piątek, 21 stycznia 2011

Buddyjskie Groty - Ajanta, Maharashtra

- Ten gościu jest taki niemrawy, że chyba nawet nie wie jak się nazywa. Darek jest wyrażnie sfrustrowany.
- Spytał się, dokąd chcemy jechać. Gdy powiedziałem, że do Ajanty, odparł że musi tylko umyć twarz i że będzie za pięć minut.
- Jak on zawiezie nas do Ajanty? Czy on wogóle wie gdzie to jest?

Stoimy już od 4.45 rano, gotowi do wyjazdu w drzwiach Hotelu. Ten wyjazd zaplanowaliśmy parę dni wcześniej. Początkowo miało być to zwiedzanie dwóch zespołów grot w Ajanta i w Ellora oraz innych pomniejszych ciekawostek , jak np. Mauzoleum Bibi ka Makbara w Aurangabadzie, będącego kopią Taj Mahal z Agry.
Jednak po zaplanowaniu trasy wycieczki, Hindusi powiedzieli, że na to wszystko potrzeba dwu dni, a najlepiej trzech. Bo daleko, prawie 500 km z Pune do pierwszego celu czyli Ajanty, bo drogi złe, a na dodatek - w weekend jest tłoczno, bo organizują przy nich targi i tylko do samej Ajanty podróż zajmie nam minimum 7 godzin.
Nie dysponowaliśmy trzema dniami, a nawet na dwa dni nie znalazło się wielu chętnych. Ostatecznie ustaliliśmy, że jedziemy w trójkę, tzn ja, Alena i Darek. I tylko w niedzielę. Zatem 19 września, w niedzielny przedświt, ciągle przekonywaliśmy się gdzie pojechać, do Ajanty czy do Ellory. Obie odległe od Pune o tyle samo, a miedzy nimi też jest ze 100 km.

Dyskutowaliśmy dokąd jechać, jeszcze w czasie wsiadania do samochodu, który pojawił się ok. 5.30. Wobec braku decyzji, zrezygnowany zwróciłem się do kierowcy o jego opinię.
- Do obydwu, do Ajanty i Ellory, musimy tylko się  śpieszyć i nie stawać zbyt często na postojach. A widząc moją pełną niedowierzania minę, dodał – byłem tam 2 lata temu i wiem że się da.
I tak się stało.  Po zapięciu pasów, włączeniu klimatyzacji i radia, kierowca ruszył ostro przez ciemne i śpiące jeszcze Pune. Kluczył podmiejskimi uliczkami by dotrzeć do jakiejś budki i wręczyć pieniądze wynurzającemu się z ciemności strażnikowi.
- To taka opłata, pojedziemy przez lotnisko, będzie szybciej. I rzeczywiście było. Zatrzymaliśmy się  tylko raz, na tradycyjną szklaneczkę herbaty z mlekiem. I jeszcze raz, już po dotarciu do Aurangabad, aby spytać zaprzyjaźnionego z kierowcą tubylca o szczegóły dojazdu, aby bylo jak najszybciej.

Po 11-ej byliśmy już w Parku Narodowym Ajanta i z biletami w ręku czekaliśmy na wahadłowiec - stary autobus Leyland, który z parkingu, poprzez wąską dolinę  dowoził turystów na przeciwległy brzeg, bezpośrednio do stóp długichi krętych schodów, wiodących na taras z ponad trzydziestoma grotami.

Natura nie mogła wymyśleć chyba niczego więcej, by oczarować najpierw buddyjskich mnichów i artystów, a dzisiaj - przyjeżdżających tutaj licznie turystów. Porośnięte gęstym lasem wzgórza Indhadree, oddzielają dolinę Ajanta od najbliższych osad. Płynąca doliną rzeka Waghora usiłuje się, zapewne przez tysiąclecia, przebić przez górujący nad okolicą bazaltowy masyw. Ale to nie jest piaskowiec czy kreda. To czarny jak węgiel, twardy bazalt. Rzeka zawija zatem szeroką pętlą, aby znaleźć ujście gdzie indziej.


Wysoko nad doliną, wzdłóż bazaltowego masywu ciągnie się na ponad kilometr półka, stanowiąca poziom zero dla odwiedzanych przez nas grot.

Buddyjskie klasztory i świątynie budowano tu już w pierwszym okresie ekspansji buddyzmu, od około II w.pne, gdy cała wyżyna Dekanu znalazła się pod panowaniem króla Ashoki. I aż do VI w., korzystajała z niezwykłej hojności władców dynastii Vakataka. Pokój ład i porządek sprzyjały handlowi z odległymi państwami. Właśnie nieopodal Ajanty przecinały się stare szlaki handlowe, prowadzące przez Dekan. Kwitł handel, rozwijało się rzemiosło. Władcy, potężni urzędnicy oraz bogaci kupcy nie szczędzili środków aby zaskarbić sobie przychylnośc mnichów i ułatwić drogę ku szcześciu i rozumieniu prawdy, jakiej doświadczył i czego nauczał Budda. Zatem kim był człowiek, który pozostawił po sobie jedną z najsilniej rozwijajacych się w I tysiącleciu religię i miliony wyznawców.

Siddhartha, był księciem, synem Gautamy, przywódcy potężnego klanu Shakaya z północy Indii. Jego matkę, jeszcze gdy była brzemieną, nękały sny o białym słoniu. Zaniepokojona, podzieliła się tym ze swoim mężem, a ten – zwołał mędrców i wróżbitów. Ich wyjaśnienie zmartwiły władcę: jego jeszcze nienarodzony syn, szykowany na następcę tronu, zostanie mnichem i człowiekiem świętym. Gorzej być nie mogło. Zatem już od chwili jego urodzenia, ojciec pragnąc oszukać przeznaczenie, otaczał syna przepychem, uczonymi w piśmie i starannie izolował od świata zewnętrzego  Gdy stał się młodzieńcem, ojciec ożenił go z piękną i mądrą kobietą. Gdy księciu urodził się syn, wydawało się, że plan się powiódł.
Ale nic z tego. Któregoś dnia, gdy książę ponownie wymknął się z pałacu, aby poznać otaczające pałac miasto, zobaczył porażającą mizerię życia – „dno dna”.
To całkowicie zmieniło jego psychikę. W wieku 29 lat opuszcza rodzinę, rezygnuje z praw do tronu, przywdziewa strój mnicha i udaje się do samotni, aby pod okiem mistrzów Braminów, poszukiwać drogi do poznania prawdy. W 528 r. pne, po bez mała 7 latach wyczerpujących, ascetycznych praktyk, dostąpił objawienia i stał się Oświeconym czyli Buddą. Przez następne 45 lat, aż do Zaśnięcia, nauczał swoich licznych uczniów, jak dostąpić tego stanu umysłu poprzez „trzecią drogę” ; medytację i ascezę.

