, pod rządami Tipu Sultana.

Tipu Sultan urodził się w 1750 roku, jako najstarszy syn Hajdar Alego, władcy Królestwa Majsur. Przygotowywany na następcę tronu, otrzymał niezwykle gruntowne i wszechstronne wykształcenie. Od najmłodszych lat poznawał tajniki sztuki wojennej, tak że już w wieku 15 lat mógł towarzyszyć swemu ojcu w licznych kampaniach zbrojnych. Znał matematykę i inne nauki ścisłe. Tipu Sultan był poliglotą i miłośnikiem wiedzy, a jego biblioteka liczyła ponad 2000 woluminów, w najróżniejszych językach. Niezwykle aktywnie angażował się we wszystkie działania podnoszące poziom życia mieszkańców królestwa. Władzę przejął w 1782 roku, po śmierci ojca, jaka nastąpiła w trakcie drugiej kampanii wojennej przeciwko silom Kampanii Wschodnio-Indyjskiej. W rok później zakończył kampanię zwyciężając Brytyjczyków. Szacunek poddanych i strach wrogów Królestwa przyniosły mu tytuł Tygrysa z Majsur.

Pomimo młodego wieku, dobrze rozumiał że, misją Kampanii jest podbój i grabież Indii wszelkimi sposobami. Dlatego nawiązał szereg sojuszy militarnych, w tym z Francją, Emiratem Afganistanu i Sułtanatem Tureckim. Wobec rosnącej potęgi władcy Majsur w regionie środkowo-zachodnich Indii, Kampania również zawiązała sojusz wojskowy z władcami Nizamu z Hyderabad i z Marathami, rządzącymi na północ od Majsur.

Gdy w następstwie pokoju w Wersalu, Francja musiała wycofać się formalnie z sojuszu z Majsur, Anglicy niezwłocznie rozpoczęli trzecią kampanię wojenną. Opuszczony przez Francuzów, zaatakowany nieoczekiwanie przez sąsiadów, otoczony siecią intryg i tajnych układów, Tipu musiał uznać przewagę Brytyjczyków i w 1792 roku podpisał traktat, na mocy którego zrzekł się niemal połowy swego królestwa a dodatkowo musiał wypłacać wysoki trybut Brytyjczykom i ich sojusznikom. Jednak nie poddał się. Gdy w ciągu kilku następnych lat rozpadły się brytyjskie sojusze, wykorzystał ten czas do szeroko zakrojonej akcji  rozbudowy systemu obronnego państwa i przekształcenia starych fortow w nowoczesne systemy obronne. Wykorzystał do tego wiedzę i doświadczenie  francuskich inżynierów. Anglicy potraktowali to jako złamanie przez Francuzów Ugody Wersalskiej oraz przez Tipu Sultana porozumienia z 1792 roku i natychmiast zaatakowali Królestwo Majsur. Rozpoczęła się czwarta wojna z Brytyjczykami. Ponieważ Francja nie mogła udzielić wojskowej pomocy, Sultan prowadził tę wojnę sam. W końcowej jej fazie, oblężony w forcie Śrirangapattana, zginął w walce z przeważąjącym liczebnie wrogiem, broniąc dostępu do jednej z bram fortu.

Tipu Sultan został pochowny we wspaniałym mauzoleum, które zbudował dla swego ojca i jego małżonki Fatimy Begum. Anglicy po upadku Majsur, dokonali rozbiórki wszystkich fortów i obiektów militarnych Królestwa. Na szczęście wspaniałe pałace i założone wokól nich ogrody pozostawili nietknięte.

*    *    *
Po wylądowaniu na lotnisku pod Bangalore i załadowaniu bagażu do samochodu, kierowca zapytał co chcę zobaczyć, skoro w stanie Karnataka jestem po raz pierwszy. Odpowiedziałem bez wahania: chciałbym zobaczyć miejsca gdzie żył i tworzył swoje pyszne miasta Tipu Sultan. Kierowca nie zdziwił się.
– czyli Majsur, powiedział, to około trzy godziny drogi stąd.

Gdy po przejechaniu około 200 km znaleźliśmy się w Śrirangapattana, na dużym skrzyżowaniu prowadzącym do Majsur, kierowca powiedział: skręćmy na południe, zobaczymy najpierw Gumbaz - Mauzoleum Hajdar Alego i Tipu Sultana, oraz znajdujący się nad rzeką, wspaniały Pałac Letni – Darija Daulat Bagh.


Zaczynamy od położonego najbardziej na południe Gumbaz. Do rozległego parku, w którym znajduje się Mauzoleum, wchodzi się przez okazałą bramę. Stąd, główną aleją docieramy do zespołu obiektów sakralnych z minaretami, pośrodku których, na wysokiej platformie Tipu Sultan zbudował mauzoleum dla swojego ojca Hajdar Alego i jego małżonki. Cały ten zespół białych, roziskrzonych od słońca obiektów, zanurzonych w soczystej zieleni otaczającego go parku, to taki pyszny ale jednak kanon architektury arabskiej tu w Indiach.


Ale to co jest niezwykłe, co sprawia, że nawet po latach potrafimy z zakamarków pamięci wyłuskać ten właśnie obraz, to czarna granitowa kolumnada podtrzymująca zwieńczony zgrabną cebulastą kopułą.dach mauzoleum. Bowiem gdy idziemy główną aleją i mrużąc od słońca oczy patrzymy na Mauzoleum, to głęboki cień panujący wewnątrz grobowca, w połączeniu z czernią granitowej kolumnady, sprawia, że ten szeroki dający cień dach wraz z ogromną kopułą odrywa się od ziemi i dosłownie wisi nieruchomo nad grobowcem.

Nieopodal parku z Mauzoleum znajduje się Letni Pałac – Darija Daulat Bagh. Przez do złudzenia podobną bramę, główną aleją parku idę do pałacu. Bez emocji. Bowiem w porze suchej cała fasada tego dwukondygnacyjnego w formie pawilonu zasłonięta jest ocieniającymi wnętrze kotarami. Pokryty nimi Pałac jest tak nieciekawy, że nawet nie sięgnąłem po aparat aby zrobić chociaż jedną fotkę.

