wtorek, 19 lipca 2011

Tipu Sultan - Tygrys z Majsur

W dziejach niektórych narodów są tacy przywódcy, którzy wyrastają nie wiedzieć skąd. Niezwykłą siłą i entuzjazmem zarażają swoich ziomków by, wbrew logice czasu i niesprzyjajacym okolicznościom, dokonać gruntownego przeobrażenia wszystkiego co stare i niedostosowane do nowych wyzwań. Tworzą podstawy i wytyczają kierunki rozwoju społeczeństwa na całe następne pokolenia. I zanim współcześni mu, ochłoną i przetrą oczy z letargu, w jakim toczy się normalne życie, ci herosi transformacji, równie nieoczekiwanie jak przyszli – odchodzą lub umierają. Ale na zawsze pozostają w zbiorowej świadomości narodu.

Zapytani o to Chińczycy, ci wykształceni, wskazali by pewnie na Żółtego Cesarza. W naszej części świata, takim przykładem pewnie mogła by być Rosja cara Piotra I. Indyjska Karnataka może być dumna, że miała taką chwilę świetności w drugiej połowie XVIII wieku, pod rządami Tipu Sultana.

Tipu Sultan urodził się w 1750 roku, jako najstarszy syn Hajdar Alego, władcy Królestwa Majsur. Przygotowywany na następcę tronu, otrzymał niezwykle gruntowne i wszechstronne wykształcenie. Od najmłodszych lat poznawał tajniki sztuki wojennej, tak że już w wieku 15 lat mógł towarzyszyć swemu ojcu w licznych kampaniach zbrojnych. Znał matematykę i inne nauki ścisłe. Tipu Sultan był poliglotą i miłośnikiem wiedzy, a jego biblioteka liczyła ponad 2000 woluminów, w najróżniejszych językach. Niezwykle aktywnie angażował się we wszystkie działania podnoszące poziom życia mieszkańców królestwa. Władzę przejął w 1782 roku, po śmierci ojca, jaka nastąpiła w trakcie drugiej kampanii wojennej przeciwko silom Kampanii Wschodnio-Indyjskiej. W rok później zakończył kampanię zwyciężając Brytyjczyków. Szacunek poddanych i strach wrogów Królestwa przyniosły mu tytuł Tygrysa z Majsur.

Pomimo młodego wieku, dobrze rozumiał że, misją Kampanii jest podbój i grabież Indii wszelkimi sposobami. Dlatego nawiązał szereg sojuszy militarnych, w tym z Francją, Emiratem Afganistanu i Sułtanatem Tureckim. Wobec rosnącej potęgi władcy Majsur w regionie środkowo-zachodnich Indii, Kampania również zawiązała sojusz wojskowy z władcami Nizamu z Hyderabad i z Marathami, rządzącymi na północ od Majsur.

Gdy w następstwie pokoju w Wersalu, Francja musiała wycofać się formalnie z sojuszu z Majsur, Anglicy niezwłocznie rozpoczęli trzecią kampanię wojenną. Opuszczony przez Francuzów, zaatakowany nieoczekiwanie przez sąsiadów, otoczony siecią intryg i tajnych układów, Tipu musiał uznać przewagę Brytyjczyków i w 1792 roku podpisał traktat, na mocy którego zrzekł się niemal połowy swego królestwa a dodatkowo musiał wypłacać wysoki trybut Brytyjczykom i ich sojusznikom. Jednak nie poddał się. Gdy w ciągu kilku następnych lat rozpadły się brytyjskie sojusze, wykorzystał ten czas do szeroko zakrojonej akcji  rozbudowy systemu obronnego państwa i przekształcenia starych fortow w nowoczesne systemy obronne. Wykorzystał do tego wiedzę i doświadczenie  francuskich inżynierów. Anglicy potraktowali to jako złamanie przez Francuzów Ugody Wersalskiej oraz przez Tipu Sultana porozumienia z 1792 roku i natychmiast zaatakowali Królestwo Majsur. Rozpoczęła się czwarta wojna z Brytyjczykami. Ponieważ Francja nie mogła udzielić wojskowej pomocy, Sultan prowadził tę wojnę sam. W końcowej jej fazie, oblężony w forcie Śrirangapattana, zginął w walce z przeważąjącym liczebnie wrogiem, broniąc dostępu do jednej z bram fortu.

Tipu Sultan został pochowny we wspaniałym mauzoleum, które zbudował dla swego ojca i jego małżonki Fatimy Begum. Anglicy po upadku Majsur, dokonali rozbiórki wszystkich fortów i obiektów militarnych Królestwa. Na szczęście wspaniałe pałace i założone wokól nich ogrody pozostawili nietknięte.

*    *    *
Po wylądowaniu na lotnisku pod Bangalore i załadowaniu bagażu do samochodu, kierowca zapytał co chcę zobaczyć, skoro w stanie Karnataka jestem po raz pierwszy. Odpowiedziałem bez wahania: chciałbym zobaczyć miejsca gdzie żył i tworzył swoje pyszne miasta Tipu Sultan. Kierowca nie zdziwił się.
– czyli Majsur, powiedział, to około trzy godziny drogi stąd.

Gdy po przejechaniu około 200 km znaleźliśmy się w Śrirangapattana, na dużym skrzyżowaniu prowadzącym do Majsur, kierowca powiedział: skręćmy na południe, zobaczymy najpierw Gumbaz - Mauzoleum Hajdar Alego i Tipu Sultana, oraz znajdujący się nad rzeką, wspaniały Pałac Letni – Darija Daulat Bagh.


Zaczynamy od położonego najbardziej na południe Gumbaz. Do rozległego parku, w którym znajduje się Mauzoleum, wchodzi się przez okazałą bramę. Stąd, główną aleją docieramy do zespołu obiektów sakralnych z minaretami, pośrodku których, na wysokiej platformie Tipu Sultan zbudował mauzoleum dla swojego ojca Hajdar Alego i jego małżonki. Cały ten zespół białych, roziskrzonych od słońca obiektów, zanurzonych w soczystej zieleni otaczającego go parku, to taki pyszny ale jednak kanon architektury arabskiej tu w Indiach.


Ale to co jest niezwykłe, co sprawia, że nawet po latach potrafimy z zakamarków pamięci wyłuskać ten właśnie obraz, to czarna granitowa kolumnada podtrzymująca zwieńczony zgrabną cebulastą kopułą.dach mauzoleum. Bowiem gdy idziemy główną aleją i mrużąc od słońca oczy patrzymy na Mauzoleum, to głęboki cień panujący wewnątrz grobowca, w połączeniu z czernią granitowej kolumnady, sprawia, że ten szeroki dający cień dach wraz z ogromną kopułą odrywa się od ziemi i dosłownie wisi nieruchomo nad grobowcem.

Nieopodal parku z Mauzoleum znajduje się Letni Pałac – Darija Daulat Bagh. Przez do złudzenia podobną bramę, główną aleją parku idę do pałacu. Bez emocji. Bowiem w porze suchej cała fasada tego dwukondygnacyjnego w formie pawilonu zasłonięta jest ocieniającymi wnętrze kotarami. Pokryty nimi Pałac jest tak nieciekawy, że nawet nie sięgnąłem po aparat aby zrobić chociaż jedną fotkę.

Ale gdy już znalazłem się w strefie cienia i przyzwyczaiłem wzrok do panującego wewnątrz półmroku, zrozumiałem dlaczego warto było przejechać tyle kilometrów, aby to cacko zobaczyć. Arkady fasad, kolumny werandy, otaczającej cały pałac, wreszcie wykusze i tarasy, wszystko wykonane z niezwykle bogato zdobionego drzewa sandałowego. Po obejściu Pałacu podcieniami pierwszej kondygnacji, strzałki prowadzą zwiedzającego do wnętrza Pałacu, w którym zgromadzono pamiątki po Tipu, jego mapy i obrazy z jego zycia. I tutaj znowu: obszerny hall, sala audiencji, jadalnie i pokoje dzienne króla i jego rodziny są wspaniałymi przykładami snycerki rzemieśników z Karnataki. Teraz przypomniałem sobie co mówił kierowca, gdy tu jechaliśmy, że rzeźba w drewnie sandałowym i jedwabie to największa duma tego stanu. I niewątpliwie miał rację.