Groty w Ajanta to znakomite miejsce do obserwacji, jak zwolna ewoluowały: architektura, rzeźba i malarstwo naścienne w tej części świata, od ok. II w. pne. Pierwsze i najstarsze klasztory, zwane Viharas, to wykute, w twardej bazaltowej skale, rozległe prostokątne sale z otaczjącymi je niewielkimi pomieszczeniami dla medytujących mnichów. Niezwykle proste prostopadłościenne, pozbawione jakichkolwiek ozdób kolumny, wspierają delikatie zdobiony malowidłami sufit. Nie ma wizerunków Buddy – święty mąż zabronił bowiem swym uczniom wystawiania pomników, malowania portretów czy określania go świętym. I tak pozostało przez ponad 600 lat. Obecność duchową Mistrza zapewniały symbole: Koło Prawa, Drzewo Bodhi czy ślady Jego stóp. To samo, czysta prostota  form budzi pokorę w wykutej obok świątyni, zwanej Chaitya. Proste ośmiokątne kolumny wspierają łukowe sklepienie nawy głównej. Na jej końcu omieszczano Stupę, obiekt adoracji, którą wierzący obchodzą w koło, poczynając koniecznie od lewej. Brak płaskorzeźb. Pełna asceza formy.

Ale bogacące się społeczeństwo i rosnąca w siłę religia potrzebuje przepychu, aby rzucić nim na kolana tych nielicznych niedowiarków. Zatem im dalej i później wykuwano obiekty sakralne, tym były one większe, doskonalsze w formie i bardziej ozdobne. Konsekwentnie, gdzieś od około II wieku, można było już nawet obrazować Buddę, wraz z jego kolejnymi wcieleniami. Można było stawiać Mu pomniki.


I stawiano. Coraz większe, w otoczeniu rzeźb czy wspaniałych malowideł. Wejścia do onegdaj skromnych klasztorów zdobiono bogatymi portalami. Frontony pysznych świątyń zwieńczanych ozdobnymi prześwietlami w kształcie podkowy, strzegły posągi słoni. To wyglądało, jak gdyby obok skromnej romańskiej rotunty postawić barokowy kościół.
Ale wszystko co dobre ma swój kres. Upada dynastia Vatakata, a wraz z nią, na kilka setek lat Dekan zamienia się we wstrząsaną wojnami i napadami sąsiadów krainę. Giną władcy, znikają możni oficjele, a kupcy muszą szukać nowych spokojniejszych rejonów. I znależli – w oddalonym o około 100 kilometrów starym miejscu kultu,  zwanym wówczas Elapura, a dziś Ellora. Za bogatymi kupcami i potencjalnymi mecenasami zwolna migrowali artyści, a po nich wreszcie, gdzieś w połowie VI w. opuszczają Ajantę mnisi. Ajanta znikła z pamięci ludzi.

Groty Ajanty zostały przypadkowo odkryte w 1819 roku, kiedy to grupa brytyjskich oficerów, dowodzonych przez Johna Smitha, polowała na tygrysa, w lasach otaczających Ajantę. Ich uwagę zwróciło wejście do jednej z grot o nienaturalnie symetrycznym kształcie podkowy, odcinające się wyraźnie na przeciwleglym zboczu skalnym. W kilka lat później powrócili tu znowu, już ze specjalistycznym sprzętem, archeologami i rysownikami, aby zbadać i udokumentować zapomniane centrum kultu Buddy, a następnie dać współczesnemu światu świadectwo wspaniałej kultury społeczności Dekanu.

Kiedy zmęczeni ponad dwugodzinnym chodzeniem od groty do groty, rozważaliśmy co dalej, nasz przewodnik powiedział:
- Jeśli chcecie zwiedzić jeszcze Ellorę to musicie się śpieszyć. Teren grot zamykają o 17.30.
Nie zostaliśmy zatem na dłużej, aby w chłodzie nawisów skalnych napawać się widokiem otaczającego nas piękna i podziwiać cienie wkraczające w dolinę, wraz z zachodzącym słońcem.
Wracaliśmy na parking gnani ciekawością zobaczenia Ellory.


Nomad

20 stycznia, 2011 roku, Pune, Maharashtra

środa, 19 stycznia 2011

Buddyjskie Groty - Dunhuang, Chiny

Jedną z niezwykłych pamiątek po okresie kiedy buddyzm rozprzestrzeniał się, wraz z karawanymi kupieckimi, z  północy Indii na północny wschód, w stronę Chin, są groty buddyjskich mnichów.

Po raz pierwszy, z tym niebywałym dziełem: wiary, sztuki i wreszcie kilkusetletniej wytężonej pracy, zetknąłem się jesienią 2001 roku w Mogao, kiedy to wraz z grupą Chińczyków podążaliśmy północnym traktem Jedwabnego Szlaku, rozpoczynając wyprawę w XiAn z jego Terrakotową Armią, a kończąc w Górach Tien Shan  (Niebiańskich), gdzie towarzyszyliśmy Kazachom przy składaniu jurt, przed opuszczeniem przez nich letnich koczowisk.


Przed ponad tysiącem lat, oaza Mogao była kluczowym punktem postojowym karawan, przemierzających pustynne przestrzenie środkowej Azji, północnym traktem Jedwabnego Szlaku, by poprzez Niezdobytą Twierdzą Pod Chmurami (Dunghuang), dotrzeć do ziem Cesarstwa Chin. Z racji korzystnego położenia, oaza Mogao przez wiele setek lat pełniła rolę centrum wymiany nie tylko handlowej ale również kulturowej a nade wszystko religijnej.

W okresie największego rozkwitu Mogao, religią wykazująca najsilniejszą ekspansję był buddyzm, wspierany nieprzerwanie od ok IV wieku przez wszystkie kolejne dynastie panujące na tym obszarze: Wei, Sung i Tang.
Dzięki funduszom władców, możnych rodów i licznie docierających tu kupców, buddyjskie klasztory i świątynie, w sumie grubo ponad 600, były wykuwane w grotach nieprzerwanie od około IV do XIV wieku.


Centrum to gwałtownie opustoszało i uległo całkowitemu zapomnieniu, gdy Cesarze Chin z dynastii Manchu zrozumieli, że zasady głoszone przez buddyzm, stawiające na samodoskonalenie, rezygnację z „realu” i oczekiwanie na przyszłe lepsze wcielenie, stoi w sprzeczności z racjonalizmem i państwowotwórczymi naukami głoszonymi przez Kong Fu (Konfucjusza). Zakazali zatem krzewienia tej religi, wtrzymali wszelki mecenat i przetrzebili liczne rzesze mnichów. Nielicznie ocalałym udało się zgromadzić przedmioty kultu i niezliczone zbiory manuskryptów i zamurować w kilkunastu grotach. Pracowicie wykuwane w skałach klasztory i świątynie, zapomniane przez tubylców niszczały przez ponad 500 lat.


Świat, a właściwie angielsko-indyjska ekspedycja odkryła je dla nas w 1900 roku i nagłośniła w ówczesnych mediach na tyle, że groty Mogao, ze wspomnianymi wcześniej tysiącami starannie kopiowanych przez mnichów manuskryptów, nienaruszonym wyposażeniem, bogatymi rzeźbami, sztukaterią i malowidłami naściennymi, na wiele lat stały się Mekką dla: archeologów amatorów, miłośników sztuki, kolekcjonerów i handalarzy wszelkiej maści, a przede wszystkim szabrowników. Zanim cesarski edykt nakazał ochronę obiektów, większość ich „wnętrza” została rozgrabiona.

Jak opowiadał przewodnik, przybyły na miejsce namiestnik cesarski załadował jeszcze to co pozostało na ponad sto wozów, aby przewieźć bezcenne zabytki do Zakazanego Miasta, ale jak się okazało – prawie nic nie dotarło do Pekinu.