Ale gdy już znalazłem się w strefie cienia i przyzwyczaiłem wzrok do panującego wewnątrz półmroku, zrozumiałem dlaczego warto było przejechać tyle kilometrów, aby to cacko zobaczyć. Arkady fasad, kolumny werandy, otaczającej cały pałac, wreszcie wykusze i tarasy, wszystko wykonane z niezwykle bogato zdobionego drzewa sandałowego. Po obejściu Pałacu podcieniami pierwszej kondygnacji, strzałki prowadzą zwiedzającego do wnętrza Pałacu, w którym zgromadzono pamiątki po Tipu, jego mapy i obrazy z jego zycia. I tutaj znowu: obszerny hall, sala audiencji, jadalnie i pokoje dzienne króla i jego rodziny są wspaniałymi przykładami snycerki rzemieśników z Karnataki. Teraz przypomniałem sobie co mówił kierowca, gdy tu jechaliśmy, że rzeźba w drewnie sandałowym i jedwabie to największa duma tego stanu. I niewątpliwie miał rację.

Ostrzyłem sobie zęby na obejrzenie prywatnych apartamentów królewskich, znajdujących się na piętrze, ale niestety były one niedostępne dla zwiedzających.  W tej sytuacji, korzystając z zamieszania przy wyjściu, włączyłem sę raz jeszcze do grupy wchodzących, aby już na spokojne obejrzeć znajdujące się po stronie wschodniej i zachodniej podcieni pałacu, wspaniałe płaskorzeźby i malowidła przedstawiające chwalebne dzieje dynastii rządzącej, zwycięskie bitwy, uroczyste parady i sceny z życia dworu.
Wiele tego i można by na to strawić parę godzin, ale czas goni. Czekają przecież Fort i Pałac w Majsur.

Gdy już ponownie siedziałem w taksówce i kierowca ruszał w stronę miasta, powiedziałem, że chciałbym jeszcze zobaczyć zbudowany na wyspie Fort Śrirangapattana, broniący dostępu do Majsur, i bramę gdzie zginął Tipu.
- Tam nic nie ma, wszystko jest rozebrane, pozostały jedynie cywilne obiekty znajdujące się niegdyś wewnatrz rozległej twierdzy: meczet oraz cele więzienne, znajdujące się w podziemiach fortu.
- To nic, jedźmy, chcę to zobaczyć.
Kierowca miał znowu rację. Jedziemy wzdłuż przeciwległego, w stosunku do wyspy, brzegu rzeki. Gęste nawet o tej porze krzaki niemal zasłaniają pozostałości rozległej fortyfikacji. Pomiędzy zielenią, migają tylko fragmenty flankowanych murów i  niewielkie nisze boczne bram. Przez most i resztki jednej z nich wjeżdżamy do Fortu. Nic, co mogło świadczyć o jego potędze czy maestrii jego budowniczych. Zespół świątyni, niewielki meczet i zasiedlone przez Indusów resztki koszar. Wreszcie przyziemie Bramy Wodnej. Przed nią niewielki kamień. Przeczytałem tekst: „Tu zostało znalezione ciało Tipu Sultana”.

*    *    *

Było już dobrze po południu, gdy wjechaliśmy do Majsur i zatrzymaliśmy się na parkingu przed bramą wjazdową na teren Pałacu Majsurskiego.

Niemal bajkowy Pałac Amba Wilas, wznieśli pod koniec XIX wieku, rządzący południową częścią Karnataki władcy dynastii Wodejar. Frontowa fasada pałacu to wielopiętrowa Galeria, z której dwór i jego goście mogli obserwować parady wojskowe i świąteczne ceremonie. Bryła tego wielokondygnacyjnego pałacu, ozdobiona jest licznymi łukami i arkadami . Całośc zamknięta jest wieżyczkami, zwieńczonymi cebulami kopuł. Słowem już na pierwszy rzut oka - „pałac z piernika”.

O tym, że warto wejść do środka świadczy niezmiernie długa kolejka zwiedzających. Już na parterze wita nas majestatyczna Sala Publicznych Audiencji. Wspaniałe kolumny i bogato zdobiony strop musiały powalać na kolana. I tak pewnie było.

Potem w strumieniu zwiedzających, poprzez pomieszczenia parteru, wchodzimy na kolejną kondygnację. Bo tu znajduje się cała w złoconych kolumnach, przykryta witrażowym stropem Sala Audiencji Prywatnych. Jej zadaniem było zaszokować wizytujących władców bogactwem i przepychem królestwa.

Stąd otwartym na pałacowy podwórzec korytarzem z kandelabrami i wiszącymi lampami,  możni tamtego swiata przechodzili do złoto-turkusowej Sali Uroczystych Audiencji.
I gdy już emocje zaproszonych sięgały zenitu, król zapraszał ich na wielokondygnacyjną Galerię, z której rozpościerał się widok na wspaniale zaprojektowany Plac Parad, zamknięty parkiem i migocącymi z daleka bielą i złotem arkadami ogrodzeń pałacowych i bram.
Tu, jak sądzę, można było wreszcie złapać pierwszy oddech. Wiem to dobrze, bo mnie też zamurowało, widząc tą kwintesencję funkcjonalności, piękna i monarszego przepychu. O co szczerze mówiąc wcale nie tak łatwo. Projektantom i wykonawcom tego niewątpliwego arcydzieła, w pełni się to udało.

Na zewnątrz Pałacu, zarówno w jego wewnętrzym podwórcu jak i na Placu Parad, wszystkich przejść strzegą prężące sie do skoku i szczerzące kły tygrysy. To zapewne wykwit społecznej pamięci o Tipu Sultanie. Dla dzieci i dorosłych to wyborna okazja, aby „dosiąść” tygrysa, włożyć mu, do otwartej paszczy, rękę czy nawet głowę. Bez obawy, tak ku pokrzepieniu serc.

*    *    *

Dzisiaj Tipu Sultan postrzegany jest nie tylko jako niezłomny przywódca narodu i patriota, rozumiejący potrzebę budowy silnego państwa, które by stanowiło skuteczną zaporę przeciwko agresji i zachłanności Kampanii Wschodnio-Indyjskiej.

Pomimo, że sprawował władzę w okresie nieustannych wojen z królestwem Nizam, Marathami i Brytyjczykami, dzięki swoim niezwykłym walorom: wszechstronnemu wykształceniu, pracowitości, zręczności dyplomatycznej i organizacji dokonał rzeczy niezwykłej. Gruntownie przebudował swoje państwo. Stworzył nowoczesną sieć dróg, łączących centra handlowe swego królestwa z państwami ościennymi. Budował tamy , zbiorniki wodne i prowadził szeroko zakrojone akcje irygacyjne, dla stworzenia doskonałych warunków dla rozwoju rolnictwa. Wreszcie otaczał mecenatem słynne już wtedy majsurskie rzemiosło, w tym snycerstwo i jedwabnictwo. Entuzjasta nowinek technicznych, z pomocą Francuzów sprowadzał do kraju nowe urządzenia i technologie , budując od podstaw całe dziedziny przemysłu.
Tworząc podwaliny bezpiecznego i przyjaznego wszystkim państwa, jako muzułmanin dbał o swoich niemuzułmańskich poddanych, fundując liczne świątynie hinduskie i kościoły.