Ostrzyłem sobie zęby na obejrzenie prywatnych apartamentów królewskich, znajdujących się na piętrze, ale niestety były one niedostępne dla zwiedzających.  W tej sytuacji, korzystając z zamieszania przy wyjściu, włączyłem sę raz jeszcze do grupy wchodzących, aby już na spokojne obejrzeć znajdujące się po stronie wschodniej i zachodniej podcieni pałacu, wspaniałe płaskorzeźby i malowidła przedstawiające chwalebne dzieje dynastii rządzącej, zwycięskie bitwy, uroczyste parady i sceny z życia dworu.
Wiele tego i można by na to strawić parę godzin, ale czas goni. Czekają przecież Fort i Pałac w Majsur.

Gdy już ponownie siedziałem w taksówce i kierowca ruszał w stronę miasta, powiedziałem, że chciałbym jeszcze zobaczyć zbudowany na wyspie Fort Śrirangapattana, broniący dostępu do Majsur, i bramę gdzie zginął Tipu.
- Tam nic nie ma, wszystko jest rozebrane, pozostały jedynie cywilne obiekty znajdujące się niegdyś wewnatrz rozległej twierdzy: meczet oraz cele więzienne, znajdujące się w podziemiach fortu.
- To nic, jedźmy, chcę to zobaczyć.
Kierowca miał znowu rację. Jedziemy wzdłuż przeciwległego, w stosunku do wyspy, brzegu rzeki. Gęste nawet o tej porze krzaki niemal zasłaniają pozostałości rozległej fortyfikacji. Pomiędzy zielenią, migają tylko fragmenty flankowanych murów i  niewielkie nisze boczne bram. Przez most i resztki jednej z nich wjeżdżamy do Fortu. Nic, co mogło świadczyć o jego potędze czy maestrii jego budowniczych. Zespół świątyni, niewielki meczet i zasiedlone przez Indusów resztki koszar. Wreszcie przyziemie Bramy Wodnej. Przed nią niewielki kamień. Przeczytałem tekst: „Tu zostało znalezione ciało Tipu Sultana”.

*    *    *

Było już dobrze po południu, gdy wjechaliśmy do Majsur i zatrzymaliśmy się na parkingu przed bramą wjazdową na teren Pałacu Majsurskiego.

Niemal bajkowy Pałac Amba Wilas, wznieśli pod koniec XIX wieku, rządzący południową częścią Karnataki władcy dynastii Wodejar. Frontowa fasada pałacu to wielopiętrowa Galeria, z której dwór i jego goście mogli obserwować parady wojskowe i świąteczne ceremonie. Bryła tego wielokondygnacyjnego pałacu, ozdobiona jest licznymi łukami i arkadami . Całośc zamknięta jest wieżyczkami, zwieńczonymi cebulami kopuł. Słowem już na pierwszy rzut oka - „pałac z piernika”.

O tym, że warto wejść do środka świadczy niezmiernie długa kolejka zwiedzających. Już na parterze wita nas majestatyczna Sala Publicznych Audiencji. Wspaniałe kolumny i bogato zdobiony strop musiały powalać na kolana. I tak pewnie było.

Potem w strumieniu zwiedzających, poprzez pomieszczenia parteru, wchodzimy na kolejną kondygnację. Bo tu znajduje się cała w złoconych kolumnach, przykryta witrażowym stropem Sala Audiencji Prywatnych. Jej zadaniem było zaszokować wizytujących władców bogactwem i przepychem królestwa.

Stąd otwartym na pałacowy podwórzec korytarzem z kandelabrami i wiszącymi lampami,  możni tamtego swiata przechodzili do złoto-turkusowej Sali Uroczystych Audiencji.
I gdy już emocje zaproszonych sięgały zenitu, król zapraszał ich na wielokondygnacyjną Galerię, z której rozpościerał się widok na wspaniale zaprojektowany Plac Parad, zamknięty parkiem i migocącymi z daleka bielą i złotem arkadami ogrodzeń pałacowych i bram.
Tu, jak sądzę, można było wreszcie złapać pierwszy oddech. Wiem to dobrze, bo mnie też zamurowało, widząc tą kwintesencję funkcjonalności, piękna i monarszego przepychu. O co szczerze mówiąc wcale nie tak łatwo. Projektantom i wykonawcom tego niewątpliwego arcydzieła, w pełni się to udało.

Na zewnątrz Pałacu, zarówno w jego wewnętrzym podwórcu jak i na Placu Parad, wszystkich przejść strzegą prężące sie do skoku i szczerzące kły tygrysy. To zapewne wykwit społecznej pamięci o Tipu Sultanie. Dla dzieci i dorosłych to wyborna okazja, aby „dosiąść” tygrysa, włożyć mu, do otwartej paszczy, rękę czy nawet głowę. Bez obawy, tak ku pokrzepieniu serc.

*    *    *

Dzisiaj Tipu Sultan postrzegany jest nie tylko jako niezłomny przywódca narodu i patriota, rozumiejący potrzebę budowy silnego państwa, które by stanowiło skuteczną zaporę przeciwko agresji i zachłanności Kampanii Wschodnio-Indyjskiej.

Pomimo, że sprawował władzę w okresie nieustannych wojen z królestwem Nizam, Marathami i Brytyjczykami, dzięki swoim niezwykłym walorom: wszechstronnemu wykształceniu, pracowitości, zręczności dyplomatycznej i organizacji dokonał rzeczy niezwykłej. Gruntownie przebudował swoje państwo. Stworzył nowoczesną sieć dróg, łączących centra handlowe swego królestwa z państwami ościennymi. Budował tamy , zbiorniki wodne i prowadził szeroko zakrojone akcje irygacyjne, dla stworzenia doskonałych warunków dla rozwoju rolnictwa. Wreszcie otaczał mecenatem słynne już wtedy majsurskie rzemiosło, w tym snycerstwo i jedwabnictwo. Entuzjasta nowinek technicznych, z pomocą Francuzów sprowadzał do kraju nowe urządzenia i technologie , budując od podstaw całe dziedziny przemysłu.
Tworząc podwaliny bezpiecznego i przyjaznego wszystkim państwa, jako muzułmanin dbał o swoich niemuzułmańskich poddanych, fundując liczne świątynie hinduskie i kościoły.

Odwiedzając bajeczne pałace, świątynie, mauzolea i parki w Majsur czy Bangalore, musimy zatrzymać się w zadumie i w szacunku dla potęgi umysłu i charakteru tego wyrastającego ponad przeciętność władcy.

Nomad,

Majsur, 2 czerwca, 2011

poniedziałek, 18 lipca 2011

Anna Hazar, ostatnia nadzieja milionów

Gdy po nieoczekiwanej wygranej z Pakistanem i wkrótce po pełnym dramaturgii, lecz zakończonym  zwyciestwem meczu ze Sri Lanką, Indusi na całym ziemskim globie świętowali zdobycie Pucharu Mistrzostw Świata w krykieta, i to po raz drugi po 30 latach, nikt nie oczekiwał, że w kilka dni potem, jeden człowiek wstrząśnie sumieniem wszystkich triumfujacych Indusów.

6 kwietnia rano, jechałem roztrzęsionym samochodem do Firmy i usiłowałem zebrać wzrokiem rozedrgane literki tytułów. Jeden z nich, i to na pierwszej stronie, zwrócił moją uwagę: „Anna Hazar ogłasza głodówkę”.

- co za sprytna kobieta polityk, powiedzialem do współtowarzyszy podróży, nie dość że na fali społecznego entuzjazmu zapromowała się w mediach, to jeszcze będzie kuła w oczy konkurentki swoją smukłą sylwetką.
- istotnie świetna metoda na odchudzanie się, przyznali wszyscy jednogłośnie.
I tu się myliliśmy - bo Anna Hazar to nie kobieta, ale 73 letni, mocno schorowany człowiek, parlamentarzysta wielu kadencji, którego misją jest transparentne państwo.