Obecne władze Chin są zatem niezmiernie wyczulone na wszelkie próby zdobycia i przekazania światu informacji na temat tego co znajduje się w grotach.
Wydrążone w skalnym klifie klasztory i świątynie, od płaskowyża na który docieramy, są oddzielone szeroką rozpadliną z płynącą w dole rzeką. Ale nie tylko. Aby nie można było grot fotografować, brzeg rzeki, od strony płaskowyża, został obsadzony gęsto rosnącymi drzewami, oraz ogrodzony drutem kolczastym. Przy jedynej  bramie wejściowej strażnicy odbierają wszelki sprzęt do fotografowania. Można tylko patrzeć, a po zwiedzeniu grot – kupić album z wyselekcjowanymi starannie zdjeciami. Nie mam zatem żadnych zdjęć tych wspaniałych grot.


Przypomniałem sobie tą historię, gdy w sierpniu ubiegłego roku czekałem w konsulacie Indii w Bratysławie na rozmowę z konsulem, aby w trybie przyśpieszonym uzyskać wizę. Pani z konsulatu, prosząc abym chwilę zaczekał, położyła przede mną redagowany w angielskim magazyn Incredible India. Na okładce przedstawiającej indyjskie groty w Ajanta z lotu ptaka, było napisane: „Kiedy już zwiedziłeś buddyjskie pamiątki w Chinach i Japonii, przyjedź do Indii – zobaczysz oryginały”.

Pomyślałem wtedy że to istotnie świetny pomysł.


Nomad,
Pune, Maharashtra, 19 stycznia, 2011

wtorek, 18 stycznia 2011

Wczoraj miałem urodziny

Urodziny z dala od domu i rodziny to żadna przyjemność. Nie można cieszyć się z przyjmowania życzeń od najbliższych, wspominać tego czego się dokonało i snuć wspólnie z familją, siedzącą przy stole, planów na najbliższe lata.
Są też rzadko przez najbliższych pamiętane, zwłaszcza jeśli nie są to szczególne urodziny: pierwsze - gdy wszyscy oczekują, że zaczniesz już samodzielnie chodzić, osiemnaste - gdy z niecierpliwością przebierasz nogami aby odebrać jak najbardziej osobisty Dowód Osobisty czy wreczcie takie jubileuszowe, co dziesięć lat, jak trzydzieste , czterdzieste czy pięćdziesiąte.
16 stycznia skończyłem 59 lat, lecz pomimo że to żadna -dziesiąta rocznica i pomimo że z dala od domu, postanowiłem, że muszę ten dzień spędzić w jakiś inny sposób.
Ten dzień w stanie Maharashtra, chociaż wypadał w niedzielę, miał w moim przypadku istotną wadę. W tym dniu w Maharashtra obchodzono hinduskie Święto Kobiet. Zatem niezależnie od celebrowanych tradycyjnie uroczystości, cechą soboty i niedzieli było to, że wszyscy mieszkańcy Pune i okolic, a będzie tego grubo ponad 5 milionów, wylegli aby uprzyjemnić czas swym pięknym połowom. Uroczysty tłok był wszędzie: w parkach, na ulicach a przede wszystkim we wszystkich sklepach, ponieważ po hinduskich Divali i zachodnich Xmas rozpoczął się sezon  wyprzedaży. I to jakich!!. Nie tam 20% albo max  „30% ale pod warunkiem  że kupisz 3 rzeczy”, lecz całkiem istotnych – 40 %  czy 50%.
Dla kobiet na całym świecie to prawdziwy raj, ale dla mężczyzn również. Nie musisz nic robić tylko patrzeć na swoje ukochane kobiety, jak z pasją i błyszczącymi oczyma biegają od stoiska do stoiska a nastepnie do przymierzalni, aby wreszcie co 2 godziny przybiec do Ciebie szczęśliwe z prośbą „byś potrzymał te torby, albo najlepiej odniósł do samochodu”. Zwolna to szczęście zaczyna się udzielać także Tobie, bowiem jak często masz możliwośc obserwowania Twoich ukochanych kobiet w takim stanie ducha? Szczególnie gdy jesteś poza domem, a na dodatek od ślubu minęło ponad 30 lat?
Zatem z uwagi na zatłoczone Pune, co życzliwsi znajomi odradzili mi wypadów do interesujących miejsc, shoppingów czy wyjść z przyjaciółmi do którejś z restauracji w Pune.
– Zostań w hotelu, nie warto wychodzić. Zatem postanowiłem zostać w Hotelu.
Ponieważ w Indiach większość firm, w tym nasza, pracuje 6 dni w tygodniu, postanowiłem, że po pierwsze muszę być w ten dzień wyspany. Zatem w piątek zakończyłem seans z internetem zaraz po 22-ej i poszedłem spać.
Zbudziłem się rano o siódmej, bo nie sposób spać dłużej, gdy codziennie wstajesz mniej więcej o tej porze a na dodatek, gdy hotelowy serwis tłucze się wózkami po korytarzu, abu oznajmić wszystkim gościom, że już dotarł na miejsce pracy.
Skoro już się zbudziłem tak wcześnie to postanowiłem, że przerobię całą listę z „Zestawu ćwiczeń na uelastycznienie odcinka lędźwiowego kręgosłupa”,  jaką dostałem wiele lat temu od uroczej pani od gimnastyki, a który wydaje się mi przydatny w przygotowaniach do wyjazdu za miesiąc na narty.
Te ćwiczenia, w połączeniu z nasłuchiwaniem w BBC tego, co sfrustrowani Tunezyjczycy robią na ulicach, zajęły mi ponad godzinę.
Zatem już o 9-ej, wyprysznicowany, ogolony i wypachniony mogłem zejść na śniadanie. To w samą porę, ponieważ na 10-tą zaplanowaliśmy z Aleną i Peterem mini party na hotelowym basenie.
Jeszcze do piątku nie było to całkiem pewne, bowiem pomimo, że basen jest usytuowany na wystawionym na południe tarasie i nieco osłonięty szklanym dachem, to rzadko kto z niego korzysta. Po pierwsze, w czasie słonecznego dnia większość z gości pracuje. Po drugie w ciągu lata również nikogo tu nie ma bowiem Hindus z basenu nie korzysta a dla Westernersa, wszędzie poza strefą klimatyzowaną jest za gorąco. Wydawało by się zatem , że teraz jest właściwy czas. Ale nie. Każdy Westerners przecież wie, że w zimie nikt o zdrowych zmysłach się nie kąpie. Tak więc basen świeci pustkami, a w konsekwencji jest zaniedbany.
Trzeba przyznać, że kierownictwo Hotelu stanęło na wysokości zadania. Gdy poinformowałem ich o planowanym spotkaniu na basenie, w niedzielę do 10-ej dno basenu było starannie „odkurzone”, sztuczna trawa wokól basenu wyczyszczona, zeschnięte kwiaty, z balustrady otaczającej taras, starannie wyzbierane, a stylowe drewniane leżaki poustawiane równiutko do słońca i przykryte ręcznikami. W biało-niebieskie pasy oczywiście. Słowem jak na reklamie SPA.