Odwiedzając bajeczne pałace, świątynie, mauzolea i parki w Majsur czy Bangalore, musimy zatrzymać się w zadumie i w szacunku dla potęgi umysłu i charakteru tego wyrastającego ponad przeciętność władcy.

Nomad,

Majsur, 2 czerwca, 2011

poniedziałek, 18 lipca 2011

Anna Hazar, ostatnia nadzieja milionów

Gdy po nieoczekiwanej wygranej z Pakistanem i wkrótce po pełnym dramaturgii, lecz zakończonym  zwyciestwem meczu ze Sri Lanką, Indusi na całym ziemskim globie świętowali zdobycie Pucharu Mistrzostw Świata w krykieta, i to po raz drugi po 30 latach, nikt nie oczekiwał, że w kilka dni potem, jeden człowiek wstrząśnie sumieniem wszystkich triumfujacych Indusów.

6 kwietnia rano, jechałem roztrzęsionym samochodem do Firmy i usiłowałem zebrać wzrokiem rozedrgane literki tytułów. Jeden z nich, i to na pierwszej stronie, zwrócił moją uwagę: „Anna Hazar ogłasza głodówkę”.

- co za sprytna kobieta polityk, powiedzialem do współtowarzyszy podróży, nie dość że na fali społecznego entuzjazmu zapromowała się w mediach, to jeszcze będzie kuła w oczy konkurentki swoją smukłą sylwetką.
- istotnie świetna metoda na odchudzanie się, przyznali wszyscy jednogłośnie.
I tu się myliliśmy - bo Anna Hazar to nie kobieta, ale 73 letni, mocno schorowany człowiek, parlamentarzysta wielu kadencji, którego misją jest transparentne państwo.

*    *    *
Po raz pierwszy zestaw ustaw antykorupcyjnych, Jan Lokpal Bill,  został przedłożony Izbie Nizszej, zwanej tu Lok Sabha, w czasie jej IV kadencji już w 1969 roku. Ale niestety nie został przyjęty przez Izbę Wyższą - Rajya Sabha. Anna Hazar, Gandhysta i zapalony zwolennik czystego państwa miał wtedy 30 lat. Od tego czasu, w ciągu 42 lat, projekt ustawy przedkładano 10 razy. Za każdym razem bez powodzenia.

Tym razem 73 letni Anna Hazar zagrał va bank. Pomimo wieloletniego parlamentarnego stażu, zarzucił demokratyczne, i jak się okazuje nieskuteczne metody. 6 kwietnia na wiecu swoich zwolenników zgromadzonych w kampusie rządowym Jantar Mantar w New Delhi, ogłosił przystąpienie do głodówki. Żądał uwzględnienia społecznych poprawek do „walcowanej” od ponad 40 lat Ustawy.  Oświadczył, że zakończy głodówkę wyłącznie wtedy gdy rząd wyrazi zgodę na utworzenie wspólnej komisji, składającej się w 50% z przedstawicieli rządu i 50% przestawicieli społeczeństwa, pozarządowych ekspertów i autorytetów społecznych.
Jak zwykle w takich sytuacjach bywa, rząd ze zdziwieniem stwierdził, że zawsze był i jest gotów rozmawiać i uwzględniać propozycje Anna Hazar, ale w ramach istniejącej już od dawna komisji.
W tej sytuacji, zwolennicy Anna Hazar, zgromadzeni w 400 wielkich miastach Indii, ogłosili że również przystępują do głodówki, aż do ponownego rozpatrzenia Ustawy przez komisję wspólną. Prasa podała, że około 700 tys Indusów przystąpiło do głodowki. Wszystkie lokalne gazety cytowały wypowiedzi lokalnych guru, ludzi szanowanych i celebrytów dlaczego przystępują do głodówki. Dzień później Anna wykorzystał to niewątpliwe poparcie mediów, aby wezwać ludzi młodych do ruchu masowego poparcia jego dążeń.

I nie pomylił się. Pomimo głosów klasy politycznej, zarzucającej mu polityczny szantaż,
młodzi wykorzystali fora społecznościowe, w tym najbardziej popularne Twitter i Facebook, aby ich masowe wystąpienia uliczne były dobrze zorganizowane i zsynchronizowane z postępami wymuszonych rozmów: rząd – komisja Anny Hazar.
Okrzyknięto Anna Hazar współczesnym Gandhim, podkreślano że jego działania zmierzające do czystości i jawności poczynań rządu, wpisują się w globalny trend zarządzania państwem przez społeczeństwo.

Gdy rząd, okopany argumentami o wywrotowej działalności Anny Hazar, nic nie robił przez kolejne dni, Anna ogłośił, że zdecydował się na śmierć głodową. I wtedy 8 kwietna na ulice wielkich indyjskich metropolii wyszli wszyscy ze świeczkami w dłoniach. Największy marsz miał miejsce w New Delhi gdzie podobno milion  mieszkańców ze świecami w rękach przeszedł od symbolicznej India Gate do Jantar Mantar, w której głodował Anna. Dodatkowo, wietrząc już wiatr historii, do demonstrantów dołączyli  przedstawiciele partii opozycyjnych i stowarzyszeń.

W te sytuacji, w czwarty dzień głodówki, w piątek w nocy rząd zgodził się na powołanie 10-o osobowej wspólnej komisji, dla ponownego przedyskutowania społecznej wersji Ustawy, tak aby przedłożyć ją pod głosowanie Izby Niższej do końca czerwca. W odpowiedzi, w sobotę  10 kwietnia rano Anna przerwał głodówkę. Przedstawiciel rządu oświadczył „To zwycięstwo demokracji. Zarówno społeczeństwo iak i rząd są przeciwne korupcji”. „ To największe zwycięstwo ludu Indii” oświadczył Hazar „. ”Rząd zgodził się z naszymi żądaniami”.
500 głodujących z nim osób okrzyknęło Anna „ostatnią nadzieją milionów”  a  całe Indie triumfowały.