*    *    *
Po raz pierwszy zestaw ustaw antykorupcyjnych, Jan Lokpal Bill,  został przedłożony Izbie Nizszej, zwanej tu Lok Sabha, w czasie jej IV kadencji już w 1969 roku. Ale niestety nie został przyjęty przez Izbę Wyższą - Rajya Sabha. Anna Hazar, Gandhysta i zapalony zwolennik czystego państwa miał wtedy 30 lat. Od tego czasu, w ciągu 42 lat, projekt ustawy przedkładano 10 razy. Za każdym razem bez powodzenia.

Tym razem 73 letni Anna Hazar zagrał va bank. Pomimo wieloletniego parlamentarnego stażu, zarzucił demokratyczne, i jak się okazuje nieskuteczne metody. 6 kwietnia na wiecu swoich zwolenników zgromadzonych w kampusie rządowym Jantar Mantar w New Delhi, ogłosił przystąpienie do głodówki. Żądał uwzględnienia społecznych poprawek do „walcowanej” od ponad 40 lat Ustawy.  Oświadczył, że zakończy głodówkę wyłącznie wtedy gdy rząd wyrazi zgodę na utworzenie wspólnej komisji, składającej się w 50% z przedstawicieli rządu i 50% przestawicieli społeczeństwa, pozarządowych ekspertów i autorytetów społecznych.
Jak zwykle w takich sytuacjach bywa, rząd ze zdziwieniem stwierdził, że zawsze był i jest gotów rozmawiać i uwzględniać propozycje Anna Hazar, ale w ramach istniejącej już od dawna komisji.
W tej sytuacji, zwolennicy Anna Hazar, zgromadzeni w 400 wielkich miastach Indii, ogłosili że również przystępują do głodówki, aż do ponownego rozpatrzenia Ustawy przez komisję wspólną. Prasa podała, że około 700 tys Indusów przystąpiło do głodowki. Wszystkie lokalne gazety cytowały wypowiedzi lokalnych guru, ludzi szanowanych i celebrytów dlaczego przystępują do głodówki. Dzień później Anna wykorzystał to niewątpliwe poparcie mediów, aby wezwać ludzi młodych do ruchu masowego poparcia jego dążeń.

I nie pomylił się. Pomimo głosów klasy politycznej, zarzucającej mu polityczny szantaż,
młodzi wykorzystali fora społecznościowe, w tym najbardziej popularne Twitter i Facebook, aby ich masowe wystąpienia uliczne były dobrze zorganizowane i zsynchronizowane z postępami wymuszonych rozmów: rząd – komisja Anny Hazar.
Okrzyknięto Anna Hazar współczesnym Gandhim, podkreślano że jego działania zmierzające do czystości i jawności poczynań rządu, wpisują się w globalny trend zarządzania państwem przez społeczeństwo.

Gdy rząd, okopany argumentami o wywrotowej działalności Anny Hazar, nic nie robił przez kolejne dni, Anna ogłośił, że zdecydował się na śmierć głodową. I wtedy 8 kwietna na ulice wielkich indyjskich metropolii wyszli wszyscy ze świeczkami w dłoniach. Największy marsz miał miejsce w New Delhi gdzie podobno milion  mieszkańców ze świecami w rękach przeszedł od symbolicznej India Gate do Jantar Mantar, w której głodował Anna. Dodatkowo, wietrząc już wiatr historii, do demonstrantów dołączyli  przedstawiciele partii opozycyjnych i stowarzyszeń.

W te sytuacji, w czwarty dzień głodówki, w piątek w nocy rząd zgodził się na powołanie 10-o osobowej wspólnej komisji, dla ponownego przedyskutowania społecznej wersji Ustawy, tak aby przedłożyć ją pod głosowanie Izby Niższej do końca czerwca. W odpowiedzi, w sobotę  10 kwietnia rano Anna przerwał głodówkę. Przedstawiciel rządu oświadczył „To zwycięstwo demokracji. Zarówno społeczeństwo iak i rząd są przeciwne korupcji”. „ To największe zwycięstwo ludu Indii” oświadczył Hazar „. ”Rząd zgodził się z naszymi żądaniami”.
500 głodujących z nim osób okrzyknęło Anna „ostatnią nadzieją milionów”  a  całe Indie triumfowały.

*   *   *

W Indiach nic nie jest proste. Nawet czas tu nie biegnie - on kręci się w kółko, a wszystko co żyje odradza się na nowo: co sezon, co nowe wcielenie, co nowa dynastia rządząca. Rzeczy nie mogą być proste, gdyż muszą być skomplikowane. O cokolwiek Indusa nie spytasz, on kiwa głową, na swój charakterystyczny sposób. Zaraz po przyjeździe myślałem że to oznacza „tak”. Teraz po wielu miesiącach pobytu wśród nich, wiem że to oznacza „jak się da to się da zrobic”. A słynne indyjskie ”ten minutes, sir” nie oznacza czasu realizacji, to czas dla Ciebie, abyś się zastanowił: jak ważna jest sprawa dla Ciebie, ile możesz za to wsunąć do ręki Indusa i czy on to zaakceptuje. Przyznasz, że to całkiem wiele procesów decyzyjnych jak na dziesięć minut.

Bo korupcja, jak to się nazywa na Zachodzie, to nie jakieś „błędy i wypaczenia”, czy nie daj Boże „skaza społeczna” - to sposób życia społeczeństwa Indusow. Jest wszędzie, dotyczy  wszystkich kast, grup społecznych i klas. Jest integralną częścią wszystkich przejawów ich życia.

Dzięki relatywnie wolnej prasie, nowe afery, stare ale ciągle nie podjęte przez stosowne służby, oraz afery bardzo stare i ciągnące się latami, zajmują bez mała połowę szpalt gazet.

Oczywiście na pierwszych stronach zamieszczane są te największe, dotyczące polityków rządzącej partii i powiązanych z nimi biznesmenów, najczęściej członków rodziny. Dotyczą niezgodnych z prawem przydziałów częstotliwości sprzed 4 czy 2 lat, przekazania ogromnych obszarów ziemi „jedynie słusznym grupom kapitałowym”,  sprzedaży deweloperom ziemi w rezerwatach i terenach chronionych, czy wreszcie - na masową skalę kupowanie głosów w wyborach do Parlamentu krajowego czy stanowego.

Na dalszych stronach są te mniejsze, interesujące tylko lokalne społeczności. Przeczytasz kto i za ile przekazał deweloperowi teren w centrum miasta, na którym „już zaraz” miał być zbudowany szpital. Który biznesmen zapłacił ileś tam członkowi władz miasta za przejęcie zyskownych zleceń rządowych i wreszcie dlaczego opłaty z korzystania z autostrad nie trafiają do kas stanowych tylko na konta wskazanych z nazwiska urzędników.
Zamieszani w afery, uśmiechnięci i zadowoleni z życia, odpowiadają miesiącami że są czyści jak łza, a o pieniądzach, jakie trafiają na ich konta, wogóle nic nie wiedzą.

Czytelnicy gazet od lat czytają te strony i widząc, że żadne agendy rządowe czy stanowe tym się nie interesują, oskażeni czy zamieszani w afery żyją spokojnie w swych luksusowych domach, pozostają w przeświadczeniu, że tak można, że to norma życia. Zatem pracujący na dowolnym urzędzie osobnik, kiwa głową, gdy jest proszony o wydanie jakiegokolwiek dokumentu, załącznika czy o przystawienie pieczątki, oczekując, że petent po drugiej stronie szyby „in ten minutes” zdecyduje jaką kwotę i w jaki sposób przesunie na jego stronę szyby. Po sprawdzeniu i wycenie wysokości „prośby”, może ją załatwić od ręki, obiecać że zrobi to do jutra, lub gdy kwota nie jest satysfakcjonująca, stwierdzi że sprawa jest skomplikowana i musi ją przesłać do konsultacji przez kolegę.