Alena i Peter, jedyni pracownicy firmy przebywający aktualnie w Pune, nie zawiedli. Były życzenia, prezenty, uściski, drinki i słodkośći. Były dowcipne opowieści i zbyt długie wylegiwanie się na słońcu. A wszystko to nieco przedłużane aby nie dopuścić do tego najgorszego - pytania „kto pierwszy wchodzi do wody”, bo w końcu po to między innymi się w tym miejscu spotkaliśmy.
Westernersi mają trochę racji. W mijających już na szczęście zimowych miesiącach, w stanie Maharashtra temperatura w nocy spadała do 5 stopni, a w dzień na słońcu z trudem osiągała 20 stopni. I nawet w tych dniach gdy słońce zaczyna grzać nieco śmielej, poza godzinami słonecznymi, temperatura spada do około 15 stopni.

Skoro jednak gości zaprosiłem na basen to należało dać przykład. Spróbowałem. Woda była zimna, taka mniej więcej jak na Bałtyku, przy sztormowej pogodzie we wrześniu i wschodnim wietrze, kiedy to Kaszubi mówią: ”gdy wieje ze wschodu, ryby dają chodu”. Po dłuższym moczeniu nóg ostatecznie udało mi się wejść. Można było pływać byle tylko się nie zatrzymywać bo wtedy dopadał Cię chłód.
Moje wysiłki aby wykazać zaproszonym że w wodzie jest OK, przyniosły połowiczne wyniki. Dał się namówić jeszcze tylko Peter. Alena zachowała zdrowy rozsądek i pozostała przy kąpieli słonecznej.
Po seansie pływackim i gorącym prysznicu, gdzieś po 2-ej, poszliśmy na obiad do hotelowej Restauracji Admirał. Po tym wcześniejszym pływaniu, nazwa Admirał jak najbardziej nam pasowała, ale ponieważ w naszym towarzystwie nie było Rosjan czy Finów zatem nie odpłynęliśmy „Łódką Bols” lecz pozostaliśmy na kei przy jednej butelce wina.

Po tak emocjonująco wyczerpującym początku dnia nie pozostało mi nic innego jak poleniuchować. Dobrze się składało, bo o 4-ej miałem umówionego masażystę.
Gdy pierwszy raz zobaczyłem go parę miesięcy temu w hotelowym SPA, musiałem poprosić o referencje, gdyż jak na masażystę wydał się mi zbyt młody i zbyt szczupły, żeby nie powiedzieć chudy.
Pokazał papiery, a potem już w trakcie pierwszego masażu wyjaśnił, że jest z południa Indii, z Karnataki. Ukończył studium medyczne ze specjalizacją masażysty i aktualnie kontynuuje zaocznie studia metyczne  Jego mama pracuje w Klinice i jest asystentem jakiegoś hinduskiego profersora, a dziadek, jak stwierdził, jest uznanym masażystą w swojej okolicy. Szanuję rodzinną tradycją, a ponadto ujął mnie ciepłem gdy mówił o swojej mamie. Zatem po otrzymaniu tej paczki informacji, mówionej bardzo łamanym angielskim, poddałem się torturom.
Tak też było i wczoraj. Przyjemnie usypiający masaż a potem sauna parowa. Po całej tej operacji, gdy w pokoju pod prysznicem udało mi się zmyć resztki tych wszystkich olejków, byłem tak padnięty że postanowiłem się zdrzemnąć.
Około 7-ej zbudził mnie pierwszy telefon z kraju z życzeniami. To zdopingowało mnie do wstania i włączenia internetu. No i się zaczęło. Maile i skypy od rodziny i przyjaciół, a najradośniejszy od mojej siostry Elżbiety, której wreszcie zainstalowano Skypa na jej nowo zakupionym laptopie.

Była już chyba jedenasta wieczorem gdy po odpowiedzeniu na maile i przeczytaniu kolejnego serialu o chocholim tańcu nad smoleńskimi trumnami w kraju, postanowiłem, że zapiszę sobie ku pamięci co robiłem w moje 59 urodziny w Pune.
- No i jak było?
- Było dobrze ale w domu najlepiej.

Pune, 17 stycznia 2011

niedziela, 16 stycznia 2011

Dasara Festiwal

Dzisiaj jakoś pochmurno choć to połowa października. Tłuczemy się autem po wyboistej drodze przez wieś. Hindusi zwolna ciągną do codziennej „prozy życia”. Kobiety niosą na głowach: tobołki na targ, bańki po mleku do umycia w przydrożnym stawie, czy miski z „praniem” do pobliskiej rzeki. Starannie ubrane dzieciaki taszczą tornistry, chyba większe niż mają Marines. Mężczyźni, siedząc pzry drodze w pozycj kucznej, obserwują przejezdnych, bo przecież jeszcze za wcześnie na poranny kubek herbaty z mlekiem serwowany za 5 Rupii w lokalnym barze.
Nagle tuż na przydrożnym targowisku mój wzrok wyłowił z tej ospałej wiejskiej codzienności coś niezwykłego: TRZY KOBIETY W SARI Z MIOTŁAMI W RĘKU !!!. No no bez pośpiechu – nie mówię że trzy kobiety w sari sprzątają śmieci, ale trzy kobiety z miotłami. To coś tak niezwykłego jak sprzątająca teściowa, na widok której wyrywa się z ust słynne „Mama sprząta czy Mama odlatuje?”


- Alena, patrz to jakieś święto. Kobiety z miotłami - mówię i proszę kierowcę aby się zatrzymał, bym mógł zrobić zdjęcie.
Nie pomyliłem się!. Gdy po dotarciu do biura podzieliłem się moją obserwacją wszyscy wykrzyknęli – no jasne przecież zbliża się Dasara Festival.

Gdy kończy  się monsun i przemija lato, w Indiach nastają chłodniejsze dni. Doskwierają one szczególnie w północnych częściach Indii, niosąc ze sobą również groźbę licznych infekcji. Stąd  praktyczna potrzeba oczyszczenie całego otoczenia z wszystkiego co brudne i złe. Wszystkiego, co może narazić na szwank zdrowie Hindusa i jego rodziny.
Równocześnie, wraz z końcem lata rozpoczynają się żniwa, a to najwyższy czas oddania hołdu Bogini Matce za obfite zbiory i pomyślny nowy sezon. To również niesie potrzebę oczyszczenia całego wszechświata Hindusów ze wszystkiego zła. Stąd Święto Dasara.

Święto Dasara, którego nazwa wywodzi się z sanskrytu (Dasha-hara), i oznacza „usunięcie nieszczęścia”, jest jednym z najważniejszych świąt celebrowanych we wszystkich prowincjach Indii. Dasara jest właściwie kulminacją – ostatnim, dziesiątym dniem  obrzędu, poświęconego kultowi bóstw, który ten wszechświat oczyścili ze wszystkiego co złe.

Tym najważniejszym bóstwem jest Bogini Durga.
Gdy potężny przywódca demonów Mahishasur, począł gnębić najwyższe bóstwa a nawet śmiał zagrozić samemu Panu Niebios, Brahma, Vishnu i Shiva stworzyli dziecięcioręką dziewicę Durgę, obdarzając ją jednocześnie swoimi najpotężniejszymi brońmi.
Tak uzbrojona, siedząc na ogromnym lwie, Durga stoczyła dziesięciodniowy bój z demonami, odnosząc zwycięstwo w ostatnim dniu, zabijając samego Mahishasura.