*   *   *

W Indiach nic nie jest proste. Nawet czas tu nie biegnie - on kręci się w kółko, a wszystko co żyje odradza się na nowo: co sezon, co nowe wcielenie, co nowa dynastia rządząca. Rzeczy nie mogą być proste, gdyż muszą być skomplikowane. O cokolwiek Indusa nie spytasz, on kiwa głową, na swój charakterystyczny sposób. Zaraz po przyjeździe myślałem że to oznacza „tak”. Teraz po wielu miesiącach pobytu wśród nich, wiem że to oznacza „jak się da to się da zrobic”. A słynne indyjskie ”ten minutes, sir” nie oznacza czasu realizacji, to czas dla Ciebie, abyś się zastanowił: jak ważna jest sprawa dla Ciebie, ile możesz za to wsunąć do ręki Indusa i czy on to zaakceptuje. Przyznasz, że to całkiem wiele procesów decyzyjnych jak na dziesięć minut.

Bo korupcja, jak to się nazywa na Zachodzie, to nie jakieś „błędy i wypaczenia”, czy nie daj Boże „skaza społeczna” - to sposób życia społeczeństwa Indusow. Jest wszędzie, dotyczy  wszystkich kast, grup społecznych i klas. Jest integralną częścią wszystkich przejawów ich życia.

Dzięki relatywnie wolnej prasie, nowe afery, stare ale ciągle nie podjęte przez stosowne służby, oraz afery bardzo stare i ciągnące się latami, zajmują bez mała połowę szpalt gazet.

Oczywiście na pierwszych stronach zamieszczane są te największe, dotyczące polityków rządzącej partii i powiązanych z nimi biznesmenów, najczęściej członków rodziny. Dotyczą niezgodnych z prawem przydziałów częstotliwości sprzed 4 czy 2 lat, przekazania ogromnych obszarów ziemi „jedynie słusznym grupom kapitałowym”,  sprzedaży deweloperom ziemi w rezerwatach i terenach chronionych, czy wreszcie - na masową skalę kupowanie głosów w wyborach do Parlamentu krajowego czy stanowego.

Na dalszych stronach są te mniejsze, interesujące tylko lokalne społeczności. Przeczytasz kto i za ile przekazał deweloperowi teren w centrum miasta, na którym „już zaraz” miał być zbudowany szpital. Który biznesmen zapłacił ileś tam członkowi władz miasta za przejęcie zyskownych zleceń rządowych i wreszcie dlaczego opłaty z korzystania z autostrad nie trafiają do kas stanowych tylko na konta wskazanych z nazwiska urzędników.
Zamieszani w afery, uśmiechnięci i zadowoleni z życia, odpowiadają miesiącami że są czyści jak łza, a o pieniądzach, jakie trafiają na ich konta, wogóle nic nie wiedzą.

Czytelnicy gazet od lat czytają te strony i widząc, że żadne agendy rządowe czy stanowe tym się nie interesują, oskażeni czy zamieszani w afery żyją spokojnie w swych luksusowych domach, pozostają w przeświadczeniu, że tak można, że to norma życia. Zatem pracujący na dowolnym urzędzie osobnik, kiwa głową, gdy jest proszony o wydanie jakiegokolwiek dokumentu, załącznika czy o przystawienie pieczątki, oczekując, że petent po drugiej stronie szyby „in ten minutes” zdecyduje jaką kwotę i w jaki sposób przesunie na jego stronę szyby. Po sprawdzeniu i wycenie wysokości „prośby”, może ją załatwić od ręki, obiecać że zrobi to do jutra, lub gdy kwota nie jest satysfakcjonująca, stwierdzi że sprawa jest skomplikowana i musi ją przesłać do konsultacji przez kolegę.

Koszmarny sen? Nie, to dzień jak codzień w Indiach. Potwierdzają to specjaliści mojej Firmy, którzy ubiegają się o wydanie paszportu na wyjazd służbowy, kupują działkę lub mieszkanie. Każda decyzja, dokument, załącznik czy pieczątka ma swoją standardową stawkę. Ostatnio DNA, dziennik stanu Maharashtra, podał że „ten minuts gifts” stanowią 30% kosztów zakupu mieszkania.

Służby celne, wojskowi, policjanci i stojący przy każdym sklepie strażnicy też nie chcą być gorsi. Znają przepisy i widzą że prawie nikt ich nie przestrzega. I dobrze . Co to by było gdyby przestrzegali – tragedia, żadnych dochodów. A tak, wszyscy starannie przygladają się przechodniom, jadącym, kupującym czy zwiedzającym, aby wyłowić tych, którzy mają pieniądze. Widząc ofiarę, a białas nadaje się do tego wyjatkowo dobrze, gwiżdżą, machają pałką lub podnoszą rękę z „lizakiem”, aby gdy ofiara się zbliży, wyłuszczyć płynnym angielskim: gdzie i w jaki sposób ofiara złamała przepis. Po czym zdumiałej ofiarze mówi jaka jest wysokość kary. Gdy ofiara próbuje się tłumaczyć: że nie zauważył bo się spieszył czy, że wszyscy tak robia, stróż prawa i porządku ze zrozumieniem kiwa głową i mówi że ostatecznie sprawę da się załatwić od zaraz, bez potrzeby wypisywania mandatu, udania się razem do służbowego samochodu czy pobliskiego urzędu.  Oddychasz z ulgą – to tylko „ten minutes, sir”, wyciągasz z portfela jakieś stosowne pieniądze i udając że nic się nie stało, wciskasz je w wystawioną kieszeń strażnika.

Proste, zatem aby życ trzeba się pilnie rozglądac, co robią ci wyżej czy ci bogatsi i ... kopiowac. Stąd w Indiach nikt nie przejmuje się zbytnio przepisami, nakazami, kodeksami i tego typu wymysłami państwa prawa. „U nas jest demokracja” - odparl jeden z moich rozmówców widząc moje szeroko otwarte ze zdumienia oczy.

*    *    *

Nadeszła pierwsza dekada czerwca i Anna Hazar znowu dał znać o sobie, oświadczając w prasie, że uzgodniony ze stroną rzadową termin przedłożenia wspólnie wypracowanego tekstu Ustawy nie będzie spełniony, bo takiego wspólnego tekstu po prostu nie ma. Na dodatek Anna Hazar uzyskal wsparcie innego autorytetu moralnego Baba Ramdev’a, który 4 czerwca ogłosił, że rozpoczyna głodowkę do czasu aż w Ustawie nie znajdą się mechanizmy gwarantujace, że pieniadze użyte w udowodnionych „przekrętach” będą natychmiast przekazywane do skarbu państwa, na ochronę dziedzictwa narodowego.