Koszmarny sen? Nie, to dzień jak codzień w Indiach. Potwierdzają to specjaliści mojej Firmy, którzy ubiegają się o wydanie paszportu na wyjazd służbowy, kupują działkę lub mieszkanie. Każda decyzja, dokument, załącznik czy pieczątka ma swoją standardową stawkę. Ostatnio DNA, dziennik stanu Maharashtra, podał że „ten minuts gifts” stanowią 30% kosztów zakupu mieszkania.

Służby celne, wojskowi, policjanci i stojący przy każdym sklepie strażnicy też nie chcą być gorsi. Znają przepisy i widzą że prawie nikt ich nie przestrzega. I dobrze . Co to by było gdyby przestrzegali – tragedia, żadnych dochodów. A tak, wszyscy starannie przygladają się przechodniom, jadącym, kupującym czy zwiedzającym, aby wyłowić tych, którzy mają pieniądze. Widząc ofiarę, a białas nadaje się do tego wyjatkowo dobrze, gwiżdżą, machają pałką lub podnoszą rękę z „lizakiem”, aby gdy ofiara się zbliży, wyłuszczyć płynnym angielskim: gdzie i w jaki sposób ofiara złamała przepis. Po czym zdumiałej ofiarze mówi jaka jest wysokość kary. Gdy ofiara próbuje się tłumaczyć: że nie zauważył bo się spieszył czy, że wszyscy tak robia, stróż prawa i porządku ze zrozumieniem kiwa głową i mówi że ostatecznie sprawę da się załatwić od zaraz, bez potrzeby wypisywania mandatu, udania się razem do służbowego samochodu czy pobliskiego urzędu.  Oddychasz z ulgą – to tylko „ten minutes, sir”, wyciągasz z portfela jakieś stosowne pieniądze i udając że nic się nie stało, wciskasz je w wystawioną kieszeń strażnika.

Proste, zatem aby życ trzeba się pilnie rozglądac, co robią ci wyżej czy ci bogatsi i ... kopiowac. Stąd w Indiach nikt nie przejmuje się zbytnio przepisami, nakazami, kodeksami i tego typu wymysłami państwa prawa. „U nas jest demokracja” - odparl jeden z moich rozmówców widząc moje szeroko otwarte ze zdumienia oczy.

*    *    *

Nadeszła pierwsza dekada czerwca i Anna Hazar znowu dał znać o sobie, oświadczając w prasie, że uzgodniony ze stroną rzadową termin przedłożenia wspólnie wypracowanego tekstu Ustawy nie będzie spełniony, bo takiego wspólnego tekstu po prostu nie ma. Na dodatek Anna Hazar uzyskal wsparcie innego autorytetu moralnego Baba Ramdev’a, który 4 czerwca ogłosił, że rozpoczyna głodowkę do czasu aż w Ustawie nie znajdą się mechanizmy gwarantujace, że pieniadze użyte w udowodnionych „przekrętach” będą natychmiast przekazywane do skarbu państwa, na ochronę dziedzictwa narodowego.

Trzeba tu uczciwie przyznać, że rząd zrobił wszystko, by pokazać społeczeństwu, że coś robi, ale aby nic z tego nie wyszło.
Po pierwsze, już na dzień dobry, przy tworzeniu „jednej wspólnej komisji” na jej przewodniczacego zaproponowano parlamentarzystę, który następnego dnia po nominacji oświadczył dziennikarzom, że „nie widzi większego sensu w pracy komisji wspólnej, bo przecież ta dotychczasowa, rządowa jest OK”. Trudno oczekiwać gorszego zaproszenia do współpracy. W efekcie, po ponad tygodniowych targach powstały dwie komisje: jedna nowa rządowa i druga utworzona przez grupę zwolenników Anny Hazar. Aby uspokoić głosy niezadowolonych, rząd określił reguły współpracy i harmonogram spotkań. Jeszcze w maju, po odbyciu kilku burzliwych spotkań, przewodniczący ustalil, że wspólne posiedzenia są nieefektywne i w ten oto sposób obydwie komisje rozpoczęły niezawisły byt aż do czerwca.

Pod naciskiem zwolenikow Anny Hazara i oburzonego społeczenstwa, w połowie czerwca rząd wezwał policję aby siłą przerwała głodówkę Baba Ramdev’y, a następnie wymusił na obydwu komisjach wspólną pracę. Następnie wynegocjował z Anna Razar przedużenie terminu zgłoszenia wspólnego tekstu Ustawy, do połowy sierpnia.
Zapewne niewiele się zmieniło, bowiem dzisiaj 18 lipca, w prasie opublikowano oświadczenie grupy Anny Hazar, w którym zwraca się ona do Sądu Najwyższego o gwarancje, że po 15 sierpnia wojsko czy policja nie będzie interweniować w Jantar Mandar, gdzie w przypadku fiaska następnego terminu, Anna Hazar wraz z grupą swoich zwolenników podejmie strajk głodowy już tak nieodwołalnie, aż do śmierci.

*    *    *

Życzę wszystkim Indusom, a nade wszystko zwolennikom Anny Hazar, aby cieszyli się dobrym zdrowiem, koniecznym przy takiej niekończącej się walce. Bo przecież nawet uzgodnienie wspólnego tekstu czy zatwierdzenie go przez obie Izby Parlamentu to dopiero malutki krok ku jawności i praworządności. Zmiana musi nastapić przede wszystkim w odwiecznych przyzwyczajeniach, uznanych tu za normę społecznego zachowania. A to nie stanie się w czasie jednego pokolenia. To tak, jak gdyby oczekiwać, że za pomocą jednej ustawy, Niemcy w czasie Oktober Fest, swoje pyszne bawarskie smakołyki będą popijać wyłącznie wodą, Polacy przestaną przy pierwszej nadarzajacej się okazji narzekać na zdrowie, a Rosjanie zaczną ubijać interesy przy jednej lampce wina.


Nomad,
Pune , Maharashtra, 18 lipca 2011.

czwartek, 26 maja 2011

Karnataka - raj Indii

Tak, najprawdopodobniej bogowie upodobali sobie ten skrawek subkontynentu Indii, obdarzajac go zarówno urodzajną ziemią, mnogością wód, łagodnym jak na Indie klimatem oraz zasiedlając tą ziemię pogodnymi i gospodarnymi ludźmi. I wreszcie, o co tu w Indiach niełatwo, dając tym ludziom stabilną i światłą władzą, przez całe stulecia.

Tak sobie właśnie myślałem, w drodze na lotnisko w Bangalore, robiąc podsumowanie mojego parodniowego wypadu z Pune do Karnataki.
Karnataka leży w południowo-zachodnich Indiach. Od północy graniczy z” moim” stanem Maharashtra, a dalej na południe od niej są już tylko nadmorska Kerala i stan Tamilnadu. Jest różnorodna krajobrazowo gdyż, przebiegające z północy na południe Ghatty Zachodnie, rozdzielają kraj na dwie, różniące się nieco charakterem części. Jedna, to rozległe wybrzeże Morza Arabskiego, ciepłe nasłonecznione i wilgotne, pokryte plantacjami palm kokosowych i kawy, ciągnącymi się wysoko, na zachodnich zboczach Ghattów.
Druga część Karnataki to wschodnie pogórze Ghattów i płaskowyż Dekan. Ale Dekan nie taki pustynny, gorący i jałowy jak w stanie Maharashtra. Tu jest wilgotniej. Ghatty nie są już tak wysokie i nie zatrzymują wilgotnych mas powietrza znad Morza Arabskiego. Tu jest znacznie więcej szeroko rezlewających się po płaskowyżu rzek. Nawet w porze suchej, czyli między listopadem a czerwcem, deszcz pada tu kilka razy w tygodniu, przynosząc ochłodę ludziom i zwierzętom.  Dzięki tak pomyślnym warunkom klimatycznym, płaskowyż zieleni się plantacjami palm kokosowych, warzyw i znanych ziół. A ryż zbierany tu jest trzy razy w roku.