W kolejnych wcieleniach – Durga, już jako małżonka Sivy, wyposaża w te niszczące bronie, głównego bohatera Ramajany – Pana Ramę, by ten mógł stoczyć zwycięski pojedynek z innym przywódcą demonów - Ravaną i odzyskać porwaną, przez samego Ravanę, swoją żonę – piękną i mądrą Sitę.
Nie pierwszy to przypadek w naszym wszechświecie, kiedy to potężne żony (Durga), starzejących się władców (Siva), nie wiedzieć czemu wspierają: młodych, pięknych i dobrze urodzonych (Rama).

Święto Dasara, wieńczące dziesięciodnowe obchody ku czci Bogini Durgi, mają właśnie upamiętniać odwieczną, zakończoną zwycięstwem, walkę dobra ze złem. Z uwagi na różne kalendarze obowiązujące w poszczególnych prowincjach Indii czy państwach zamieszkałych przez Hindusów, święto celebrowane jest w nieco różniących się terminach. W moim stanie Maharashtra, w tym roku wypadło ono 17 października.

W ciągu tych dni, procesje ciągną przez wsie z kukłami złych demonów, aby spalić je u bram świątyń, a następnie cieszyć się zwycięstwem nad wszystkim co złe, wśród wybuchów sztucznych ogni. Sypią płatki kwiatów u stóp posągu bogini i dzielą się wzajemnie różnymi słodkościami. W co bogatszych kulturowo miejscowościach odbywają się przedstawienia teatralne, zwane Ramlila, obrazujęce zmagania Pana Ramy z Ravaną.


Ale Dasara ma także bardziej praktyczny wymiar. W całkiem nieodległej historii, władcy wykorzystywali Święto Dasara by, podobnie jak Rama, uzyskać błogsławieństwo potężnej Bogini Durgi, a następnie wraz z wojskiem przekroczyć granice i uderzyć na „złego” - czyli najbliższego sąsiada. Stąd Dasara oznacza również „przekraczanie granicy”, a „po naszemu” -  początek sezonu wojny. Na szczęście we współczesnych Indiach „przekraczanie granicy”  ma wymiar pokojowy - to okres w którym dokonuje się np. zmiany wiary. Szczególnie na południu, gdzie wyznawcy nieudolnie prowadzonej chrystianizacji ponownie przechodzą na hinduizm. Oddaje się również cześć takim wielkim postaciom Indii jak dr Ambedkar, który jako Nietykalny, wbrew prawu kast, nauczył się czytać, ukończył studia prawnicze i stał się autorem Konstytucji Indii. „Przekroczył granicę” stając się wzorem dla setek milionów Nietykalnych, zwanych teraz Deitami, dla Nomadów i innych kast pozostających poza rozwijającym się społeczeństwem Indii.

Dla zwykłego zjadacza chleba, czy raczej hinduskiego placka, Dasara to najlepszy czas na otwieranie nowych przedsięwzięć, zakupów dóbr wszelkich i narzędzi pracy.
A zatem jak kupować: nowe mieszkanie, samochód czy komputer to tylko w tym okresie. W tych dniach wszystko co stare i nowe, co służy odmianie na  lepsze i poprawie poziomu życia, jest czyszczone, odmalowywane i ozdabiane girlandami kwiatów. Stąd te trzy Hinduski w sari z miotłami.

Ale te trzy Hinduski to mały pikuś w porównaniu z tym co widziałem rano w przeddzień Dasara na handlowej MG Road w Pune. Nie uwierzycie - przecierałem oczy ze zdumienia widząc jednego (dosłownie) Hindusa myjącego witrynę swojego sklepu. Co to znaczy potęga wiary.
Widomym znakiem tego dnia to obwieszona girlandami kwiatów miejsca kultu w tym Świątynia Ganesha w centrum Pune, girlandy na przejeżdżających samochodach i motocyklach. Wreszcie nieprzytomnie wprost wypucowane wszystkie maszyny, urządzenia i komputery w firmach i miejscach pracy.

Jaka szkoda, że to święto jest tylko raz w roku.

Pune, Maharashtra

czwartek, 13 stycznia 2011

Cebulolandia

- to będzie trudny rok – prorokował Prashant, gdy pod koniec października wracaliśmy przez rozmoczone deszczem rolnicze tereny Maharashtra do Pune. Teraz rozpoczynają się zbiory praktycznie wszystkiego, mówił,  i powinno być sucho a tu zamiast tego mamy codziennie prawdziwe ulewy. Będzie nieszczęście.

No i się nie pomylił. Jeśli masz na imię Prashant co w hindu oznacza Pacyfik to jesteś wręcz skazany na szerokie spojrzenie i wyrażanie głębokiej myśli – jak ocean.

Padało co pare dni w czasie gdy wyjechałem na tydzień do Warszawy, a w przeddzień mojego powrotu,  11 listopada na Pune spadła prawdziwa powódź. Ulice zostały zalany a cały transport kilkumilionowego miasta nie funkcjonował. Całe dzielnice trwały bez prądu.
W kilka dni później lokalna prasa oskarżyła władze administracyjne miasta, że powodem zalania ulic jest to iż wszystkie kanały burzowe zostały przez cały sezon monsunowy kompletnie wypełnione śmieciami, których administracja nie usunęła. To zainicjowało twającą tygodniami dyskusję dlaczego Hindusi śmiecą. Równocześnie władze administracyjne dostały termin do końca roku na oczyszczenie i odblokowanie kanałów. Nb we wczorajszej prasie przeczytałem, że władze nie uporały się z tym jeszcze.

Ta trwająca do końca listopada  „czkawka monsunowa”, doświadczająca południe Indii aż do naszego stanu Maharashtra, poczyniła rzeczywiście duże straty szczególnie na terenach rolniczych. Wyciągano z ziemi zupełnie mokre orzeszki fistaszki, a na targu nie można było doświadczyć winogron gdyż z powodu nadmiernej wilgoci w większości winnic pojawiła się szara pleśń.
- to koniec, powiedział Bhaskar, który jeszcze miesiąc temu zapraszał mnie na święto winobrania do winnic swoich rodziców.

Ale mokre fistaszki czy słabe zbiory winogron to nic w porównaniu z największym przegranym – mokrą i gnijącą cebulą.. Od połowy grudnia nie ma dziennika czy lokalnej stacji TV w której nie poruszano by tego tematu. Ba, co drugi dzień nawet w CNN czy BBC napotykam informację o gwałtownie rosnącej cenie cebuli w Indiach i jej wpływie na inflację.

To fakt. Normalnie można było kupić kilogram cebuli za około 10 Rupii (60 Rupii to ok 1 Euro). Już w listopadzie, co bardziej obrotni handlarze, widząc co się dzieje z pogodą, profilaktycznie zaczęli żądać 20 Rupii za 1 kilogram. Gdy podsumowano tragiczne wyniki zbiorów cebuli na południu Indii, na straganach pojawiły się cyfry powyżej 30 Rupii.
Na fali niepokojów społecznych, rząd zablokował jej eksport  i oczekiwał, że to powstrzyma wzrost cen. Ale stało się inaczej - dzisiaj, w połowie stycznia ceny oscylują w granicach od 70 do 90 Rupii, ponieważ okazało się, że zbiory cebuli w środkowych i północnych stanach Indii są również słabe.

W tej sytuacji rząd Indii zwrócił się do swojego największego wroga Pakistanu, z propozycją eksportu pakistańskiej cebuli do Indii. Nie są znane szczegóły tego potencjalnego kontraktu, ale już dzisiaj wszystkie gazety „trąbią”, że być może właśnie cebula (a może jej brak) będzie głównym sprawcą prób nawiązania współpracy z najbliższyn sąsiadem, po ponad 60 latach waśni.