Trzeba tu uczciwie przyznać, że rząd zrobił wszystko, by pokazać społeczeństwu, że coś robi, ale aby nic z tego nie wyszło.
Po pierwsze, już na dzień dobry, przy tworzeniu „jednej wspólnej komisji” na jej przewodniczacego zaproponowano parlamentarzystę, który następnego dnia po nominacji oświadczył dziennikarzom, że „nie widzi większego sensu w pracy komisji wspólnej, bo przecież ta dotychczasowa, rządowa jest OK”. Trudno oczekiwać gorszego zaproszenia do współpracy. W efekcie, po ponad tygodniowych targach powstały dwie komisje: jedna nowa rządowa i druga utworzona przez grupę zwolenników Anny Hazar. Aby uspokoić głosy niezadowolonych, rząd określił reguły współpracy i harmonogram spotkań. Jeszcze w maju, po odbyciu kilku burzliwych spotkań, przewodniczący ustalil, że wspólne posiedzenia są nieefektywne i w ten oto sposób obydwie komisje rozpoczęły niezawisły byt aż do czerwca.

Pod naciskiem zwolenikow Anny Hazara i oburzonego społeczenstwa, w połowie czerwca rząd wezwał policję aby siłą przerwała głodówkę Baba Ramdev’y, a następnie wymusił na obydwu komisjach wspólną pracę. Następnie wynegocjował z Anna Razar przedużenie terminu zgłoszenia wspólnego tekstu Ustawy, do połowy sierpnia.
Zapewne niewiele się zmieniło, bowiem dzisiaj 18 lipca, w prasie opublikowano oświadczenie grupy Anny Hazar, w którym zwraca się ona do Sądu Najwyższego o gwarancje, że po 15 sierpnia wojsko czy policja nie będzie interweniować w Jantar Mandar, gdzie w przypadku fiaska następnego terminu, Anna Hazar wraz z grupą swoich zwolenników podejmie strajk głodowy już tak nieodwołalnie, aż do śmierci.

*    *    *

Życzę wszystkim Indusom, a nade wszystko zwolennikom Anny Hazar, aby cieszyli się dobrym zdrowiem, koniecznym przy takiej niekończącej się walce. Bo przecież nawet uzgodnienie wspólnego tekstu czy zatwierdzenie go przez obie Izby Parlamentu to dopiero malutki krok ku jawności i praworządności. Zmiana musi nastapić przede wszystkim w odwiecznych przyzwyczajeniach, uznanych tu za normę społecznego zachowania. A to nie stanie się w czasie jednego pokolenia. To tak, jak gdyby oczekiwać, że za pomocą jednej ustawy, Niemcy w czasie Oktober Fest, swoje pyszne bawarskie smakołyki będą popijać wyłącznie wodą, Polacy przestaną przy pierwszej nadarzajacej się okazji narzekać na zdrowie, a Rosjanie zaczną ubijać interesy przy jednej lampce wina.


Nomad,
Pune , Maharashtra, 18 lipca 2011.

czwartek, 26 maja 2011

Karnataka - raj Indii

Tak, najprawdopodobniej bogowie upodobali sobie ten skrawek subkontynentu Indii, obdarzajac go zarówno urodzajną ziemią, mnogością wód, łagodnym jak na Indie klimatem oraz zasiedlając tą ziemię pogodnymi i gospodarnymi ludźmi. I wreszcie, o co tu w Indiach niełatwo, dając tym ludziom stabilną i światłą władzą, przez całe stulecia.

Tak sobie właśnie myślałem, w drodze na lotnisko w Bangalore, robiąc podsumowanie mojego parodniowego wypadu z Pune do Karnataki.
Karnataka leży w południowo-zachodnich Indiach. Od północy graniczy z” moim” stanem Maharashtra, a dalej na południe od niej są już tylko nadmorska Kerala i stan Tamilnadu. Jest różnorodna krajobrazowo gdyż, przebiegające z północy na południe Ghatty Zachodnie, rozdzielają kraj na dwie, różniące się nieco charakterem części. Jedna, to rozległe wybrzeże Morza Arabskiego, ciepłe nasłonecznione i wilgotne, pokryte plantacjami palm kokosowych i kawy, ciągnącymi się wysoko, na zachodnich zboczach Ghattów.
Druga część Karnataki to wschodnie pogórze Ghattów i płaskowyż Dekan. Ale Dekan nie taki pustynny, gorący i jałowy jak w stanie Maharashtra. Tu jest wilgotniej. Ghatty nie są już tak wysokie i nie zatrzymują wilgotnych mas powietrza znad Morza Arabskiego. Tu jest znacznie więcej szeroko rezlewających się po płaskowyżu rzek. Nawet w porze suchej, czyli między listopadem a czerwcem, deszcz pada tu kilka razy w tygodniu, przynosząc ochłodę ludziom i zwierzętom.  Dzięki tak pomyślnym warunkom klimatycznym, płaskowyż zieleni się plantacjami palm kokosowych, warzyw i znanych ziół. A ryż zbierany tu jest trzy razy w roku.

Świadomy tych unikatowych walorów ekosystemu, na ogromnych połaciach stanu Karnataka, rząd utworzył wiele parków narodowych i rezerwatów. Sześć z nich,  tworzących tzw. Chroniony Obszar Biosfery Nilgiri, rozpościera się w Ghattach Zachodnich na pograniczu z Keralą i Tamilnadu.
Obejmuje nienaruszone połacie tropikalnego, wiecznie zielonego lasu, wraz z siedliskami zwierząt lasów tropikalnych, w tym tygrysów. Przez te połączone tereny rezerwatów, przebiegają trasy wędrówek takich zwierząt jak słoń indyjski czy gaur.

*    *    *
- świetnie że przyjedziesz, mówi przez telefon George, na wieść że mam odwiedzić jego biuro projektowe, mieszczące się w Bangalore. Spróbuję załatwić Ci bungalow w „Jungle Estate”, na pograniczu Parku Narodowego, abyś mógł parę dni spędzić na grzbiecie słonia i zrobić małe safari.

Niestety, nie dysponowałem czasem aby skorzystać z tej oferty, a ponadto, wędrówkę przez dżunglę na słoniach „zaliczyłem” parę lat temu gdzieś w tajskich lasach słynnego „złotego trójkąta”. Ale nie oparłem się pokusie spędzenia połowy dnia na łodzi w słynnym Sanktuarium Ptaków w Ranganthittoo.