Świadomy tych unikatowych walorów ekosystemu, na ogromnych połaciach stanu Karnataka, rząd utworzył wiele parków narodowych i rezerwatów. Sześć z nich,  tworzących tzw. Chroniony Obszar Biosfery Nilgiri, rozpościera się w Ghattach Zachodnich na pograniczu z Keralą i Tamilnadu.
Obejmuje nienaruszone połacie tropikalnego, wiecznie zielonego lasu, wraz z siedliskami zwierząt lasów tropikalnych, w tym tygrysów. Przez te połączone tereny rezerwatów, przebiegają trasy wędrówek takich zwierząt jak słoń indyjski czy gaur.

*    *    *
- świetnie że przyjedziesz, mówi przez telefon George, na wieść że mam odwiedzić jego biuro projektowe, mieszczące się w Bangalore. Spróbuję załatwić Ci bungalow w „Jungle Estate”, na pograniczu Parku Narodowego, abyś mógł parę dni spędzić na grzbiecie słonia i zrobić małe safari.

Niestety, nie dysponowałem czasem aby skorzystać z tej oferty, a ponadto, wędrówkę przez dżunglę na słoniach „zaliczyłem” parę lat temu gdzieś w tajskich lasach słynnego „złotego trójkąta”. Ale nie oparłem się pokusie spędzenia połowy dnia na łodzi w słynnym Sanktuarium Ptaków w Ranganthittoo.

To około 40 minut jazdy z Mysore, starej stolicy stanu Karnataka. Jedziemy wąską wyboistą drogą, mijając zatopione w zieleni gajów palmowych, wioski. Małe, ze schludnymi domkami pomalowanymi we wszystkie odcienie żółcieni i przykrytymi czerwoną dachówką. Mijamy ubranych na biało chłopów, gnających bydło – słynne czarne buffalo, na podmokłe łąki, jakie są wszędzie w tym rejonie.

Wreszcie docieramy do bramy rezerwatu. Łatwo to rozpoznać po długiej kolejce samochodów i po stojących na poboczu sprzedawcach orzechów kokosowych.
- jedna osoba plus samochód, mówi kierowca;
- 80 Rupii , odpowiada wartownik, pokazując jednocześnie kasę biletową.  Pochyla się by sprawdzić ile osób jest w samochodzie i widząc „białasa” czyli mnie, szybko koryguje – należy się 330 Rp (czyli około 5,50 Eur).

Tak to ta kolejna twarz „Incredible India” – Ministerstwo Kultury Indii, w trosce o gromadzenie środków na renowacją czy przynajmniej utrzymanie stanu istniejącego niezmierzonych zabytków kultury subkontynentu indyjskiego, pobiera opłaty za wszystko co można zobaczyć (oraz za to czego nie można sfotografować). Ponieważ opłaty te nie mogą być wysokie, bo Indusi to społeczność uboga, stąd te koszty muszą być ponoszone przez zagranicznych turystów. Zagraniczny turysta płaci za bilet cenę 3 do 5 krotnie wyższą.  Gorycz tą jednak osładza mu fakt, że podczas gdy Indus dostaje mały bilet wydrukowany na białym, cienkim papierze, zagraniczny turysta otrzymuje bilet w formie dużego kolorowego kartonika, z napisem: „Incredible India” i „Archaeological Survey of India” oraz komentarzem: „Not valid for World Haritage Sites” czyli że, za wstęp do wyżej wzmiankowanych pomników dziedzictwa światowego pobierana jest dodatkowa opłata. Z doświadczenia wiem, że jest to od około 5 do kilkunastu Euro. Ale muszę przyznać że zawsze było warto.
Po szybkim zwiedzeniu parku ciągnącego się wzdłuż wysokiego klifu, nad rozległą doliną rzeki Kaveri, docieram do przystani, skąd wypływają kilkuosobowe łodzie wiosłowe do położonych na wyspach siedlisk ptaków.

 Wiele czasu spędziłem na moich ukochanych Mazurach, kotwicząc w trzcinach Śniardw lub Łuknajna, by wsłuchać się w klekot czapli czy przejmujący krzyk żurawi. Widziałem duże stada ptactwa wodnego, śpiące na wodzie, gdy o świcie spływa się Bugiem lub Narwią do Zalewu Zegrzyńskiego, ale takiego raju ptasiego nigdy przedtem nie miałem okazji zobaczyć i usłyszeć. To one są tutaj panami świata. Człowiek może się co najwyżej cichutko przemknąć, niemal niezauważony. Małe ptaki siedzą na nieruchomych „cofkach wodnych” rzeki, te większe - obsiadają płaskie kamienie, wystające ponad leniwy nurt rzeki.
W cieniu drzew wiszących nad wodą stoją czaple i bociany. Ale prawdziwe życie towarzyskie toczy się na dużych wyspach oddalonych od brzegu. Bo tu znajdują się kolonie  tych największych z wodnych ptaków: żurawi i bocianów.
Ich hałas był jak kierunkowskaz, pozwalający na to, by nie zagubić się w w gąszczu kanałów oplatających zarośnięte wyspy i wysepki, i dotrzeć „bez pudła” do ich siedlisk. Gniazda zawieszone są na czubkach wysokich krzewów, piętrzących się nad skrajem wysepek. Niektóre z nich, szczególnie gniazda bocianów, są na tyle nisko, że wstając uważnie na łódce i wyciągając szyję można zajrzeć wprost do gniazda. Te młode, jeszcze w nieco szarym upierzeniu i czarnymi dziobami, siedzą po trzy, cztery w gnieździe.
Co kilka chwil dostajemy się w cień skrzydeł nisko szybujących dojrzałych osobników. Z rybą lub gałązką w dziobie. Wysoko na drzewach rosnących na środku wysp widoczne są kolonie żurawi.

Hałas wzmaga się, gdy wybuchają prawdziwe kłótnie sąsiadujących ze sobą gniazd, lub gdy ptasia gawiedź komentuje rywalizację i walkę dwóch samców o jedną samicę. Słowem tak samo jak w naszym gatunku.

Czas wracać, bo chcę jeszcze zobaczyć inny raj, ale stworzony ręką człowieka. W latach 30-tych XX wieku, poniżej zapory pozwalającej na zgromadzenie wody dla gwałtownie rozwijającego się Majsur (Mysore), władający tym królestwem radża Krishnaraja z dynastii Wodejarów, założył słynny do dzisiaj ogród Brindawan.

Do parku wchodzi się przez majestatyczną bramę z różowo-szarego marmuru, aby potem, pnąc się w górę tarasami z egzotyczną podzwotnikową roślinnością, dotrzeć do królewskiego pałacu, panującego nad rozległą amfiteatralną w kształcie doliną.

Spod pałacu, w dół przez środek doliny, zakomponowano kaskady wodne, przechodzące następnie w zespoły fontann, ciągnących się aż do brzegu rzeki. Kaskady i fontany wraz z otaczającą je na kolorowo kwitnącą roślinnością, to centralny fragment parku w stylu francuskim. Podświetlane fontanny, stopnie wodne i pałac sprawiają że, warto zostać tu do zmierzchu.

Po przyłączeniu Karnataki się do jednoczących się, niepodległych Indii, król przekazał park z pałacem i innymi otaczającymi go obiektami na własność skarbu państwa. Stąd dzisiaj pałac zamieniony jest na pyszny Hotel Royal Orchid, a inne obiekty stały się siedzibą licznych placówek naukowo-badawczych i instytutów o profilu botanicznym. Park zaś, wraz z licznymi ogródkami dla dzieci, przystanią wodną i basenem, jest znanym centrum sportu i rekreacji mieszkańców Majsur.

W ten rajski obraz Karnataki znakomicie wpisuje się również stolica tego stanu Bangalore. Ten gwałtownie rozwijający się ośrodek, głównie branży informatycznej, dzięki mądrości władz, zachował uporządkowaną XIX wieczną architekturę, zespoły pałacowe, a w szczególności otaczające je parki i ogrody botaniczne. To dlatego Bangalore nazywane jest Miastem Ogrodów.