A zatem „cebulą Indie stoją” chce się powiedzieć. I tak właśnie jest.
Gdy spytałem w biurze skąd te niepokoje społeczne wywołane wzrostem cen cebuli, najbliżej stojąca Hinduska odpowiedziała, że cebula, czosnek i imbir to podstawa wszystkich absolutnie potraw w Indiach.
Nie wierzyłem. Zadałem to samo pytanie szefowi kuchni w hotelu i on to potwierdził. W indyjskim menu występuje wiele przeróżnych nazw na określenie stylu potraw, ale przy bliższej analizie sprowadza się to do dwóch gatunków mięs:z kurczaka i z jagnięcia oraz sosu, którego 95 procent stanowi rozgotowana cebula, czosnek i imbir. Czasem dochodzi do tego jeszcze groch czy fasola. I wreszcie po a może w trakcie gotowania dodaje się różne przyprawy, charakterystyczne dla regionu.

Dla koszernych to raj, nie muszą przy zamawianiu potraw parę razy pytać „czy aby na pewno nie będzie w tym wieprzowiny”. Ale co ma powiedzieć moja żona czy mój przyjaciel Rastysław, którzy  proces zamawianie zwykli są kończyć „tylko bez cebuli proszę”?

Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło. Dzisiaj BBC przeprowadziło krótki wywiad z przedstawicielami jednego dużego bloku mieszkalnego w Dehli. Reporterowi BBC powiedzieli, że nie wierzą w efektywne rozwiązanie problemu gwałtownego wzrostu cen cebuli i dlatego wszystkie rodziny w całym bloku przystąpiły do „obywatelskiego nieposłuszeństwa”  wykreślając całkowicie cebulę z menu.
- dla mojej siedmio osobowej rodziny zużywam około jednego kilograma cebuli dziennie, powiedziała jedna z kobiet. Na wydatek 70 Rupii tygodniowo było nas stać, ale na ponad 500 już nie. Jedzenie nie jest tak smaczne ale żyć trzeba.
Być może właśnie na naszych oczach powstaje kuchnia dehlijska, czyli bez cebuli. Rastysław będzie mógł odwiedzić Indie bez obawy o zdrowie.




Nomad,

Pune, Maharashtra, 13 stycznia 2011

niedziela, 26 grudnia 2010

"Pan przywyknie" (5)

Czekałem kiedy zapytacie, co łączy te wszystkie odcinki hinduskiej telenoweli “Pan przywyknie”. Mnie również, od samego początku, intrygowało co jest tym „lepiszczem”, dzięki czemu ten drugi plan z budynkami „niewiadomego statusu” trzyma w swych objęciach: rozedrgane pojazdy, zwierzęta oraz kolorowe hinduskie kobiety z dziećmi. Hinduskich mężczyzn nie wymieniam – bo Ci, jak pisałem, i tak trwają w bezruchu.
Tym spoiwem, które nie pozwala rozpłynąć się wyżej wymienionym gdzieś poza miejse na ziemi zwane India, są ŚMIECI.
One są wszędzie: wzdłuż krawężników ulic i na ich poboczach, wypełniają każdy załomek przestrzeni, zakamar pomiędzy budką z napojami a następną budką „z czymś tam”. Wizualnie wyrównują przestrzeń pomiędzy drogą a najbliższymi zabudowaniami czy ich ogrodzeniem. Łagodzą nierówności. Śmieci są TUŻ za progiem, na którym siedzi kontemplujący Hindus. Śmieci są wokół stołka z miską w której Hinduska właśnie robi pranie. Śmieci to miejsca gdzie „parkują” wlokące się, nie wiadomo skąd i nie wiadomo dokąd, święte hinduskie krowy.
Sądziłem na początku, że to tylko cecha ubogich i niewykształconych . Ale nie. Ubodzy śmiecą mniej bo mniej kupują i mniej konsumują dóbr zapakowanych w papier, foliówkę czy tekturowy karton.
W tą niedzielę kierowca zabrał nas do najpiękniejszych miejsc prowincji Maharashtra. Jak nam powiedziano, tam są najpiękniejsze krajobrazy wykorzystywane przez filmowców Bolywood, tam są strzeżone kondominia i najlepsze ośrodki wypoczynkowe dla najbogatszych Hindusów.
I rzeczywiście, wzdłuż autostrady prowadzącej  z Pune do Mumbaju, na południowych i wschodnich zboczach gór Ghatów Zachodnich, rozpościera się Raj Hindusów. Wygląda to tak jak gdyby, z niewiadomo jakiego powodu, 33 miliony bóstw hinduskich, znajdujących się w wątrobie każdej krowy,  kłócących się i wojujacych nieprzerwanie ze sobą, usiadły przy „okrągłym stole” i zgodziły się zrobić coś niezwykłego.
To NIEZWYKŁE zaczyna się w chwili gdy na ok 40-ym kilometrze od Pune, zjeżdzasz z autostrady w rozległe doliny u podnóża Ghatów. Patrzysz i przecierasz ze zdumienia oczy na ogromne prześwietlone szczeliny pomiędzy górami. Ale to złudzenie spowodowane poranną mgłą i nisko świecącym jeszcze słońcem. To nie szczeliny – gdzieś wysoko, spomiędzy sąsiadujących szczytów, po wygładzonych jak lustro ścianach niższych partii gór, spływają  nieprzerwanie strumyki i strumienie, łączące się na chwilę w kaskady by kilkadziesiąt metrówe niżej, po rozbiciu się o skalny próg,  tworzyć następne ściany z płynącą po niej wodą. W blasku poranka, odbijające się w wodnych ścianach  niebo stwarza wrażenie „szczelin” między górami.
To wszystko spływa w dolinę, którą właśnie podążamy. To tu są te wszystkie: kondominia typu „Emirate Houses”, „Blue Heaven”  i „Silver Hills” , resorty: „Paradise” , „Glamour” i „Kohinoor” oraz najpiękniejsze punkty widokowe z miejscami do grilowania, jak te w Lonavala, do którego właśnie zmierzamy. Bo to trzeba zobaczyć- powiedział kierowca.
                                   
Miał rację - bowiem bogowie postanowili zaskoczyć nas jeszcze jedną niespodzianką, Te niesamowite doliny do których z niebotycznych gór sciekają ściany wody to nie koniec. Gdy wybierzesz drogę w stronę jednego z punktów widokowych wskazanych przez kierowcę, docierasz do miejsca gdzie ... kończy się ziemia. Na jej krańcu stoją i siedzą nieruchomo dziesiątki ludzi i patrzą. Bo jest na co. Bo tam za tą krawędzią, kilkaset metrów niżej rozpościera się inna ziemia, ginąca we mgle, z której wyrastają szczyty sięgające naszych stóp. Z naszego krańca ziemi, staczają się kaskadami w dól, te wszystkie strumyki i strumienie, które po opłynięciu: kondominiów, health resortów, punktów widokowych i grilowisk, zdają sie mówić „nic tu po nas, spadamy”.