To około 40 minut jazdy z Mysore, starej stolicy stanu Karnataka. Jedziemy wąską wyboistą drogą, mijając zatopione w zieleni gajów palmowych, wioski. Małe, ze schludnymi domkami pomalowanymi we wszystkie odcienie żółcieni i przykrytymi czerwoną dachówką. Mijamy ubranych na biało chłopów, gnających bydło – słynne czarne buffalo, na podmokłe łąki, jakie są wszędzie w tym rejonie.

Wreszcie docieramy do bramy rezerwatu. Łatwo to rozpoznać po długiej kolejce samochodów i po stojących na poboczu sprzedawcach orzechów kokosowych.
- jedna osoba plus samochód, mówi kierowca;
- 80 Rupii , odpowiada wartownik, pokazując jednocześnie kasę biletową.  Pochyla się by sprawdzić ile osób jest w samochodzie i widząc „białasa” czyli mnie, szybko koryguje – należy się 330 Rp (czyli około 5,50 Eur).

Tak to ta kolejna twarz „Incredible India” – Ministerstwo Kultury Indii, w trosce o gromadzenie środków na renowacją czy przynajmniej utrzymanie stanu istniejącego niezmierzonych zabytków kultury subkontynentu indyjskiego, pobiera opłaty za wszystko co można zobaczyć (oraz za to czego nie można sfotografować). Ponieważ opłaty te nie mogą być wysokie, bo Indusi to społeczność uboga, stąd te koszty muszą być ponoszone przez zagranicznych turystów. Zagraniczny turysta płaci za bilet cenę 3 do 5 krotnie wyższą.  Gorycz tą jednak osładza mu fakt, że podczas gdy Indus dostaje mały bilet wydrukowany na białym, cienkim papierze, zagraniczny turysta otrzymuje bilet w formie dużego kolorowego kartonika, z napisem: „Incredible India” i „Archaeological Survey of India” oraz komentarzem: „Not valid for World Haritage Sites” czyli że, za wstęp do wyżej wzmiankowanych pomników dziedzictwa światowego pobierana jest dodatkowa opłata. Z doświadczenia wiem, że jest to od około 5 do kilkunastu Euro. Ale muszę przyznać że zawsze było warto.
Po szybkim zwiedzeniu parku ciągnącego się wzdłuż wysokiego klifu, nad rozległą doliną rzeki Kaveri, docieram do przystani, skąd wypływają kilkuosobowe łodzie wiosłowe do położonych na wyspach siedlisk ptaków.

 Wiele czasu spędziłem na moich ukochanych Mazurach, kotwicząc w trzcinach Śniardw lub Łuknajna, by wsłuchać się w klekot czapli czy przejmujący krzyk żurawi. Widziałem duże stada ptactwa wodnego, śpiące na wodzie, gdy o świcie spływa się Bugiem lub Narwią do Zalewu Zegrzyńskiego, ale takiego raju ptasiego nigdy przedtem nie miałem okazji zobaczyć i usłyszeć. To one są tutaj panami świata. Człowiek może się co najwyżej cichutko przemknąć, niemal niezauważony. Małe ptaki siedzą na nieruchomych „cofkach wodnych” rzeki, te większe - obsiadają płaskie kamienie, wystające ponad leniwy nurt rzeki.
W cieniu drzew wiszących nad wodą stoją czaple i bociany. Ale prawdziwe życie towarzyskie toczy się na dużych wyspach oddalonych od brzegu. Bo tu znajdują się kolonie  tych największych z wodnych ptaków: żurawi i bocianów.
Ich hałas był jak kierunkowskaz, pozwalający na to, by nie zagubić się w w gąszczu kanałów oplatających zarośnięte wyspy i wysepki, i dotrzeć „bez pudła” do ich siedlisk. Gniazda zawieszone są na czubkach wysokich krzewów, piętrzących się nad skrajem wysepek. Niektóre z nich, szczególnie gniazda bocianów, są na tyle nisko, że wstając uważnie na łódce i wyciągając szyję można zajrzeć wprost do gniazda. Te młode, jeszcze w nieco szarym upierzeniu i czarnymi dziobami, siedzą po trzy, cztery w gnieździe.
Co kilka chwil dostajemy się w cień skrzydeł nisko szybujących dojrzałych osobników. Z rybą lub gałązką w dziobie. Wysoko na drzewach rosnących na środku wysp widoczne są kolonie żurawi.

Hałas wzmaga się, gdy wybuchają prawdziwe kłótnie sąsiadujących ze sobą gniazd, lub gdy ptasia gawiedź komentuje rywalizację i walkę dwóch samców o jedną samicę. Słowem tak samo jak w naszym gatunku.

Czas wracać, bo chcę jeszcze zobaczyć inny raj, ale stworzony ręką człowieka. W latach 30-tych XX wieku, poniżej zapory pozwalającej na zgromadzenie wody dla gwałtownie rozwijającego się Majsur (Mysore), władający tym królestwem radża Krishnaraja z dynastii Wodejarów, założył słynny do dzisiaj ogród Brindawan.

Do parku wchodzi się przez majestatyczną bramę z różowo-szarego marmuru, aby potem, pnąc się w górę tarasami z egzotyczną podzwotnikową roślinnością, dotrzeć do królewskiego pałacu, panującego nad rozległą amfiteatralną w kształcie doliną.

Spod pałacu, w dół przez środek doliny, zakomponowano kaskady wodne, przechodzące następnie w zespoły fontann, ciągnących się aż do brzegu rzeki. Kaskady i fontany wraz z otaczającą je na kolorowo kwitnącą roślinnością, to centralny fragment parku w stylu francuskim. Podświetlane fontanny, stopnie wodne i pałac sprawiają że, warto zostać tu do zmierzchu.

Po przyłączeniu Karnataki się do jednoczących się, niepodległych Indii, król przekazał park z pałacem i innymi otaczającymi go obiektami na własność skarbu państwa. Stąd dzisiaj pałac zamieniony jest na pyszny Hotel Royal Orchid, a inne obiekty stały się siedzibą licznych placówek naukowo-badawczych i instytutów o profilu botanicznym. Park zaś, wraz z licznymi ogródkami dla dzieci, przystanią wodną i basenem, jest znanym centrum sportu i rekreacji mieszkańców Majsur.

W ten rajski obraz Karnataki znakomicie wpisuje się również stolica tego stanu Bangalore. Ten gwałtownie rozwijający się ośrodek, głównie branży informatycznej, dzięki mądrości władz, zachował uporządkowaną XIX wieczną architekturę, zespoły pałacowe, a w szczególności otaczające je parki i ogrody botaniczne. To dlatego Bangalore nazywane jest Miastem Ogrodów.