Bo rzeczywiście jest się czym poszczycić. Najlepszym przykładem jest ogród botaniczny Lalbagh, założony w 1740 roku przez słynnego władcę tego królestwa Hajdara Ali. Cechuje go niezwykła różnorodność gatunków, gdyż rośliny , krzewy i drzewa sprowadzane były przez samego Hajdara i jego równie światłego syna Tippu Sultana. Na uwagę zasługuje mała architektura: fontanny, arkady, rosaria i plafony z kwiatami.



Ale tym znakiem szczególnym jest znajdująca się w centralnej osi parku wspaniała szklarnia. Powstała już w latach 70-tych XIX wieku, po śmierci Tippu i przejęciu kontroli nad tym królestwem przez Anglików. Wzorowana jest na londyńskim Pałacu Kryształowym i jest znakomitym przykładem misternego połączenia metalu i szkła, w stylu fin de siecle. To w niej urządzane są liczne wystawy kwiatów i krzewów ozdobnych.
Gdy już nacieszysz wzrok pięknem konstrukcji Szklanego Pałacu, prześwietlanej zachodzącym słońcem i spragniony cienia zanurzysz się w głąb ogrodu Lalbagh, jest jeszcze jedna rzecz, która co chwilę każe Ci się zatrzymać i choć trochę zadumać. To ogrom drzew, wyrastających ponad całe otoczenie. Ich potężne konary zdają się rzeczywiście podtrzymywać niebo.
To też niezwykłośc tego ogrodu. Jak mi powiedziano, został założony właśnie tu, ze względu na niezwykłe kształty, wyłaniających się spod ziemi nagich skał, stawów i już wtedy, w XVIII wieku, majestatycznych zespołów drzew.
Taką swego rodzaju klamrą spinającą te zespoły ogromnych drzew, z tych drzew kompletnie niewyobrażalną przeszłością, jest przywieziony ze Sri Lanki i umieszczony na cokole pień monstrualnego drzewa. Jak głosi tekst na znajdującej się nieopodal tabliczce, ten pień ma 30 milionów lat. Ciekawe.

                                                                        *    *    *
Nie miałem zbyt wiele czasu, aby obejrzeć inne rajskie ogrody Karnataki. O jej pałacach, twierdzach i bardzo starych świątyniach nie wspominając. Zrobię to przy okazji następnej wizyty. Bo jeśli spytacie mnie czy warto kupić za około 150 Euro bilet z Mumbaju czy Pune do Bangalore, aby w niecałe 2 godziny znaleźć się w Karnatace, to odpowiem że warto.

Nomad,


Bangalore, 16 maja 2011

sobota, 21 maja 2011

Moja Durga

Zaczęło się jak co niedzielę, gdy w Koreagon Park weszlismy do jednego z zaprzyjaźnionych sklepów z induskimi starociami. Pracują tam młodzi, taktowni ludzie, którzy za sprzedawany towar nie rzucają ceny z sufitu, czy raczej w zależności od tego czy "białas" czy swój. U nich kupiłem rzeczywiscie stary singing bowl, a ostatnio ofiarną misę z brązu i tybetańskie dzwonki.

Wszedłem i jak zwykle zakręciłem się wzdłóż półek z wielkim mnóstwem różności. Nic szczególnego nie rzuciło mi się w oczy i już miałem wychodzić, gdy jeden ze sprzedawców spytał:
- a czego Pan szuka?.
- może jakiś brąz ? - spytałem mimochodem i nie czekając na odpowiedź kierowałem się w stronę drzwi.
 - mamy kilka - odparł i wyjął spod lady niewielką brązową figurkę. Zaświeciło eleganckim matem starego brązu, ale coś jeszcze przykuło moją uwagę.
- co to takiego, spytałem.
- Durga.
- a tak, to wiem.
Wiem tylko dlatego, że parę tygodni temu celebrowano przez dziesięć dni jej święto, zwane w prowincji Maharashtra Dessara lub Dasera.
Wziąłem figurkę w ręce. Na matowej powierzchni połyskiwały srebrem oczy Durgi, czerwienią i złotym brązem - jej ozdoby, głęboką zielenią - odzienie.
- jest niezwykła, dodał sprzedawca, widząc moje zdumienie w oczach. Ta figurka zrobiona jest z pięciu różnych metali, aby uzyskać pożądany efekt. Bez tego byłaby jak te co stoją na tych półkach za Panem. Teraz tak się tego już nie robi. Bo na przykład srebro nałożone jest tu metodą płomieniową. Tak potrafią to robić tylko tybetańczycy.

Spytałem o cenę. Gdy zauważył, że uznałem ją za zbyt wysoką, powiedział:
- zbliżają się Diwali, sprzedam okazyjnie z 30% upustem.
- nie wiem, odparłem, jeszcze pomyślę i wyszedłem ze sklepu.

*    *    *

Z tą Durgą to całkiem niezwykła sprawa. Historycy religii i kultury twierdzą że, Durga reprezentująca wszechobecny aspekt żeńskiej energii siakti, jest najpowszechniej czczonym żeńskim bóstwem w Indiach. Jest substratem Wielkiej Bogini Mahadevi, trwajacym do dziś od najstarszych epok ludzkości. Jej kult był dobrze znany już harappejskiej cywilizacji doliny Indusu, gdzieś około 2500 lat p.n.e., na długo wcześniej zanim około 1500 r.p.n.e. pojawili się Arjowie.

To właśnie Arjom zarzuca się że, w ich partiarchalnym świecie, żeńskie boginie musiały ustąpić miejsca męskim bogom. Ale nie na długo, bo już w następnej klasycznej epoce powróciły, a ich kult rozkwitł z jeszcze większą mocą.  Tak jak wszystko, co wcześniej jest odgórnie zakazane.
Potem, w początkach pierwszego tysiąclecia, w okresie rozkwitu buddyzmy, kult bogów, a żeńskich bóstw w szczególności, znowu musiał zejść do podziemia. Życie nie zniosło jednak monotonii, a już wymaganej przez buddystów ascezy w szczególności.  Zwłaszcza tu w Indiach. Stąd, gdy w pod koniec pierwszego tysiąclecia powrócił hinduizm, z jego wiarą w niezliczone mnóstwo bogów, bóstw, boginek, świętych zwierząt , roślin i czego tam jeszcze, kult Mahadevi powrócił by trwać do dziś.

Literatura epicka i opowieści mitologiczne Purany, przypominają imiona wszystkich starożytnych bogiń i nadają im formy ikonograficzne, rozpoznawalne wszędzie gdzie mieszkają Indusi, Ale szczegolnie tu, w kręgu kultur subkontynentu indyjskiego, Wielka Bogini Mahadevi, ma nieskończoną ilość imion, bo będac emanacją kobiecych potrzeb i pragnień, musi dostosować się do lokalnych społeczności, sytuacji i czasów, w których te społeczności żyją.

Jest zatem powszechnie czczona w całych Indiach piękna Lakszmi, jako bogini fortuny i obfitości. Jej swiątynie występują najliczniej w Indiach, i są najbardziej oblegane przez wiernych. No bo któż nie chce być piękny, zdrowy i bogaty.

W panteonie wedyjskim znana była Aditi, cytowana w Rigwedzie strażniczka ognia, dawczyni światła, joni wszechświata, której niemal wszyscy bogowie wedyjscy zawdzięczają życie. Rigweda zapisała modlitwę do niej o ochronę porządku kosmicznego, znaną do dziś.

Z tych bardziej rozpoznawalnych są jeszcze:
- Surya, zanim stała się męskim bogiem wedyjskim, była boginią słońca;
- Prithivi bogini Ziemi;
- Usas czyli  Jutrzenka, bogini świtu i pierwszych promieni dnia, czy wreszcie
- Ratri, bogini nocy pełni księżyca, dla której do dziś obchodzone jest święto Śiwaratri.

Ale tu, w stanie Maharashtra największą czcią cieszy się Durga. Wielkie, trwające dziesięć dni Święto Dasera, obchodzone jest tu ku czci dziewięciu matek, pod postaciami których może pojawić się Durga. Bowiem Durga występuje w dziewięciu formach — Durga, Parwati, Kali-Rudra, Gayatri, Baishanavi, Sitala, Bhairavi, Gouri i Ratri..