                              
Ponieważ tego rozmiaru piękna i potęgi dzieła hinduskich bogów nie sposób opisać ludziom, siągam po aparat by zrobić chociaż parę zdjęć, by podzielić się z najbliższymi przynajmniej tymi wrażeniami w formacie 2D. Ale nie jest to łatwe, bowiem wszędzie:  wśród białych stolików przy których Hindusi delektują się pięknem i lokalnym jedzeniem, wśród samotnych drzew, uczepionych korzeniami niewiadomo jak krawędzi ziemi, ba, nawet wzdłuż samej krawędzi, szeroką”ławą” zalegają śmieci. W szczycie monsunów, gdy rwąca woda wylewa się z łożysk i zalewa to miejsce widokowe na którym stoimy, porywa te wszystkie śmieci pozostawione przez Hindusów w porze suchej i znosi ku krawędzi, a potem w dół. Większośżość z nich zatrzymuje się jednak na tej krawędzi. I tak jest co pół roku.
Tu w takiej Lonavali najdobitniej widać, że im jesteś bogatszy i na więcej cię stać to więcej brudzisz. Śmieci bowiem zalegają obficie od pobocza drogi do samych bram wjazdowych ciągnących się kilometrami ośrodów: Paradise, Glamour, Kohinoor.
Jadę z hinduskimi przyjaciółmi ich nowo kupionym Suzuki Maruti Swift i zajadamy się kupionymi na targu custard apple (podobno to się nazywa bycze serce). Ja pracowicie wypluwam duże czarne pestki do chusteczki, podczas gdy moi przyjaciele spokojnie uchylają okno i wyrzucają wszystko na zewnątrz. Spojrzałem na nich , pewnie z niejakim grymasem na twarzy. Zrozumieli. „To normalne, to naturalne i z czasem się rozłoży” odparł jeden z nich.
I mają trochę w tym racji. Bo nie tylko siły natury wspierają takie zachowania. Wzdłuż dróg ciągną się bowiem kilometrami  hinduskie „przetwórnie odpadów”. Ci najbogatsi, podjeżdżają samochodami, aby prosto z samochodu wyrzucić: ciągle sprawny ale niemodny już telewizor, zbyt głośno chodzącą lodówkę czy dwa krzesła, które nie komponują się z nowo zakupionymi meblami. Przy okazji wywalają duże opakowania kartonowe, stąd wiem, że kupili dużą lodówkę Siemens i LCD Sony. Muszą być bogaci. I dlatego też nie muszą sami wyrzucać tego towaru. Tuż przy drodze czają się już rośli Hindusi, którzy na widok zatrzymującego się samochodu, śpieszą aby być pierwszymi przy rozładunku, a przy okazji zapytać właściciela w jakim stanie jest sprzęt. Jeśli jest jeszcze sprawny to zabierają natychmiast do znajdujących się „tuż za” metalowych czterokołowych wózków. To, co się już im nie przyda rozładowują z samochodów i przenoszą dalej.
Tam dalej, z niecierpliwością czekają już mniejsi i słabsi, którzy zbierają i układają na kupki około metrowej średnicy jednorodne materiały jak papier czy tektura. Gdy się uzbiera ponad metrowy stos, owijają to folią, aby mógł to zabrać pojawiający się od czasu do czasu „hurtownik”. Te niejednorodne, pogniecione, połamane i zabrudzone odrzucają dalej , na następny wał śmieci.
Tam stoją kobiety. Wybierają to co można jeszcze wykorzystać w domu: do ubrania, uszczelnienia czy podpałki.
Resztę chłamu odrzucają dalej bo tam dalej chude, czarne jak smoła, hinduskie chłopaki potrafią dokonać cudów: wymontować azbest ze ścianek kuchenki aby resztę przyjęli na złomie, wrzucić do ogniska kłąb kabli aby odzyskać i sprzedać drut miedziany. Nawet tu, bez czytania notowań w Financial Times, na tej giełdzie dla najbardziej ubogich , wiadomo, że metale kolorowe są bardziej w cenie niż zwykły złom stalowy.
To co się już nawet im nie przyda, zalega w najdalszej zonie tej „przetwórni odpadów” wiekami całymi. Nikt tamtędy bowiem już nie chodzi i nikt tego nie wgniecie kołami czy bosymi stopami w ziemię, gdy ta rozmięknie głeboko w czasie monsunów.
A zatm „Śmiecę wiec jestem” zda się dewizą Hindusa. I zastanawiam się skąd przedstawiciele starej cywilizacji, o niezwykle bogatej kulturze, dbający o swój wygląd i utrzymujący czystość we wnętrzach domostw, tak się zachowują. Może to z troski aby w niczym nie naruszyć otaczającej czasoprzestrzeni, w myśl : „upadło niech leży”. Może to trwający w ich duszach atawistyczny strach przed pierwotnym lasem w którym na człowieka czycha tyle złych zwierząt, duchów czy bogów. Lasów już dawno nie ma, ale być może śmiecąc starają sie pokazać tym wszystkim złym mocom: my tu jesteśmy, to nasza strefa zycia, tu dla was wstęp jest wzbroniony.
Starałem podzielić się tymi spostrzeżeniami z dwoma spotkanymi Polkami. Miłośniczki wszystkiego co hinduskie, od wielu lat praktykujące „Yoga cośtam”, pobierające właśnie  lekcje, dla uzyskania wyższego stopnia wtajemniczenia, u 90-cio letniego guru tej sztuki w Pune. Czekały na to trzy lata.
Słucham ich entuzjastycznych opowieści na murach twierdzy Marathów i pokazując im tam w dole widniejące zwały śmieci, którymi obrosły mury, pytam te inteligentne, staranie ubrane i zadbane dziewczyny: „Ale jak Panie to wytrzymują, jak Panie mogą to znieść”. Ta starsza, szczęśliwa, że dzięki Yodze nie boli jej już kręgosłup, nie powiedziała nic. Ta młodsza zaś, ze śmiechem w oczach, odparła: „jak Pan pobędzie tu ze dwa tygodnie to Pan nie będzie tego już dostrzegał. Pan przywyknie”.

"Pan przywyknie" (4)

„Pan przywyknie” (4)

Gdy już nasze zmysły przywykną do pierwszego planu „filmu drogi” – do rozdygotanych pojazdów, kroczących dumnie krów, kolorowych jak papugi hinduskich kobiet oraz nieruchomych mężczyzn z ich równie nieruchomymi psami, możemy, stojąc w korkach, rozpocząć obserwację drugiego planu.

Znamy Europę i rozumiemy logikę jej zagospodarowania zarówno w czasie jak i przestrzeni. Miasta, miasteczka czy wsie rozwijały się w dolinach, wzdłuż życiodajnych rzek. Wiek pary i kolei żelaznej wprowadził tu spore zamieszanie. Te miejsca do których dotarła kolej mogły się dalej rozwijać i wchłaniać okoliczne organizmy. Zaś te, do których zrządzeniem władców, rządów lub akcjonariuszy, kolej nie dotarła, pozostały uśpione i trwają w takim XIX wiecznym letargu do dzisiaj.
Na szczęście niektóre z nich, szczególnie w Europie środkowej, budzą się ponownie do życia, kiedy to Unia Europejska, w uznaniu ich „zahibernowanego” pre-industrialnego uroku, niezniszczonego kominami i instalacjami fabryk oraz budowanych w ich sąsiedztwie blokowisk, sypnie groszem, przeobrażając je w prawdziwe perełki turystyki.
Dzięki temu możemy dziś delektować się brukowanymi rynkami wraz ze stojącymi w nich ratuszami „jak z piernika”, strzelającymi w niebo fasadami i wieżami kościołów, wreszcie szeregiem kolorowych kamieniczek, z których każda chce „być inna niż wszystkie”. Takie są właśnie chociażby słowacka Levoca, przygraniczne Bardejovce czy nadwiślański Kazimierz.
Z czasem, gdy nasze emocje związane z koleją opadły i z wolna zaczęliśmy przesiadać się do samochodów, dostojne secesyjne dworce, nieodmiennie sąsiadujące ze  wspaniałymi „Grand Hotelami” i otaczającymi je secesyjnymi dzielnicami, zaczęły ubożeć i często popadaćw ruinę.