Bo rzeczywiście jest się czym poszczycić. Najlepszym przykładem jest ogród botaniczny Lalbagh, założony w 1740 roku przez słynnego władcę tego królestwa Hajdara Ali. Cechuje go niezwykła różnorodność gatunków, gdyż rośliny , krzewy i drzewa sprowadzane były przez samego Hajdara i jego równie światłego syna Tippu Sultana. Na uwagę zasługuje mała architektura: fontanny, arkady, rosaria i plafony z kwiatami.



Ale tym znakiem szczególnym jest znajdująca się w centralnej osi parku wspaniała szklarnia. Powstała już w latach 70-tych XIX wieku, po śmierci Tippu i przejęciu kontroli nad tym królestwem przez Anglików. Wzorowana jest na londyńskim Pałacu Kryształowym i jest znakomitym przykładem misternego połączenia metalu i szkła, w stylu fin de siecle. To w niej urządzane są liczne wystawy kwiatów i krzewów ozdobnych.
Gdy już nacieszysz wzrok pięknem konstrukcji Szklanego Pałacu, prześwietlanej zachodzącym słońcem i spragniony cienia zanurzysz się w głąb ogrodu Lalbagh, jest jeszcze jedna rzecz, która co chwilę każe Ci się zatrzymać i choć trochę zadumać. To ogrom drzew, wyrastających ponad całe otoczenie. Ich potężne konary zdają się rzeczywiście podtrzymywać niebo.
To też niezwykłośc tego ogrodu. Jak mi powiedziano, został założony właśnie tu, ze względu na niezwykłe kształty, wyłaniających się spod ziemi nagich skał, stawów i już wtedy, w XVIII wieku, majestatycznych zespołów drzew.
Taką swego rodzaju klamrą spinającą te zespoły ogromnych drzew, z tych drzew kompletnie niewyobrażalną przeszłością, jest przywieziony ze Sri Lanki i umieszczony na cokole pień monstrualnego drzewa. Jak głosi tekst na znajdującej się nieopodal tabliczce, ten pień ma 30 milionów lat. Ciekawe.

                                                                        *    *    *
Nie miałem zbyt wiele czasu, aby obejrzeć inne rajskie ogrody Karnataki. O jej pałacach, twierdzach i bardzo starych świątyniach nie wspominając. Zrobię to przy okazji następnej wizyty. Bo jeśli spytacie mnie czy warto kupić za około 150 Euro bilet z Mumbaju czy Pune do Bangalore, aby w niecałe 2 godziny znaleźć się w Karnatace, to odpowiem że warto.

Nomad,


Bangalore, 16 maja 2011

sobota, 21 maja 2011

Moja Durga

Zaczęło się jak co niedzielę, gdy w Koreagon Park weszlismy do jednego z zaprzyjaźnionych sklepów z induskimi starociami. Pracują tam młodzi, taktowni ludzie, którzy za sprzedawany towar nie rzucają ceny z sufitu, czy raczej w zależności od tego czy "białas" czy swój. U nich kupiłem rzeczywiscie stary singing bowl, a ostatnio ofiarną misę z brązu i tybetańskie dzwonki.

Wszedłem i jak zwykle zakręciłem się wzdłóż półek z wielkim mnóstwem różności. Nic szczególnego nie rzuciło mi się w oczy i już miałem wychodzić, gdy jeden ze sprzedawców spytał:
- a czego Pan szuka?.
- może jakiś brąz ? - spytałem mimochodem i nie czekając na odpowiedź kierowałem się w stronę drzwi.
 - mamy kilka - odparł i wyjął spod lady niewielką brązową figurkę. Zaświeciło eleganckim matem starego brązu, ale coś jeszcze przykuło moją uwagę.
- co to takiego, spytałem.
- Durga.
- a tak, to wiem.
Wiem tylko dlatego, że parę tygodni temu celebrowano przez dziesięć dni jej święto, zwane w prowincji Maharashtra Dessara lub Dasera.
Wziąłem figurkę w ręce. Na matowej powierzchni połyskiwały srebrem oczy Durgi, czerwienią i złotym brązem - jej ozdoby, głęboką zielenią - odzienie.
- jest niezwykła, dodał sprzedawca, widząc moje zdumienie w oczach. Ta figurka zrobiona jest z pięciu różnych metali, aby uzyskać pożądany efekt. Bez tego byłaby jak te co stoją na tych półkach za Panem. Teraz tak się tego już nie robi. Bo na przykład srebro nałożone jest tu metodą płomieniową. Tak potrafią to robić tylko tybetańczycy.

Spytałem o cenę. Gdy zauważył, że uznałem ją za zbyt wysoką, powiedział:
- zbliżają się Diwali, sprzedam okazyjnie z 30% upustem.
- nie wiem, odparłem, jeszcze pomyślę i wyszedłem ze sklepu.

*    *    *

Z tą Durgą to całkiem niezwykła sprawa. Historycy religii i kultury twierdzą że, Durga reprezentująca wszechobecny aspekt żeńskiej energii siakti, jest najpowszechniej czczonym żeńskim bóstwem w Indiach. Jest substratem Wielkiej Bogini Mahadevi, trwajacym do dziś od najstarszych epok ludzkości. Jej kult był dobrze znany już harappejskiej cywilizacji doliny Indusu, gdzieś około 2500 lat p.n.e., na długo wcześniej zanim około 1500 r.p.n.e. pojawili się Arjowie.

To właśnie Arjom zarzuca się że, w ich partiarchalnym świecie, żeńskie boginie musiały ustąpić miejsca męskim bogom. Ale nie na długo, bo już w następnej klasycznej epoce powróciły, a ich kult rozkwitł z jeszcze większą mocą.  Tak jak wszystko, co wcześniej jest odgórnie zakazane.
Potem, w początkach pierwszego tysiąclecia, w okresie rozkwitu buddyzmy, kult bogów, a żeńskich bóstw w szczególności, znowu musiał zejść do podziemia. Życie nie zniosło jednak monotonii, a już wymaganej przez buddystów ascezy w szczególności.  Zwłaszcza tu w Indiach. Stąd, gdy w pod koniec pierwszego tysiąclecia powrócił hinduizm, z jego wiarą w niezliczone mnóstwo bogów, bóstw, boginek, świętych zwierząt , roślin i czego tam jeszcze, kult Mahadevi powrócił by trwać do dziś.