Durga nazywana „Niedostępną” jest dziewicą, co oznacza, że jest sama dla siebie, że nie należy do żadnego mężczyzny. W przełożeniu na dzisiejszy język psychologii, obraz Durgi pozwala zachować kobiecie własne wyobrażenie o sobie samej, poza rolą jaką przydzieliło jej społeczeństwo patriarchalne. A im bardziej ogranicza się jej wolność, tym bardziej „waleczne dziewictwo” jest dla niej obroną.
Durga to aspekt Boskiej Matki, ale pod postacią żeńskiej siły stwórczej. Wszystkie późniejsze hinduskie boginie są emanacją bogini Durgi.

Powstała z niemocy bogów wyczerpanych długotrwałą walką przeciwko demonom - asiurom. Ich energia połączyła się i przybrała postać kobiecą. Jest boginią o trzech oczach, pozwalajacych jej widzieć przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Z najczęściej ośmioma ramionami, dosiadająca tygrysa, pokonuje całą armię asiurów używając oręża, podarowanego jej przez zagrożonych bogów — miecza, topora, kija, lancy, trójzębu i innych.

Toczona przez Durgę walka to odwieczne starcie między wiedzą i niewiedzą, prawdą i nieprawdą, boskim czynem szlachetnym utrzymującym świat w harmonii, a niszczącym świat ego asiurów. Pokonuje ostatniego najsilniejszego demona, Mahisasurę, który atakuje pod postacią byka (siły chaosu). Durga musi również odeprzeć ataki męskiego uroku, którym asiurowie pragną ją usidlić i wytrącić broń z ręki — zachowuje kobiecą godność i moc samostanowienia.

*    *    *

Tu w Indiach wszystkie boginie są tylko jakimś aspektem jednej Devi, działającej w różny sposób, zależnie od konkretnej sytuacji. Czesto przedstawia się ją jako czarną kobietę, szczególnie gdy przyjmuje postać bogini Kali. Czarny kolor oznacza bowiem absolutną pierwotność - tak jak wszystkie kolory znikają w czerni.

Mahadevi, Wielka Matka, nie zawsze przybiera formę ikonograficzną. Czasem przedstawia ją zwykły blok kamienia o obłym kształcie i w kolorze czarnym lub szczelina w czarnej skale.  Znajdujące się nieopodal swiątyń żeńskich bóstw, przypominają obecność żeńskiej zasady świata.

          
Wreszcie zrozumialem ten dziwny fenomen jaki zaobserwowałem zwiedzając wspaniałe groty Karla na wyniosłej czarnej bazaltowej skale. W dzień mojej tam wizyty, niekończącymi się schodami, wyciosanymi w skale, pielgrzymowały rzesze kobiet starszych, dojrzałych, całkiem młodych z dzieckiem na ręku i wreszcie małych dziewczynek, aby po dotarciu do niewielkiej świątynki lokalnej bogini Mumby, po odstaniu w długiej kolejce, złożyć ofiarę przed jej wizerunkiem i chwilę się pomodlić. Chwilę - bo na tyle pozwalają strażnicy świątyni i napierający tłum.

Ale to najistotniejsze misterium odbywa się już poza świątynią. Po wyjściu z niej, część kobiet kieruje się wąską scieżką w stronę półki skalnej, wystającej z bazaltowego masywu skalnego, górującego nad okolicą. Tam odwracając się ze strachem od otaczającej je z trzech stron odchłani, kierują swój wzrok na ogromną joni, szczelinę skalną, w której po złożeniu kwiatów czy orzecha kokosu i po posypaniu wszystkiego cynobrowo-czerwonym proszkiem, nieruchomieją w modlitwie.

Proszą o zdrowie, o dobrego męża , o to aby mogły mieć z nim zdrowe dzieci i aby jej dzieci mogły mieć też zdrowe dzieci.

Proszą dokładnie o to samo, o co proszą kobiety w naszej strefie kulturowej, pielgrzymujące z córkami i ich dziećmi do: Matki Boskiej z Guadelupe, Czarnej Madonny w Montsarat czy do naszej Czarnej Madonny Jasnogorskiej. Też czarnej – prawda że to intrygujące?

*    *    *

Ten stary brąz wykładany w kilka kolorów ciągle miałem przed oczami, gdy przyjechałem na Święta do domu.
Gdy jeszcze doszła do tego wiedza na temat przedwedyjskich bogiń, gdzieś po trzech miesiącach postanowiłem ponownie wpaść do zaprzyjaźnionego sklepu z induskimi starociami.
- Pomyślałem, że może bym kupił tą Durgę.
Sprzedawca uśmiechnął się i znowu sięgnął pod ladę.
- Może być tyle samo co Panu powiedziałem przed Divali.

Kupiłem.


Pune, 20 kwietnia

niedziela, 17 kwietnia 2011

Sześć na trzy na dwa czyli indyjscy ceglarze

Kończy się monsun, dni są krótsze, a co najważniejsze, robi się wreszcie trochę chłodniej.
Jedziemy do Firmy i każdego dnia widzę, że na opuszczonych przez wieśniaków polach, często zagrodzonych, zaczął się jakiś ruch. Pojawiły się koparki, czasem spychacze, oraz wszechobecne, pomalowane na pomaraczowo-niebiesko, ciężarówki TATA.
- zobacz, pewnie coś tu zaczynają budować, rzucilem od niechcenia;
- najwyższy czas, może wreszcie poprawią drogę, powiedziała Alena.

Minęło kilka tygodni. Teren splantowano na około pół metra, a wierzchnią ziemię zepchnięto na jedną stronę, tworząc z niej rampę, wysoką na parę metrów.
- co to jest, czy mają wybudować jakiś wiadukt?

Ale nic nie wskazywało na to, aby tu jakaś inwestycja ruszała. Nie pojawiły się szalunki do fundamentów, nikt nie stawiał silosów na cement, czy nawet jakiś prostych betoniarek.
Zauważyliśmy natomiast kilku Indusów, którzy na starannie splantowanym rozległym placu zaczęli ustawiać z cegieł jakąś ażurowę arabeskę.


- co to jest, pytam Prashanta, gdy wracamy z Firmy jego nowiuśkim Suzuki Swift.
- to cegielna, odpowiada. Cały ten obszar, na północ od Pune, leży na pokładach znakomitej gliny, którą wystarczy wymieszać z woda, uformowac, wysuszyc i wypalić, aby mieć całkiem dobrą cegłę. Miejscowi sprzedają tereny, aby zakładać małe lokalne cegielnie.

Teraz dopiero przypomniałem sobie jak miesiąc temu, jadąc tą samą drogą, Prashant spytał
- widziałeś jak rosną orzeszki fistaszki?
- tak, odparłm, rosną w puszce.
Zaśmiał się, zatrzymał samochód i przeszedł przez przydrożny rów, w stronę kilku zbierających orzeszki wieśniaków. Schyleni, delikatnie wyrywali z rozmoczonej ziemi 20 – 30 centymetrowe roślinki, które przy korzeniach, niemal na powierzchni ziemi miały zielonkawe orzeszki.

- spróbuj są smaczne nawet na surowo, powiedział, wkadając sobie kilka do ust.
- może później, są z ziemią.

Przyniosłem je do pokoju i zapomniałem o nich. Następnego dna, gdy spróbowałem je umyć, okazało się, że to nie jest takie łatwe. Ciemnobrązowa ziemia zeschła się i nawet w strumieniu ciepłej wody straszliwie się mazała z wierzchu, skutecznie przylegajac do orzeszkow. To nie ziemia to najprawdziwsza ceramiczna glina.


W ciągu kolejnych tygodni widziałem jak place zapełniają się szeregami ażurowych struktur wysokości ponad półtora metra, a na skraju placów pojawiają się dymiące piramidy zbudowane z cegieł.


Postanowiłem zatem zobaczyć jak w Indiach powstaje cegła.
W listopadowy niedzielny  ranek wyruszyłem w okolicę, aby przyjrzeć się ludziom i procesowi tworzenia. Nie było to trudne, gdyż prawie przy każdej wsi pełną parą funkcjonowała cegielnia.