Zatem dzisiaj odwiedzając dowolne miasto w Europie wiemy że city z jej urzędnikami jest najbardziej reprezentacyjne w godzinach pracy, potem życie przenosi się do mega ogromnych centrów handlowych, z ich 3D kinami i piętrami gromadzącymi „wszystkie kuchnie świata”. Pod koniec męczącego dnia możemy wreszcie odpocząć i wyciszyć się w restauracjach, z których te najlepsze najczęściej są zlokalizowany na starówkach. Gdy w międzyczasie mamy jeszcze chwil parę by zobaczyć lokalną „prozę życia” i powłóczyć się pomiędzy straganami, by tam wytargować „coś co minęło” a co moją żona nazywa „przywiozłeś mi kolejną kurzołapką”, pytamy napotkanego przechodnia jak dojść do dworca. Tam bowiem, wokół dworca z bazarami, gromadzi się cała szpetota by nie powiedzieć – syf miasta.

„Nie inaczej jest w Indiach” pomyślałem gdy tylko nasz samochór ruszył z parkingu Terminala nr 2 w Mumbaju i gdy mgła pokrywająca moje okulary odparowała na tyle bym mógł przez nie coś zobaczyć.
Tuż za lotniskiem „drugi plan” tworzyła bowiem mieszanina domów niewiadomej architektury i niokreślonego stanu realizacji obiektu. W Europie, jeśli coś jest już zbudowane, to potrafisz określić jego styl i wiek. Jeśli coś jest „w budowie” to wygląda na nowe. Tu wszystko wygląda na stare i bylejakie. Nawet jeśli jest ogrodzone blachą i z konstrukcji wystają druty zbrojeniowe to nie wiedzieć czemu, czy to ze względu na wilgoć czy na dłuuugi cykl budowy, konstrukcja obiektu jest spękana i pokryta rdzawymi zaciekami. Tak jak gdyby ostatni budowlaniec opuścił plac budowy pokolenie wcześniej.

Ta niemożność rozpoznania wieku obiektu nie jest wyłącznie moją ułomnością. Przypomniała mi się od razu historia mojego przyjaciela Lecha, eksperta wytopu szkła, zaproszonego w 2005 roku przez zarząd jednej z hinduskich firm do pomocy przy uruchomieniu wanny szklarskiej. Gdy po przybyciu do huty i gorącym powitaniu przez prezesa wypadało coś powiedzieć, by podtrzymać przyjacielskie relacje, Lech, podobnie jak ja nomad, oświadczył, że z przyjemnością widzi jak wspaniale zaadoptowano jakieś stare hale fabryczne dla potrzeb nowouruchomionego procesu. Zapadła cisza i Lech skonstatował, że jak by powiedzieli Francuzi, „wszedł nogą w tort”.
Pełną zakłopotania ciszę przerwał dopiero lokalny dyrektor techniczny, szepcząc Lechowi w ucho, że „ten nowiuśki budynek właśnie oddano do użytku”. Aby temat zakończyć powiem tylko, że drugi raz do pomocy zaproszony nie został.

Jadąc z mumbajskiego lotniska w stronę Pune, miasta mojego tymczasowego pobytu, miałem nadzieję, że ta mieszanina niewiadomego statusu budynków się gdzieś skończy, że wjedziemy wreszcie w jakąś arterię komunikacyją ze ścianą nowych budynków, albo że wśród zieleni starych drzew uda mi się dostrzec jakiś zespól kolonialnych obiektów uniwersyteckich, z których Pune jest tak dumne. Że może na obrzeżu miasta przejedziemy wreszcie przez nowobogackie kwartały apartamentowców czy dzielnice domków jednorodzinnych. Minęła godzina, oznaki wielkiego miasta znikły w oddlali i niczego takiego nie zobaczyłem.

Nie mogąc uwierzyć, że tu w Indiach taka „standardowa mapa miasta”, ze starówką, koleją, megashopami i city nie istnieje, w pierwszy weekend po przyjeździe postanowiłem zwiedzić miasto.
Miasto jest duże i nikt nie wie ile ma mieszkańców. Mówią że od 5 do 7 milionów. Zatem aby się do tej tury przygotować poprosiłem w lobby by, na dostępnej w Hotelu uproszczonej mapce, zaznaczono mi te „charakterystyczne dla każdego miasta” miejsca.
Nie podejrzewałem niczego, gdy kolejny pracownik Hotelu wędrował długopisem po mapce, niczego jednak nie zaznaczając. Pomyślałem, że pewnie są zamiejscowi i miasta nie znają, poprosiłem zatem o kierowcę który miasto zna. Z zadowoleniem przyjęli taką propozycję i trzeba przyznać prośbę spełnili.
Hotelowy kierowca bowiem nie tylko znał miasto ale również dobrze mówił po angielsku. Obwiózł mnie w ciągu 8-o godzinnej podróży po wszystkich najciekawszych miejscach miasta: świątyniach, parkach, zoo, pałacach chana i ruinach ogromnej twierdzy dumnych Marathów, władających państwem Maharashtra przez parę stuleci. Ponieważ mimo wszystko nie mogłem znależć logiki w rozkładzie miasta, poprosiłem kierowcę aby zawiózł mnie na najwyższą wyniosłość, bym stamtąd mógł to zobaczyć.


 
Tak znalazłem się na murach światyni zbudowanej na najwyższym wzgórzu miasta. Stąd mogłem widzieć Pune „jak na dłoni”. W popołudniowym słońcu i czystym niebie widać było jak miasto od rzeki rozpełza się na boki, wciska w przesmyki pomiędzy wieloma porośniętymi zielenią wzgórzami, by wreszcie zniknąć gdzieś za horyzontem. Ale gdzie są główne arterie komunikacyjne? Gdzie siatka ulic zagęszcza się prowadząc nieuchronnie do starówki? A gdzie jest oddzielone pasem zieleni, strzelające w niebo city, czy wreszcie nadbrzeżne apartamentowce przeglądające się odbiciu w wodzie?
Nic takiego nie ma? „Niemożliwe” powtarzałem zbiegając nikończącocymi sie schodami w dół. Teraz też rozumiałem dlaczego kierowca pytał mnie kilkakrotnie czy na pewno uda się mi wejść na wzgórze.

Już wiecie jakie były moje pierwsze pytania zadane kierowcy czekającemu u stóp wzgórza. Wysłuchał, przełknął lokalny smakołyk i kiwając na boki głową, co u Hindusów oznacza, że się w pełni ze mną zgadza, odparł: „nie ma nic takiego Sir. W Pune, plany zagospodarowania miasta nie istniały i nie istnieją”.

cdn