Literatura epicka i opowieści mitologiczne Purany, przypominają imiona wszystkich starożytnych bogiń i nadają im formy ikonograficzne, rozpoznawalne wszędzie gdzie mieszkają Indusi, Ale szczegolnie tu, w kręgu kultur subkontynentu indyjskiego, Wielka Bogini Mahadevi, ma nieskończoną ilość imion, bo będac emanacją kobiecych potrzeb i pragnień, musi dostosować się do lokalnych społeczności, sytuacji i czasów, w których te społeczności żyją.

Jest zatem powszechnie czczona w całych Indiach piękna Lakszmi, jako bogini fortuny i obfitości. Jej swiątynie występują najliczniej w Indiach, i są najbardziej oblegane przez wiernych. No bo któż nie chce być piękny, zdrowy i bogaty.

W panteonie wedyjskim znana była Aditi, cytowana w Rigwedzie strażniczka ognia, dawczyni światła, joni wszechświata, której niemal wszyscy bogowie wedyjscy zawdzięczają życie. Rigweda zapisała modlitwę do niej o ochronę porządku kosmicznego, znaną do dziś.

Z tych bardziej rozpoznawalnych są jeszcze:
- Surya, zanim stała się męskim bogiem wedyjskim, była boginią słońca;
- Prithivi bogini Ziemi;
- Usas czyli  Jutrzenka, bogini świtu i pierwszych promieni dnia, czy wreszcie
- Ratri, bogini nocy pełni księżyca, dla której do dziś obchodzone jest święto Śiwaratri.

Ale tu, w stanie Maharashtra największą czcią cieszy się Durga. Wielkie, trwające dziesięć dni Święto Dasera, obchodzone jest tu ku czci dziewięciu matek, pod postaciami których może pojawić się Durga. Bowiem Durga występuje w dziewięciu formach — Durga, Parwati, Kali-Rudra, Gayatri, Baishanavi, Sitala, Bhairavi, Gouri i Ratri..

Durga nazywana „Niedostępną” jest dziewicą, co oznacza, że jest sama dla siebie, że nie należy do żadnego mężczyzny. W przełożeniu na dzisiejszy język psychologii, obraz Durgi pozwala zachować kobiecie własne wyobrażenie o sobie samej, poza rolą jaką przydzieliło jej społeczeństwo patriarchalne. A im bardziej ogranicza się jej wolność, tym bardziej „waleczne dziewictwo” jest dla niej obroną.
Durga to aspekt Boskiej Matki, ale pod postacią żeńskiej siły stwórczej. Wszystkie późniejsze hinduskie boginie są emanacją bogini Durgi.

Powstała z niemocy bogów wyczerpanych długotrwałą walką przeciwko demonom - asiurom. Ich energia połączyła się i przybrała postać kobiecą. Jest boginią o trzech oczach, pozwalajacych jej widzieć przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Z najczęściej ośmioma ramionami, dosiadająca tygrysa, pokonuje całą armię asiurów używając oręża, podarowanego jej przez zagrożonych bogów — miecza, topora, kija, lancy, trójzębu i innych.

Toczona przez Durgę walka to odwieczne starcie między wiedzą i niewiedzą, prawdą i nieprawdą, boskim czynem szlachetnym utrzymującym świat w harmonii, a niszczącym świat ego asiurów. Pokonuje ostatniego najsilniejszego demona, Mahisasurę, który atakuje pod postacią byka (siły chaosu). Durga musi również odeprzeć ataki męskiego uroku, którym asiurowie pragną ją usidlić i wytrącić broń z ręki — zachowuje kobiecą godność i moc samostanowienia.

*    *    *

Tu w Indiach wszystkie boginie są tylko jakimś aspektem jednej Devi, działającej w różny sposób, zależnie od konkretnej sytuacji. Czesto przedstawia się ją jako czarną kobietę, szczególnie gdy przyjmuje postać bogini Kali. Czarny kolor oznacza bowiem absolutną pierwotność - tak jak wszystkie kolory znikają w czerni.

Mahadevi, Wielka Matka, nie zawsze przybiera formę ikonograficzną. Czasem przedstawia ją zwykły blok kamienia o obłym kształcie i w kolorze czarnym lub szczelina w czarnej skale.  Znajdujące się nieopodal swiątyń żeńskich bóstw, przypominają obecność żeńskiej zasady świata.

          
Wreszcie zrozumialem ten dziwny fenomen jaki zaobserwowałem zwiedzając wspaniałe groty Karla na wyniosłej czarnej bazaltowej skale. W dzień mojej tam wizyty, niekończącymi się schodami, wyciosanymi w skale, pielgrzymowały rzesze kobiet starszych, dojrzałych, całkiem młodych z dzieckiem na ręku i wreszcie małych dziewczynek, aby po dotarciu do niewielkiej świątynki lokalnej bogini Mumby, po odstaniu w długiej kolejce, złożyć ofiarę przed jej wizerunkiem i chwilę się pomodlić. Chwilę - bo na tyle pozwalają strażnicy świątyni i napierający tłum.

Ale to najistotniejsze misterium odbywa się już poza świątynią. Po wyjściu z niej, część kobiet kieruje się wąską scieżką w stronę półki skalnej, wystającej z bazaltowego masywu skalnego, górującego nad okolicą. Tam odwracając się ze strachem od otaczającej je z trzech stron odchłani, kierują swój wzrok na ogromną joni, szczelinę skalną, w której po złożeniu kwiatów czy orzecha kokosu i po posypaniu wszystkiego cynobrowo-czerwonym proszkiem, nieruchomieją w modlitwie.

Proszą o zdrowie, o dobrego męża , o to aby mogły mieć z nim zdrowe dzieci i aby jej dzieci mogły mieć też zdrowe dzieci.

Proszą dokładnie o to samo, o co proszą kobiety w naszej strefie kulturowej, pielgrzymujące z córkami i ich dziećmi do: Matki Boskiej z Guadelupe, Czarnej Madonny w Montsarat czy do naszej Czarnej Madonny Jasnogorskiej. Też czarnej – prawda że to intrygujące?

*    *    *

Ten stary brąz wykładany w kilka kolorów ciągle miałem przed oczami, gdy przyjechałem na Święta do domu.
Gdy jeszcze doszła do tego wiedza na temat przedwedyjskich bogiń, gdzieś po trzech miesiącach postanowiłem ponownie wpaść do zaprzyjaźnionego sklepu z induskimi starociami.
- Pomyślałem, że może bym kupił tą Durgę.
Sprzedawca uśmiechnął się i znowu sięgnął pod ladę.
- Może być tyle samo co Panu powiedziałem przed Divali.

Kupiłem.


Pune, 20 kwietnia