Najpierw, jak już wspomnialem, na pustym i rozległym polu,  pojawia się spychacz albo koparka. Nieodmiennie kręci się też kilka ciężarówek TATA. Z zebranej, około pół metra ziemi, z jednej strony plantowanego terenu usypują  ziemną rampę.

W kilka dni potem na sąsiadującym z „odkrywką” polu zjawiają się znikąd nomadzi i cyganie. Rozpinają bieda-namioty z czego się da. Wieczorami rozpalają ognisko i całymi rodzinami zasiadają przy nim, mając nadzieję, że gdy słońce do reszty wypaliło trawę i nie ma dokąd wędrować, w tym suchym sezonie, obejmującym zimną zimę i upiornie gorąca suchą wiosnę, znajdą pracę w sezonowej cegielni. Bo to co na naszych oczach wyrasta, zaraz gdy przestaje padać, to cegielnie.

Praca znajdzie się dla wszystkich. Kilku Indusów wsiada na ciężarówkę, aby z nieodległej „odkrywki” przywieźć glinę. Trzeba jej sporo ukopać szeroką motyka i nawrzucać na ciężarówkę. Praca jest dalej od obozowiska - zatem robią to mężczyźni.


Gdy ciężarówka jest pełna gliny, jadą nią do swojej cegielni, zeskakują chwilę wcześniej, aby pozwolić wgramolic się ciężarówce na rampę. A gdy ta już dotrze na szczyt rampy, wchodzą na nią ponownie, aby zrzucic glinę na sam dół, na splantowany plac. Tam już czekają kobiety i małe dziewczynki, które tą zrzucaną glinę mieszają z wodą.

Każda kobieta z dzieckiem ma swoją własną miskę i własną linię dostarczającą foremki-bliżniaki. Tą linią są mali chłopcy. Glinę, po uzyskaniu  stosownej konststencji, kobiety wkładają do pustych foremek, starannie ją ubijajac. Robią to bardzo wprawnie.  Najpierw palcami wbijają glinę w rogi foremek, potem większe kęsy wbijają pięścią, a wreszcie uklepują na przemian otwartą dłonią i jej wierzchem. Niemal na pamięć,. bo to tak jak mieszanie mąki z wodą i uklepywanie placków na ruti, chiapati czy papat. Albo tak jak uklepuje się krowie łajno, aby zrobic z niego okrąglutkie placki do ogrzewania domostw.
Gdy formy-bliźniaki są już wypełnione masą, chlopcy zabierają je i donoszą starszym chłopcom i mężczyznom, którzy starannie wyjmują uformowane kostki gliny i jeszcze staranniej ustawiają je na ażurowej strukturze, tak aby jak najłatwiej mogły schnąć, a jednocześnie nie deformować się w trakcie schnięcia. Każdy ma swoją „szkołę” jak to układac najlepiej. Bo miejsca niewiele, a kostek z gliny do ułożenia bardzo dużo.

Kobiety odwracają się lub patrzą z niechęcią , co taki białas robi tu o tak wczesnej porze. Nie są w czystym kolorowym sari ze starannie upiętymi włosami. Jest niedziela rano, a one już w pracy, oblane wodą, którą stale trzeba donosić na głowie i całe w glinianym kurzu. Robię te zdjęcia i zwolna dociera do mnie, że cały plan dookoła jest jak na monochromatycznej kliszy, w kolorze sepii. Dosłownie wszystko, co związane jest z cegielnią, w tym mężczyzni, kobiety, ich dzieci i dziadkowie, pokryte są grubą warstwą pyłu.

Mężczyźni podchodzą do mnie, nieśmiało się uśmiechając, gdy widzą, że fotografuję ich z wysokiego nasypu. Podchodzę i ja, witam się z nimi w przykladnym skłonie. Pokazuję na aparat i gesten pytam czy mogę zrobić parę zdjęć z bliska. Kiwają z akceptacją głowami.


Pokazuję, że chcę się dowiedzieć jak tą cegłę robią. Rozumieją.
Tu w Indiach, mówią bardzo łamanym angielskim, standard to cegła sześciocalowa. Sześć na trzy na dwa, dodają. Sezon trawa ponad sześć miesięcy, od listopada, zaraz gdy kończy się monsun, aż do końca maja zanim przyjdą nowe deszcze. Pracują tu calymi rodzinami: mężczyżni i kobiety, ich dzieci i dziadkowie. Norma dla takiego małżeństwa to 1000 cegieł dziennie ułożonych do wysuszenia. Za to dostają 400 Rupii, czyli około 66 Euro.
To dobra praca,  mówią. Szczególnie gdy mogą liczyć na wsparcie dziadków i gdy woda jest na miejscu i kobiety nie muszą jej przynosić na głowach z odległej studni we wsi.


Mijają dwa tygodnie. Ażur z suszących się kostek gliny, wypełnia już szczelnie cały plac. Ceglarze pod nadzorem ubranego w białe dhoti majstra, przystępują do układania stosu w którym kostki gliny się wypalą. To sztuka. Trzeba wiedzieć w jakim kierunku ustawić stos i wlot do paleniska. Potem jak dostosować wielkość paleniska do ilości cegieł w stosie. A jest ich, jak mówią, od kilkunastu do 20 tysięcy. Potem jak ułożyć z suszonych kostek kanały i komory, utrzymujące wysoką temperaturę.
A wszystko po to aby, przez następne dwa tygodnie, najmniejsze podmuchy wiatru podtrzymywały żarzący się w palenisku węgiel, a rozgrzane powietrze wędrowało nieskończonym labiryntem od podstawy, aż po sam wierzch piramidy. Każdego ranka, gdy niskie słońce oświetla ściany piramid, majster w towarzystwie właściciela obchodzi je wszystkie, ustawione wokół placu, by ustalić, w których miejscach beżowe jeszcze niedawno kostki, z wolna przyjmują szlachetny czerwono brązowy kolor cegły.


Ceglarze, to ludzie pogranicza, zawieszeni między osiadłymi w wioskach wajsjami i siudrami a niedotykalnymi, nomadami i cyganami. Słowem, ludźmi spoza czterech zasadniczych kast.
Jeśli pokłady gliny okażą się niewielkie i nienajlepsze, albo zawierają dużo żwiru, i trzeba glinę rozdrabniać a nastepnie przesiewać, to ich cegielnia nie będzie już tu funkcjonować. Po zakończeniu sezonu suchego, pójdą dalej. Podobnie jak zatrudnieni tu nomadzi, którzy gdy tylko spadną deszcze i zazieleni się trawa, ruszą ze swymi stadami wzdłóż podnuża Ghattów, jak zawsze, jak od wieków.

Jeżeli jednak ich cegielnia, z uwagi na bogate pokłady gliny, ma szanse egzystować w następnych latach, to wzdłuż jednego z boków rozległego placu, z resztek niesprzedanej czy wybrakowanej cegły, budują niskie szeregowo ustawione domy, aby w nich przetrwać do następnego sezonu. Mają szansę, po latach, wniknąć w strukturę wsi. Marzą, że może ich dzieci będą mogły się bawić z dziećmi wiejskimi. Bo na razie nie mogą.


Właśnie widzę jak kolorowo ubrana grupka wiejskich dzieci wychodzi spośród zabudowy wsi i zbliża się do cegielni. Pcha ich ciekawość tego co się w niej dzieje. I może do nieznajomych im dzieci. Ale gdy tylko jakiś malec wyrywa się bliżej, starsze dziewczynki łapią go i nie pozwalają na „bliskie kontakty”. Pamiętają pewnie o przestrodze rodziców.

Te z cegielni też je bacznie obserwują i nawet przerywają zabawę. Widząc jednak, że wiejskie dzieci nie zamierzają przekroczyć niewidzialnej bariery okalającej cegielnię, powracają do swojej zabawy. Brudne, rozczochrane i całe w kolorze sepii. Ale radosne, uśmiechnięte i z błyszczącymi oczmi. Może z nadzieją.



Nomad

Pune, 16 kwietnia, 2011